Logo
Recenzje

Krzysztof Pastor wystawił nowy balet! Miłość, Montmartre i Gershwin

9.03.2026, 14:31 Wersja do druku

„Amerykanin w Paryżu" George'a Gershwina w choreogr. Krzysztofa Pastora w Operze Nova w Bydgoszczy. Pisze Henryk Martenka w „Tygodniku Angora".

fot. mat. teatru

Jest najwybitniejszym polskim choreografem, z ogromnym doświadczeniem, dorobkiem i uznaniem. Niegdysiejszy solista Polskiego Teatru Tańca Conrada Drzewieckiego. Pracował ze znakomitymi zespołami Ameryki, Azji, Europy i Australii. Laureat nagród, kawaler orderów. Krzysztof Pastor. Od 2009 roku dyrektor baletu Teatru Wielkiego-Opery Narodowej. Twórca poszukujący, łączący style i techniki, doskonale czujący publiczność, jej potrzeby i skalę pojmowania języka tańca.

Najnowsza premiera, która 28 marca odbyła się na scenie Opery Nova w Bydgoszczy, owocuje wszystkim, co składa się na artystyczną pozycję Pastora. „Amerykanin w Paryżu" do muzyki George'a Gershwina jest nie tylko kolejnym dowodem żywotności tej muzyki, ale i nawiązaniem do jednego z najważniejszych emblematów kultury masowej XX wieku, jakim był zekranizowany w 1951 roku musical pod tym samym tytułem, wyreżyserowany przez Vincente Minnellego z librettem Alana Jaya Lernera. Pastor, choreograf bydgoskiego przedstawienia, oparł opowieść na scenariuszu filmu, ale wyraził go wyłącznie muzyką i tańcem.

Jak wypadła najnowsza próba przywołująca kultowy film i jego postacie? Szczególnie że byli kiedyś krytycy musicalu (otrzymał osiem nominacji i sześć Oscarów!), którzy uważali, że film Minnellego jest jednym z najbardziej przereklamowanych dzieł w historii kina. Opowieść, muzycznie osnuta na europejskich doświadczeniach Gershwina z lat 20. XX wieku, przedstawia amerykańskiego żołnierza Jerry'ego, który - zdemobilizowany po pierwszej wojnie światowej - pozostaje w Paryżu, by spełnić marzenia i zostać malarzem. Typowy przykład tysięcy Amerykanów, artystów wszelkiej maści, których uwiodła Europa, jej dziedzictwo i niezwykły witalizm lat powojennych. Paryż dla świata był wtedy tym, czym Nowy Jork stał się dla niego dwa pokolenia później. Jerry poznaje dziewczynę, ale ta znika mu z oczu. Pozostaje żal i tęsknota. W podobnej sytuacji jest Henri, reżyser teatralny, który nie może zapomnieć młodej tancerki Lisy, której życie w czasie wojny uratował. Jest wreszcie Milo, bogata Amerykanka, szukająca w Paryżu miłości. Los sprawia, że Jerry spotyka utraconą kiedyś dziewczynę, ale ta okazuje się tą samą... Lisą z życia Henriego. Zaczynają się miłosne perypetie, ostatecznie prowadzące do szczęśliwego finału. Szczęście znajduje też Milo, która z ukochanym mężczyzną wraca do Stanów.

Skomplikowana historia miłosna została z dynamiczną lekkością przełożona przez Pastora na język obrazu i ruchu. Partie solowe, pas de deux czy sceny zbiorowe cieszą oko publiczności szykownością układów, pastelowymi kolorami kostiumów (Emil Wysocki) i elegancją stopu tańca klasycznego z energetycznym tańcem współczesnym. Tancerki tańczą na pointach, ale wyraz sceniczny bliższy jest konwencji nowoczesnego musicalu niż klasyce „Jeziora łabędziego" albo „Giselle". Nie brakuje też dramatycznych zwrotów akcji, które nie pozwalają widzowi na poluzowanie uwagi. Pastor zna możliwości baletu bydgoskiego - wystawił z nim trzy sezony temu „Niebezpieczne związki" podług powieści Pierre'a Choderlos de Laclosa, potrafił więc z dużego międzynarodowego zespołu baletowego wybrać takich solistów, którzy najlepiej oddadzą ducha dzieła.

Dzieła muzycznie niejednorodnego, skompilowanego z kilkunastu utworów Gershwina, mniej lub bardziej popularnych, o czytelnym kompozytorskim idiomie, brawurowych tempach i jazzującym brzmieniu. Słuchaliśmy m.in. fragmentów „Błękitnej rapsodii", Preludium nr 2, „Uwertury kubańskiej" i wielkiego songu „Summertime" z opery „Porgy and Bess", brzmiała uwertura z „Girl Crazy" oraz w wielkim, karnawałowym bez mała finale „Amerykanin w Paryżu", który dał tytut przedstawieniu. Aranżacji na potrzeby spektaklu dokonał Przemysław Zych. Układy choreograficzne ekspresyjnie wyrażały linię muzyczną, a subtelne aluzje baletowe wiązały bydgoski spektakl z filmem Minnellego.

Orkiestrę poprowadził Piotr Wajrak, lecz gershwinowskie szlagiery sprawiły, że przygotowanych instrumentalistów (świetnie wypadły dęte, perkusja i pianista Artur Pilch) muzyka niosła sama. Gershwin był właściwie samoukiem, który do muzyki wszedł mimo sprzeciwu ojca. Dorobił się na swych kompozycjach fortuny, mając świadomość, że do poziomu europejskich twórców, takich jak Ravel, Debussy czy Satie, nigdy nie sięgnie. Do legendy weszła anegdota, o tym jak Gershwin pojawił się u Ravela, prosząc go o lekcje, ale gdy Ravel dowiedział się, ile tamten zarabia na muzyce, odmówił: - Panie, to ja powinienem uczyć się u Pana. Howard Pollack, biograf Gershwina, opisał Ravela jako „arystokratę muzyki", a Gershwina jako swego rodzaju „człowieka ulicy". „To naprawdę interesująca dychotomia. Podziwiali się nawzajem, ale prawdopodobnie z dystansem". Nie mogło być inaczej. Gershwin nie byłby w stanie napisać jak Ravel „Nagrobka Couperine'a", ale czy Ravel napisałby „Oh, Lady Be Good!" albo „I Got Rhytm"?

Spośród pięciorga solistów pierwszoplanowych wyróżnię dwójkę zakochanych protagonistów, którzy zebrali najżywsze brawa. Lisę zatańczyła Japonka Ryoka Chiba, od czterech sezonów w Bydgoszczy, wcześniej związana z amerykańskimi zespołami baletowymi w Atlantic City, Milwaukee i Chicago. Eteryczna, pełna powściągliwej ekspresji, uduchowienia nawet, wyróżniała się pośród wykonawców urodą i elegancją. Partnerował jej w roli Jerry'ego ukraiński tancerz Artem Rybalchenko, w zespole od pięciu lat, mający na koncie role w „Dziadku do orzechów", „Coppelii", „Niebezpiecznych związkach" i wyróżniany na wielu konkursach baletowych. Stworzyli ujmującą parę zakochanych, którzy - mimo przeciwności losu - wypełniają swe przeznaczenie. Warte uwagi kreacje wykonali: Angelika Wojciechowska jako Milo, Rafał Tandek w roli Henriego oraz Matthias Kastl jako Adam. Barwne roztańczone grupy stworzyły wyraziste postacie paryskiej bohemy, malarzy i ich dziewczyn, policjantów, kwiaciarki. Współgrał z nimi corps de balet, Paryżanie, którzy żywym, kolorowym tłumem wypełniali scenę Opery Nova, tworząc filmowe niemal tło dla miłosnej intrygi. Scenografia (Natalia Katamikado) mało atrakcyjna, za to funkcjonalna, bo wymalowana, sugestywnie sygnalizowała znane wszystkim paryskie klimaty, narożne kawiarenki, ciasne uliczki, nabrzeże Sekwany, kamieniczki do dziś oglądane w zaułkach Montmartre'u. Do legendy Paryża, która ciągle ma się dobrze w światowej popkulturze, przybyła jeszcze jedna udana opowieść, których nigdy dosyć. 

Tytuł oryginalny

Krzysztof Pastor wystawił nowy balet! Miłość, Montmartre i Gershwin

Źródło:

„Tygodnik Angora” nr 11

Autor:

Henryk Martenka

Data publikacji oryginału:

09.03.2026

Sprawdź także