Logo
Recenzje

„Królowa miłości" – traktat o matce

19.01.2026, 12:07 Wersja do druku

„Królowa miłości” Sandry Szwarc w reż. Moniki Czajkowskiej w Teatrze Telewizji. Pisze Piotr Zaremba w „Sieciach”.

fot. mat. prasowe

W nowym roku Teatr Telewizji wystartował sztuką „Królowa miłości" Sandry Szwarc. Inaczej niż wiele współczesnych dramatów, ona nie poucza - raczej nie dopowiada pewnych kwestii. Jej drugim atutem są kreacje aktorskie, zwłaszcza Anny Dymnej.

Redakcja Teatru Telewizji eksponowała spektakl jako w pełni własny. W ostatnich latach miejsce takich produkcji zaczęły zajmować proste przeniesienia ze scen teatrów, będące więc w istocie dziełem kogoś innego. A tu dostajemy współczesny polski tekst Sandry Szwarc. Młoda reżyserka Monika Czajkowska realizuje go w studiu TVP, biorąc za niego pełną odpowiedzialność artystyczną.

Stara kobieta o imieniu Jadwiga miota się po mieszkaniu - niby zwyczajnym, a jednak wyglądającym niesamowicie (dekoracje niezawodnej Aleksandry Redy). Zdaje się cierpieć na demencję, realne spotkania z Opiekunką i Sąsiadką mieszają się w jej głowie z halucynacjami. Nękają ją dziwne hałasy, a w pokoju pojawia się tajemnicza dziewczyna, z pewnością nierealna.

Dostajemy więc coś, co zdaje się być traktatem o starości, która pozbawia człowieka kontroli nad własnym życiem. Traktatem ponurym, klaustrofobicznym, na granicy horroru. Miałem skojarzenia z wstrząsającym filmem „Ojciec" Floriana Zellera, w którym Anthony Hopkins pogrąża się w nierzeczywistościach choroby. I już nie wiemy, co widzi naprawdę, a co mu się zdaje.

Potem jednak wszystko odwraca się w trochę innym kierunku. Czy Jadwiga naprawdę straciła pamięć, czy to przypadek wyparcia wspomnień związanych przede wszystkim z synem kobiety, który zrobił coś bardzo złego? Wspomniana dziewczyna jest jego ofiarą. Kim z kolei jest Opiekunka? Obcą, źle traktowaną przez Jadwigę kobietą czy kimś, kto ma powód obdarzać ją bezinteresowną miłością - tak jak ona kocha nieobecnego syna?

fot. mat. prasowe

Jest to sugestywne, choć smoliście czarne, dołujące. Mam jedną wątpliwość. Niedopowiedzenia bywają twórcze. Tylko nie jestem pewien, czy pojąłbym do końca tę przymgloną fabułę, gdybym nie przeczytał wcześniej zajawki. To jak lektura libretta w operze.

Po spektaklu Grażyna Torbicka rozmawiała z autorką, z reżyserką i z główną aktorką - Anną Dymną. One posunęły się dalej jeszcze w przypuszczeniach na temat przeszłości Jadwigi i jej rodziny. Czy jednak Szwarc i Czajkowska nie pozacierały wcześniej w tym dobrze napisanym tekście podstawowych odpowiedzi? Nie każdy czyta zajawki. To jednak tylko wątpliwość, bo duszny klimat przedstawienia zrobił na mnie wrażenie. Może powinniśmy być skazani na domysły?

Bez wątpienia królową tego zdarzenia jest Anna Dymna - wielka aktorka, dawna piękność polskiego teatru i filmu, która w ostatnich latach pozwala się twórcom dowolnie oszpecać (przypomnijmy monstrualną dawną śpiewaczkę z serialu „Wielka woda" Jana Holoubka). Może w kilku miejscach reżyserka poprowadziła jej Jadwigę drogą zbyt naturalistycznych sekwencji, demaskujących nędze starości. Ale zarazem każdy grymas, każdy zaśpiew aktorki niesie przeraźliwą człowieczą prawdę. Ekshibicjonizm? Może, lecz także droga do niełatwego oczyszczenia. A kreacja nie gorsza niż Hopkinsa.

Partnerkami Dymnej są Dominika Bednarczyk (Opiekunka), Aleksandra Konieczna (Sąsiadka) i Izabella Dudziak (Klara-widmo). Razem tworzą symfonię nastrojów osaczających Jadwigę. A przecież Bednarczyk zagrała w finale heroizm, kryjący się w miłości prowadzącej do poświęcenia. Torbicka delektowała się myślą, że to świat widziany z perspektywy kobiet. Może jest w tym delikatna sugestia, że częściej bywają one ofiarami niż wygranymi. Ale na szczęście nie było w tym grama ideologii. 

Tytuł oryginalny

„Królowa miłości" - traktat o matce

Źródło:

„Sieci” nr 4

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

19.01.2026

Sprawdź także