22.09.2020, 15:29 Wersja do druku

Kto kocha jak przyziemny sknera…

"Matka Joanna od Aniołów" Jarosława Iwaszkiewicza w reż. Wojciecha Farugi w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Grzegorz Kondrasiuk w tygodniku Do Rzeczy.

fot. Magda Hueckel/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Mamy jednak trochę teatru w Polsce. Takiego, który ma w zapasie ciekawą możliwość: trafną inscenizacją utworu potrafi znienacka przenieść autora z powrotem w rejony nieoczywistości. Właśnie coś takiego przydarzyło się w Teatrze Narodowym „Matce Joannie od Aniołów”.

Idźcie do Narodowego, nie tylko na Kożuchowską w tytułowej roli Matki Joanny, ale i na Iwaszkiewicza, i na rzetelnie robiony teatr. Pół roku pandemicznej przerwy w graniu wpłynęło ożywczo i na aktorów, i na sam spektakl. Był czas na przemyślenie, dopracowanie rozwiązań, eliminację.  Była okazja oczyścić scenę z pustosłowia, z nadmiaru, z inscenizacyjnego gadulstwa i pomysłów bez pokrycia. Chwalebny jest ten minimalizm reżyserski Wojciecha Farugi. Jeśli muzyka, to biały szum, w którym czuje się dobrze nie byle jaki filozofujący dialog. Jeśli rekwizyt, to wygrany do końca, który ma swoją wagę, niemal fizycznie odczuwalną. Jeśli scenografia to przejście do zaświatów poprzez zawieszony nad sceną okrągły ekran, na którym można rzucić i oślepiające światło objawienia, i cień najczarniejszego mroku. Jeśli tekst opowiadania to oskrobany do najistotniejszych, gęstych dialogów (dramaturgia Julii Holewińskiej). W tak przygotowane, obiecujące miejsce sceniczne wszedł zespół celebrujący powrót do grania po to, by wpuścić tam Iwaszkiewicza takiego, na jakiego zasługuje Narodowy. I nie chodzi mi wcale o intronizację kolejnego narodowego wieszcza, ale o to, że doskonały polski autor po prostu został wnikliwie przeczytany. Wystarczyło obrać trajektorię bez ideologicznej łatwizny, nie pouczać publiczności. Dać postaciom mówić „od siebie", wydobyć architekturę utworu z przewrotnym rozwiązaniem akcji, gdzie ostateczna racja i tak nie należy do nikogo.

Czym jest centralne pojęcie chrześcijaństwa, ofiara? - na to finalne pytanie nie dostaniemy odpowiedzi, bo ironia miesza się tu z uznaniem świętości. Żarliwie, jak to tylko agnostyk potrafi, pyta tu Iwaszkiewicz o sankcje ostateczne i o problem zła, a echa tych pytań pojawiają się w kwestiach postaci drugoplanowych: u prowincjonalnego sybaryty, ks. Bryma (Krzysztof Stelmaszyk), i w manichejskiej filozofii cadyka, rebego Isze.

fot. Magda Hueckel/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Opowiadając o opętaniu zakonnicy Joanny i o doktrynerze, ks. Surynie, egzorcyście, który otrzymał najtrudniejszą misję w życiu, Iwaszkiewicz paradoksalnie jest tu jak najdalszy od doktrynerstwa. Nie byłby Iwaszkiewiczem, gdyby nie pisał o diabłach i aniołach na poważnie, co jakiś czas przymrużając lekko jedno oko: pozwalając sobie na nazywanie Zapalniczką ostatniego z demonów nękających Joannę albo wypowiadając ustami Bryma taką oto filozoficzną refleksję: „Wielki diabeł Behemot, który operuje w wielkich zbrodniarzach i mały... może się Piwko nazywa? który nam podsuwa drobne zadowolenia".

Zasługą skoncentrowanego, mocnego zespołu aktorskiego jest przekazanie tych tonów tak jak muzykę przenosi dobrze wykonany i zestrojony instrument w rękach majstra. Suryn (Karol Pocheć) nie jest tu naiwnym młodzieniaszkiem, tylko zmęczonym mistykiem: ma pobrużdżoną twarz i udręczone oczy. Matka Joanna jest zagadką, oszczędna, a przez to świetlista rola Małgorzaty Kożuchowskiej nie rozstrzyga, czy jej opętanie to mistyfikacja, choroba, a może rzeczywistość niedająca się objąć racjonalnym umysłem. Żadnego gwiazdorzenia!

W tak naszkicowanym świecie byłoby ono głośno brzmiącym fałszem. Długa scena, w której Suryn i Małgorzata wymierzają sobie raz po raz ten drugi chrystusowy policzek, ma w sobie moc scen układanych przez Pinę Bausch (no, prawie.).

Długo (i o każdej roli) można pisać, bo szerokie otwierają się tu przestrzenie, po których da się wędrować z własnymi przemyśleniami. A może jest to rzecz o miłości? Bo w narastającym crescendo coraz mocniej wybrzmiewają, stając się w końcu jedynymi, wątki nie tylko finałowej zbrodni, lecz także miłości. Tej boskiej i tej ludzkiej. „Kto kocha jak przyziemny sknera / ciałem, nie duszą, temu biada" powiada słowami Johna Donne'a upadła zakonnica Małgorzata (głęboko prawdziwa, ludzka Edyta Olszówka).

fot. Magda Hueckel/ Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Tytuł oryginalny

Kto kocha jak przyziemny sknera…

Źródło:

Do Rzeczy nr 39