EN
21.06.2021, 16:48 Wersja do druku

Lejbe i Sióra, czyli w teatrze polskim pies nie ma

Opublikowana w 1821 roku w Warszawie późnooświeceniowa powieść Juliana Ursyna Niemcewicza Lejbe i Sióra, czyli Listy dwóch kochanków, kompletnie dziś zapomniana, ma mimo to zapewnione trwałe miejsce w historii i legendzie polskiego teatru, a to za sprawą profesora Bohdana Korzeniowskiego i jego pamiętnej metody egzaminowania studentów reżyserii warszawskiej PWST z ogólnej wiedzy literackiej – co działo się dobre pół wieku temu. (nb. skrót PWST oznacza Państwową Wyższą Szkołę Teatralną, a nie, jak się zdarzało w tej odległej epoce twierdzić nieżyczliwym, Państwową Wytwórnię Serów Topionych). Pisze Jarosław Komorowski w portalu Teatrologia.

Po szczegóły na temat narodzin „lejby i siory” czy też „lejbeisiory” zainteresowanych odsyłam do tekstu profesora Jana Kulczyńskiego Lejbeisiora w tomie Warszawska Szkoła Teatralna. Szkice i wspomnienia (Warszawa 1991). Ale poświęcony głównie istotnemu w czasach Oświecenia zagadnieniu asymilacji społecznej polskich Żydów utwór Niemcewicza, opowiadający o prześladowanej przez fanatyków tytułowej młodej parze („dwóch” znaczy tu „dwojga”!), wielce niegdyś popularny i tłumaczony na angielski, niemiecki i holenderski, zasługuje na naszą uwagę także z innego, bardziej bezpośredniego powodu. Dając ostry obraz zasklepionego w „przesądach” ortodoksyjnego środowiska żydowskiego, Niemcewicz dla równowagi nie zapomina o ukazaniu wad społeczeństwa polskiego. Dzięki temu odnajdujemy w powieści późne echo oświeceniowych polemik teatralnych, obrony sceny narodowej przed cudzoziemszczyzną. Oto Fadowicz, typowy fircyk wychowany w Paryżu, a przybyły z Anglii, wiedzie ożywiony dyskurs z hrabią Edmundem, „gorliwym dobra powszechnego i narodowości polskiej obrońcą”. Przyodziany w elegancki „czarny frak, niezmiernie u spodu ściśnięty, rozbuchany o góry”, krytykuje wszystko, co polskie, przechodząc wreszcie i do spraw teatralnych:

„Fadowicz […] postrzegł na klawikordzie dwie małe książeczki. Były to tragedie: Barbara [Radziwiłłówna] Felińskiego i Ludgarda Kropińskiego; porwał je trzpiot nasz, przebiegłszy oczyma: comment vous lisez cela [jak pan może to czytać]? zawołał. I czemuż nie, odpowiedziała hrabianka, są to wyborne sztuki… Pour moi je ne connois que Racine [Dla mnie nie masz jak Racine]. – Widziałżeś WPan te sztuki w Warszawie? zapytał Edmund… Nigdy w życiu moim nie byłem na polskim teatr [!], cieszę się, że rząd płaci 4000 dukatów na scenę cudzoziemską i że jakikolwiek jest teatr francuskiego [!]; jakoż cała bonne compagnie tam tylko uczęszcza, a w teatrze polskim pies nie ma. Tym ci gorzej, rzekł z żywością Edmund, nie wydoskonali się nigdy scena narodowa, póki dobrym tonem będzie przedkładać obce, płaskie krotochwile nad własne płody; wstyd patrzeć na loże nasze puste, gdy francuskie zajęte. Smutek mię ogarnął, gdym na najlepszej, oryginalnej sztuce polskiej widział nieraz dwie tylko loże i kilka krzeseł zajętych; gdy jaka nowość, przylatuje szarmaństwo dlatego, by powiedzieć, że widziało, i zobaczywszy, ulatuje na zawsze.

Mnóstwo przedkłada dekoracje, bengalskie ognie, pływających w niebieskich obłokach aniołków nad najpiękniejsze wzory; i tak będzie, póki [tak] nazywająca się dobra kompania lepszego nie da przykładu… Słyszałem, przerwał Fadowicz, że Bóg wie, co się wyrabia na naszej scena [!], że tam, mimo nakładów i prac przedsiębiorcy, dzieje się jak niegdyś w Polsce, gdzie możnowładcy więcej znaczyli niż sam król, że całe usiłowania na tym, by cudackim jakim na afiszu tytułem łapać jak na wędkę łatwowierną publiczność, a zatem mniej łatwowierni idą do Francuzów.

Idą, rzecze Edmund, jedni dlatego, że w rzeczy samej, wstyd powiedzieć, lepiej umieją po francusku niż po polsku, drudzy idą dlatego, że pierwsi poszli, że widząc najmodniejsze kapelusze z piórami, wychylające się z lóż, widząc całe szarmaństwo, całą elegancję naszą, wpadającą w zachwycenie nad samobójstwem Zokrysa, mniemają, że Zokrys jest caca, a Zygmunt August bla. Mniejsza o to, przerwał Fadowicz, nie na tym zależy patriotyzm, żeby bywać na polskim teatrze.

Chciałbym też wiedzieć, rzekł serio Edmund, na czym też WPan patriotyzm zakładasz. Ogłosiłeś, że można być dobrym Polakiem, nie umiejąc mowy ojczystej; wzgardzenie rękodziełami krajowymi, choć dobrymi, znajdujesz także przykładnym dla obywatelstwa, śmiesz twierdzić na koniec, że wstydzić się sceny narodowej, uciekać od niej, i to jest chwalebnym.

Jeżeli tak jest, chciejże mi proszę powiedzieć, jakże nazywać będziem tę winowajczą obojętność dla dobra powszechnego i w czym zakładasz pogardę narodowości naszej? […] Vous prenez les choses trop au serieux [Bierze pan sprawy nazbyt serio], rzekł Fadowicz i wziąwszy kapelusz i badynkę pożegnał kompanię i odjechał”. Badynka to elegancka laseczka, jak najbardziej stosowna do czarnego fraka.

Powieść kończy się bardzo dobrze, w każdym razie dla głównych bohaterów („coraz bardziej zakochani w sobie, żyją szczęśliwi”), bo dla Fadowicza już mniej: „sprzykrzywszy sobie nudy polskie, odrzucany od rozsądnych panien polskich, trzpiotując i walcując aż do starości, udał się na koniec do Paryża i tam […] po kafenhauzach i teatrach wlekąc ostatki niepożytecznego życia, umarł nie żałowany i zapomniany”. To może już lepiej chodźmy do jakiegoś polskiego teatru,

czego Państwu i sobie życzy

Jarosław Komorowski

Tytuł oryginalny

LEJBE I SIÓRA, CZYLI W TEATRZE POLSKIM PIES NIE MA

Źródło:

Teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Jarosław Komorowski

Data:

17.06.2021