„Diabeł i dziewczyna” Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reż. Marcina Libera w Teatrze Nowym im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu. Pisze Juliusz Tyszka.
Czy księża katoliccy w Irlandii gwałcili dzieci powierzone ich opiece w sierocińcach, do których zsyłano m.in. małoletnich zrodzonych z nieprawego łoża? Oczywiście, wszyscy o tym wiedzą.
Czy irlandzka piosenkarka Sinéad O’Connor była w dzieciństwie maltretowana okrutnie i bezmyślnie przez matkę – fanatyczną katoliczkę? Oczywiście, świadczą o tym liczne świadectwa, sprawa opisywana jest szczegółowo w biografiach artystki.
Czy Jan Paweł II ignorował liczne sygnały dotyczące przestępstw pedofilskich popełnianych przez księży katolickich w wielu krajach? Oczywiście, wiemy o tym i nad tym bolejemy, ale co robić – można szukać tu rozmaitych usprawiedliwień, ale trudno wiarygodnie dyskutować po prostu z faktami.
Czy małoletni José Sanchez del Rio zabił ileś tam Bogu ducha winnych kur i oślepił konia, a uczyniono go świętym kościoła katolickiego mimo popełnienia przezeń tych mało chrześcijańskich aktów okrucieństwa wobec naszych braci mniejszych? Tak, był nawet patronem Światowych Dni Młodzieży w Panamie (2019), a w Polsce miejscem jego kultu, wyróżnionym obecnością relikwii sprowadzonych w 2025 roku, jest kościół Najświętszej Bogarodzicy Maryi na osiedlu Stare Żegrze w Poznaniu.
Czy warto o tym wszystkim zrobić spektakl? Pewnie, że warto, pytanie tylko, jak go zrobić.
Czy warto zaczynać go wezwaniem „do hymnu!” wypowiedzianym przez człowieka z kominiarką w irlandzkich barwach na głowie (Mateusz Wróblewicz), który następnie intonuje znaną nam dobrze melodię ze znanym nam dobrze, choć trochę przekształconym tekstem: „Jeszcze Irlandia nie zginęła”? Warto, bo taki, jakże czytelny sygnał kieruje naszą uwagę na kontekst swojsko-polski: już wiemy, że będzie o Irlandii, ale nie tylko.
Czy warto dwukrotnie umieszczać w dźwiękowym tle znany hit grupy R.E.M. Losing My Religion? Nie warto, bo po pierwsze i najważniejsze, jest to w kontekście całego, nader obrazoburczego spektaklu chwyt iście łopatologiczny, a po drugie, ponieważ to angielskie powiedzenie jest jednak mocno wieloznaczne i umieszczenie go w tym akurat kontekście bardzo je spłaszcza.
Czy jeśli ktoś oznajmia, że jest Żydem (Dawid Ptak), to musi od razu odgrywać prześmiewczo Ukrzyżowanego, wspominając przy tej okazji o Benjaminie Netanjahu i ludobójstwie? Nie musi – znowu łopatologia, i to jakaś taka niesmacznie naciągana.
Czy ciekawe połączenie napisu „Wear a condom” na koszulce Sinéad O’Connor (Weronika Asińska) z rozważaniami o tym, czy warto się urodzić, musi zostać zwieńczone wielominutowym, wystękanym, bolesnym i zrezygnowanym monologiem rodzącej matki (Edyta Łukaszewska) w szpitalnym przyodziewku? Nie musi. Przecież wiemy, że „to be or not to be” to ważne pytanie, które już zostało nam zasugerowane i nie musi być w nieskończoność stękająco przemiędlane.
Czy aktor uosabiający Hierarchię kościelną (Dariusz Pieróg) musi swą ślubną suknię wysmarować kawałem tortu weselnego na znak swej nieczystości? Nie musi – łopatologia! A czy musi potem, gdy się odwróci, próbować zaszokowania widzów brakiem jej tylnej części, czyli nagością pleców, ud i łydek oraz pośladkami przyodzianymi w białe, niewinne majtki? Też nie musi, w końcu wszyscy wiedzą, że ten akurat król jest nagi.
Czy warto wyśmiewać żywe interakcje Jana Pawła II (Aleksander Machalica) z witającymi go Irlandkami i Irandczykami, a potem przejść do powitań polskich, z poznańsko-wielkopolskimi na czele? Po co? Dla łatwego rechotu na widowni? Czy to nie osłabia obrazoburczych, subwersywnych intencji twórców i twórczyń tego spektaklu? Przecież te zachowania były swego czasu żywym symbolem otwartości kościoła katolickiego – papież wychodził wtedy z hieratycznych rytuałów i dyplomatycznych protokołów, odsłaniając normalną, ludzką cząstkę swej funkcji.
Czyżby te akty otwartości były li tylko perfidną próbą zakamuflowania iście diabelskiej twarzy kościoła katolickiego, co sugeruje ostatnia odzywka Jana Pawła II, który – podobnie jak wcześniej Pan Diabeł – zastanawia się, na którą nogę kuleje?
Teraz już do końca możemy zrozumieć, dlaczego Pan Diabeł (Ildefons Stachowiak) ma na sobie papieski strój, taki sam, jak Jan Paweł II – strój o właściwym kroju, tyle że upstrzony jarmarcznie i odpustowo milionem szkiełek, blikujących, odpychających, które są jasnym znakiem degradacji. Ze strojem tym kontrastują ewidentnie diabelskie, na czarno pomalowane paznokcie.
Spektakl Diabeł i dziewczyna w poznańskim Teatrze Nowym oparty jest na niepotrzebnie przydługim, łopatologicznym scenariuszu autorstwa Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk. Aż dziw, że reżyser tej klasy, co Marcin Liber wziął taki scenariusz na warsztat, no i że wzmocnił jeszcze łopatologiczną jego wymowę kilkoma reżyserskimi decyzjami. Szkoda, bo historia życia Sinéad O’Connor mogłaby posłużyć jako materiał do rzeczywiście obrazoburczego, wstrząsającego spektaklu, pozbawionego usilnej tęsknoty do rechotów na widowni.
Napisawszy to wszystko, czekam na dalsze prezentacje tego przedstawienia. Widownia premierowa zareagowała tak, jak zapewne wyobrażali to sobie jego twórcy i twórczynie. Tylko dwie osoby ostentacyjnie wyszły. Jak będzie dalej? Czy spektakl okaże się rzeczywiście obrazoburczy w konfrontacji z codzienną, powszednią publicznością? Czas pokaże. Być może subwersywna wymowa Diabła i dziewczyny okaże się szyta na miarę „oczekiwań społecznych”, być może nie – zobaczymy. Ale mój niesmak z powodu piętrzącej się w tym spektaklu niemiłosiernie łopatologii tak czy inaczej pozostanie w formie stabilnej i niezmienionej.