„Lalka” Bolesława Prusa w reż. Mikity Iłynczyka w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Do teatru chodzę po emocje — tym razem w Dramatycznym nie dostałem tego, po co przyszedłem. Nieśmiało uśmiechnąłem się tylko przy jednej scenie (gdy Małgorzata Niemirska zagrała Łęcką tak, jak „należy” ją zagrać); poza tym któreś z nas — ja bądź spektakl — zdysocjowało się z tego spotkania.
Nie chodzi nawet o to, że reżyser z dramaturgiem Prusa zdekonstruowali więcej niż ździebko — ich zbójeckie prawo (książkę uważam za najlepszą polską powieść wszech czasów). Po prostu ich wizja Lalki z przyszłości wydała mi się nieco niekoherentna, na tyle, że wplatanie w nią Prusa odebrałem jako coś na kształt nadużycia. Zobaczymy, co powie licealna młodzież, dla której przewidziano przedpołudniowe pokazy — od razu uprzedzam: srogo się zawiedzie, jeśli liczy na przedmaturalnego bryka. Zarówno dorosły, jak i młody widz nieznający powieści Prusa nie wyniesie ze spektaklu właściwie nic. Dodajmy jednak uczciwie: porównywanie tekstu źródłowego z jego sceniczną adaptacją może być w tym przypadku całkiem satysfakcjonujące, nawet jeśli teatr zdobędzie w tej grze nieco mniej punktów.
A zdystansowałem się w jednej z pierwszych scen — tej, w której Łęcka oprowadza Stawską, Krzeszowską i Wąsowską po wystawie sztuki nowoczesnej. Rzecz dzieje się — jak wspomniałem — w przyszłości; panna Izabela interpretuje współczesną rzeźbę przez pryzmat (najkrócej mówiąc) feminizmu, panie zaś słuchają uważnie, ubrane w kostiumy jak ze składu Wokulskiego, tyle że z tamtych, a nie z opowiadanych czasów. Może to drobiazg, ale poczułem się lost in time — a to uczucie wyjątkowo niekomfortowe.