Logo
Recenzje

Logout & chill

15.01.2026, 10:45 Wersja do druku

„Przemiana” wg Franza Kafki w reż. Michała Kmiecika z Wrocławskiego Teatru Współczesnego na Festiwalu Boska Komedia. Pisze Piotr Gaszczyński w Teatrze Dla Wszystkich.

fot. mat. teatru

W „Przemianie” z Wrocławskiego Teatru Współczesnego w reż. Michała Kmiecika upiorną kafkowską rzeczywistość rozumie się w sposób na wskroś utylitarny. Żyjesz wtedy, gdy przynosisz korzyści. Twoje „ja” istnieje jedynie w kontekście czegoś; bezruch to śmierć.

Kafka i jego twórczość nieustannie inspirują kolejne pokolenia twórców. Wznawiane są opowiadania pisarza w nowych tłumaczeniach, powstają kolejne biografie, niedawno swoją premierę miał też film Agnieszki Holland opowiadający o tym na wskroś niezwykłym artyście. „Przemiana”, zaprezentowana w ramach krakowskiej Boskiej Komedii, bawi się kolażem stylów i estetyk, przenosząc akcenty utworu m.in. w stronę opowieści o prekariacie.

Pierwsza część spektaklu toczy się w biurze — ostentacyjnie stereotypowej przestrzeni z kilkoma biurkami, drukarką i obowiązkowym baniakiem z wodą (zapewne bonusem w miejsce owocowego czwartku). Niezbyt rozgarnięty szef (Miłosz Pietruski) w wersji Janusz deluxe z nabożnym uniesieniem nasłuchuje stukań w klawiaturę swoich pracowników (Przemysław Kozłowski, Tomasz Taranta), popijając kawkę przygotowaną przez sekretarkę (Zina Kerste). Mimo banalności przedstawionej sytuacji da się wyczuć pewne napięcie — coś ewidentnie wisi w powietrzu. Czym ono jest, okazuje się podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Mianowicie szef orientuje się, że główny bohater, czyli Gregor Samsa, jest nieobecny w pracy.

Ta, wydawać by się mogło, prozaiczna sytuacja jest dla bossa ciężkim szokiem, zdarzeniem bez precedensu. Gregor paradoksalnie zaistniał w rzeczywistości, ponieważ go nie ma. Odwrócenie porządku (poznanie tła dla dalszych wydarzeń zamiast rozpoczęcia przedstawienia od przemiany Samsy w robaka, jak w literackim pierwowzorze) jest jasnym sygnałem, z jak zbudowaną hierarchią mamy do czynienia. Homo laborans — człowiek pracujący — znajduje się na szczycie drabiny, jego egzystencja ma sens. Wszystko poza tym jest jedynie uzupełnieniem. „Powagi” sytuacji dodają przerwy pomiędzy kolejnymi aktami, podczas których czerwona kurtyna zjeżdża na dół, a na ekranach zawieszonych nad sceną, w towarzystwie niepokojącej muzyki, pojawia się tekst zapisany gotycką czcionką. Ukłon w stronę ekspresjonistycznego kina z początku XX wieku wprowadza element humorystyczny — jest dla mnie swoistym puszczeniem oka do widza.

Dalsza część spektaklu dzieje się w mieszkaniu Samsy. Mimo absurdalnej atmosfery w pracy i dziwacznego szefa, na sprzedaży drzwi można nieźle zarobić. Gregor utrzymuje ze swojej pensji całą rodzinę, co pozwala jego rodzicom (Rafał Cieluch, Anna Kieca) i siostrze (Dominika Probachta) bawić się we współczesną szlachtę. Snobistyczne śniadanka, podczas których ojcu (oczywiście w pozie noga na nogę i z gazetą w ręce) towarzyszą żona i córka, zamieniają się w festiwal wydawania poleceń pomocy domowej Felicji (Lina Wosik). Gdy w poszukiwaniu Gregora ich dom nawiedza prokurent z firmy, rzeczywistość zaczyna pękać. Reagują podobnie jak szef, lecz z innych pobudek. Niemożliwe jest, by Gregora nie było w pracy. Rodzina tak naprawdę nie martwi się o najbliższego, lecz o utratę status quo.

Gregor, poza jednym wyjątkiem, nie opuszcza swojego pokoju. Kostium insekta, w który go wtłoczono, początkowo wywołuje uśmiech. Jednak w miarę upływu czasu, głównie za sprawą świetnej gry aktorskiej, mimiki i wydawanych dźwięków, w widzu pojawia się klasyczne uczucie związane z estetyką groteski: strach pomieszany z niezdrową ciekawością i odrobiną śmiechu jako remedium na lęk. Paradoksalnie im dłużej jest zamknięty w pokoju — czyli de facto nieobecny na scenie — tym bardziej odciska swoje piętno w rzeczywistości. Ten osobliwy dualizm unosi się niczym toksyczne opary nad całym przebiegiem spektaklu.

Jeśli pomyśleć o wrocławskiej „Przemianie” jako metaforze współczesnej klasy społecznej, żyjącej w ciągłym strachu, niepewności jutra i niestabilności ekonomicznej, to metamorfoza Gregora byłaby niczym innym jak ostentacyjnym wylogowaniem się z rzeczywistości. To, że Samsa leży przez 90% spektaklu na łóżku, jest zatem nie tylko uwarunkowane biologicznie (entomologicznie), ale i kulturowo. Prawo Gregora do odpoczynku, wdrożenia w życie idei slow life, doprowadza do katastrofy na wszystkich polach — zawodowym i osobistym. Ojciec Gregora zostaje nocnym stróżem, matka ceruje ludziom bieliznę, do mieszkania trzeba dokooptować współlokatorów. Wszystko się wali. Gest Gregora przeczy ustalonym zasadom: bądź użyteczny albo giń.

„Przemiana” z Wrocławskiego Teatru Współczesnego w świetny sposób wydobywa z tekstu Kafki esencję absurdalności ludzkiej egzystencji, przekształcając ją w balladę o nicnierobieniu. W jednej z końcowych scen Greta, siostra Gregora, wykonuje a cappella utwór Wonderwall zespołu Oasis, w którym padają słowa: Today is gonna be the day / That they’re gonna throw it back to you / By now you shoulda somehow / Realized what you gotta do. Rzecz w tym, że Gregor nic nie musi. I na tym polega jego ostateczne zwycięstwo.

Tytuł oryginalny

Logout & chill

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Piotr Gaszczyński

Data publikacji oryginału:

15.12.2025

Sprawdź także