EN
03.06.2022, 18:21 Wersja do druku

Lot w przeszłość

fot. Magda Hueckel / mat. teatru

„Jak być kochaną” wg Kazimierza Brandysa w reż. Leny Frankiewicz w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Natalia Karpińska w Teatrze dla Wszystkich.

Zdaniem Wojciecha Hasa, reżysera filmowej adaptacji powieści Kazimierza Brandysa „Jak być kochaną” z 1962 roku z kultowymi rolami Barbary Krafftówny i Zbigniewa Cybulskiego, „można sfilmować każdy wartościowy utwór literacki pod warunkiem, iż znajdziemy do niego odpowiedni klucz formalny”. Na scenie Teatru Narodowego tragiczne losy młodej aktorki Felicji, która w czasie niemieckiej okupacji ryzykuje życie, aby ratować ukochanego, zostały opowiedziane za pomocą klucza uniwersalizmu, powściągliwości i wierności tekstowi. Powierzenie roli Gabrieli Muskale było gestem otwierającym tekst na nową interpretację – bardziej współczesną, nie wywrotową, zbudowaną na wrażliwości i uważności.

Sceniczna adaptacja mikropowieści Brandysa w reż. Leny Frankiewicz to sprawnie opowiedziana historia przybierająca kształt symbolicznego lotu głównej bohaterki w przeszłość. Futurystyczny ascetyzm scenografii oraz zawiadująca chronologią wydarzeń Stewardessa (w tej roli Michalina Łabacz) o robotycznych ruchach i przyklejonym, nieco złowrogim uśmiechu, zawieszają losy Felicji (Gabriela Muskała) w przestronnej kabinie unoszącej się wysoko nad ziemią – kosmicznym bezczasie, w którym żywi spotykają umarłych. Główna bohaterka, upajana kolejnymi kieliszkami koniaku, na wpół świadomie zanurza się we wspomnieniach z okresu wojny i niemieckiej okupacji. Otchłań traumatycznych doświadczeń i obrazów na scenie materializuje się w postaci czarnej dziury, do której co i rusz ktoś wpada. To także miejsce ukrywającego się Wiktora, represjonowanego przez gestapo – teatralnego kolegi Felicji (Jan Frycz), miejsce brutalnego gwałtu niemieckich żołnierzy, miejsce zbliżeń między kobietą i mężczyzną. Strefa wypartego silnie zawłaszcza centralną część sceny, to wokół niej krążą aktorzy przywdziewający symboliczne elementy kostiumów przywołujących w pamięci wydarzenia z czasu II wojny światowej. Bagaż przeszłości ciąży na pasażerach lotu do Paryża – ucieczka jest tylko pozorna. Kabina staje się dla Felicji poczekalnią, ale i miejscem koleżeńskiego sądu, przestrzenią gdzie refleksja nad tragiczną przeszłością miesza się z rozmyślaniami na temat niepewnej przyszłości. „Chciałabym zbudować siebie na nowo – bez pamięci” – mówi bohaterka. Jednak wizerunek Wiktora towarzyszy jej do ostatnich chwil spektaklu, zwieńczony retrospektywną sceną samobójstwa mężczyzny. Sceną powtarzaną, analizowaną, sceną, która nie powinna się wydarzyć. Jan Frycz w roli Wiktora – starszy niż zakłada opowiadanie Brandysa, przeczołgany przez życie, zniechęcony i pogrążony we wstydzie – jest jak duch przemykający przez scenę w beżowym prochowcu. Nieobecny, szukający wzrokiem wyjścia – to antybohater, przegrany, niemy widz tragedii z sobą w roli głównej. Ten dystans i kontrast budowany pozornym brakiem zaangażowania buduje jeszcze większą przepaść pomiędzy głównymi bohaterami. Felicja, niczym Ofelia, nie zaznaje szczęścia u boku ukochanego, w przeciwieństwie jednak do szekspirowskiej bohaterki, nie odbiera sobie życia. Trwa w nim ze swoją naiwnością, wiarą i miłością do ludzi wokół.

Lena Frankiewicz nie jest radykalna w przedstawieniu losów Felicji, wystrzega się powtarzalności, bierze w ironiczny nawias wielką historię zaczynając narrację od przywołania apokryficznej opowieści o Chrystusie, piekarzu i jego córce zamienionej w sowę. W prologu dodaje, że jedną historię możemy opowiedzieć na milion sposobów. Zależy z czyjej perspektywy się ją opowiada. „Let’s play a game” – zaczynamy spektakl – ten dosłowny na Scenie przy Wierzbowej i ten okrutny spektakl historii, w którym grają Felicja i Wiktor, a za nimi tysiące takich, którzy w czasach wojny przeżywali pierwsze miłości i rozczarowania, podejmowali decyzje dotyczące życia i śmierci najbliższych, byli zmuszeni uciekać i ukrywać się w schronach w czasie teatralnych prób, a po wojnie dostrzegali iluzoryczność swoich idei i ambicji. Historia zatacza koło, syrena rozbrzmiewająca w połowie spektaklu brzmi złowrogo znajomo. „Let’s play a game” – w tej grze nie ma wygranych i przegranych, są tylko ludzie wpadający w kolejne pułapki niesprzyjającego losu.

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Natalia Karpińska

Data publikacji oryginału:

03.06.2022