Logo
Recenzje

Koński targ

9.12.2025, 12:00 Wersja do druku

„Czyż nie dobija się koni?” wg Horace’a McCoya w reż. Wojtka Rodaka z Akademii Sztuk Teatralnych na Festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.

fot. mat. teatru

Odwołali pokazy Pakuły na Boskiej (emotka smuteczku). Komunikat dla prasy: „Jeśli ktoś z Państwa wybierał się na Latającego Potwora Spaghetti, proszę o powstrzymanie się”. Święte słowa. Z braku laku poszedłem na Wojtka Rodaka. Dopiero poznaję twórczość tego reżysera. Nie widziałem nawet jego Dziejów grzechu, które grają mi na mieście. Eksploruję ten dorobek od tak zwanej dupy strony, od dzieła taniego w sensie budżetowym, czyli od dyplomu w szkole teatralnej.

Powieść Czyż nie dobija się koni? to materiał na musical albo inną potańcówkę i tak zwykło się ją rzeźbić, gdy szła do teatru (Baduszkowa, Kościelniak, nawet pantomima). Poprzednią inscenizację po szyldem szkoły krakowskiej zrobiono w Bytomiu, czyli na Wydziale Teatru Tańca. Działo się to w czasach, gdy nie każdy spektakl należał do tego nurtu, nie wszystko było baletem. Od kiedy tematem większości przedstawień jest tak lub inaczej pojmowane ciało, nie ma już większej różnicy pomiędzy dramą a dance’em. Treść narzuca formę. Gdy Wajda nazywał obsadę u Lupy w Powrocie Odysa „zespołem tańca towarzyskiego”, dodając, że „tak grają również u Warlikowskiego i Jarzyny” (Notesy, 27 lutego 1999), niechcący wykrakał.

W programie RuPaula muszą lipsynkować, żeby nie wylecieć: lip-sync for your life. W Dobijaniu koniu Wojciecha Rodaka tańczą, aby przeżyć lub właśnie nie przeżyć: rave to the grave. (Por. Michał Witkowski, Fynf und cfancyś: „Di postanowiła zaruchać się na śmierć tunajt”). Tak to już jest w życiu: aby cokolwiek osiągnąć, trzeba ruszyć dupę. Podstawowym problemem młodego człowieka nie jest, wbrew pozorom, wbicie się do towarzystwa, lecz wejście na listę płac. Na odcinku nowego polskiego teatru robi się to, tańcząc, więc jak można się domyślić, młodzi grają siebie. I lepiej się gną niż mówią. Tekst w tym przedstawieniu służy tylko za podglebie, watę dla rzeżuchy.

Nie będzie chyba nadużyciem, jeżeli rozwinę metaforę tytułową. Młodzi adepci aktorstwa trafiają na targ, gdzie się obsadza albo nie obsadza konie. Przecież tak się mówi: aktorzy „ze stajni” tego lub tamtego reża. Po co oni tańczą? Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, o co chodzi.

W warstwie kontentu występuje to, co wszędzie, czyli konkurs pt. „Kto ma najgorzej?”. Biedni dwudziestoletni. Trochę musical Metro, trochę film Fame, trochę Rozmowy w tańcu Osieckiej, a trochę Wesele z przerwami na pogaduszki. Pośród kostiumów obserwujemy kowbojki z odsłoniętym zadem, uprzęże i inne elementy skórzakowe, mimo że spektaklu nie reżyserował Wiśnia. Już prędzej Augustynowicz, skoro formą rządzą rytmy. Każdy lubi dobry beat.

W teatrze antycznej Grecji zbrodnie działy się za sceną. Tutaj, w może wyższej, ale jednak szkole, za sceną dzieją się seksy.

Widziałem gorsze dyplomy. Nawet na tej scenie (dawna 210), na tym festiwalu (Nie jedz tego! To jest na święta! z Łodzi). Tylko jak opisać dyplom i nie skłamać? Przecież to będzie niemal bicie dzieci. Jednak life’s not fair, a ja nie jestem dobra ciocia, tylko zła ciotka. Reżyser zrobił aktorzom (mianownik: aktorze) bearsową (po polsku: misiową) przysługę ponadtrzygodzinnym dyplomem. Osoby dyrektorskie zemdleją, nim się zdecydują, kogo nie zatrudnić. Aktorzy grali tak sobie, dyplomowo, półfachowo. Według czego to oceniam, skoro sam nie umiem w aktorstwo? Poprzez porównanie. Widziałem w życiu paru aktorów grających udatnie i po prostu szło im lepiej. Obsada otrzymała elementarne zadanie aktorskie jak w Gai Steczkowskiej: artykułuj słowa w ruchu i nie strać oddechu.

Istotą przedstawienia dyplomowego jest widzialność absolwentów, forum młodego aktorstwa. Przyjmijmy zasadę: nie jeździć po młodych. Powiem zatem tylko, kto był moim zdaniem dobry, a kto obiektywnie dobry. W obu wypadkach odpowiedź jest jedna: MC. Najmniej się narobił, a najwięcej nagrał. Za rolę Rocky’ego wróżę Błażejowi Szymańskiemu powodzenie zawodowe, tylko nie wiem, czy życzę mu ścieżki teatralnej, może od razu czegoś lepszego: nie bycia częścią tej czy innej pięciolatki w mieście wojewódzkim, lecz głębokiej wody, być może wolnego rynku? Nie wiem ponadto, czy pochwała akurat ode mnie, który posiadam dyplom z AST na nieznanie się, nie okaże się pocałunkiem dementora. Szymański gra tak naprawdę monodram, bo ma taką możliwość i takie umiejętności. Jest dobitny, wyrazisty, słyszalny, w swoim żywiole, a bywa sztuczny tam, gdzie ma być sztuczny. Może to nie jego wina, ale brzmi chwilami jak Wojciech Niemczyk w Samotności pól bawełnianych Rychcika. Jego jednego zapamiętam z twarzy i nazwiska.

Spektakl Czyż nie dobija się koni? z Post-PWST jest otchłannie, terminalnie nudny. Nie mnie rozstrzygać, czyja to jest wina, ale jako że reżyser facet, no to może jego? Domagała wyszedł, a ja dosiedziałem tylko i wyłącznie po to, żeby dać świadectwo. Tip dla aktorów: jeżeli twoją widownią są ewentualni pracodawcy, pomysł, żeby ich zamęczyć, jest kiepskim pomysłem. Z drugiej strony nuda to towar deficytowy. Dzisiaj nie sposób się nudzić, bo zawsze albo robota, albo równie absorbująca rozrywka, a tu nam serwują stare dobre ennui, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa, te niedzielne popołudnia z melancholią i bez sensu. Spektakl dałoby się skrócić bez problemu o godzinę, bo tymczasem można, jak Maryna w Weselu, „zgrzać się przy tańcowaniu”, kwitnąc na pośladach i nawet nie szyjąc nogą.

Uprawiany w Czyż nie dobija się koni? wygib ma w sobie coś z chocholego tańca, skoro bohaterowie to the living dead, „zbyt martwi, by żyć, i zbyt żywi, by umierać”, jak podaje opis dzieła. Dla niektórych postaci jest to „rejw ostatni”. Jeśli cały spektakl stoi na chocholim baunsie, trzeba zamknąć go inaczej. Pierwszy z brzegu pomysł: najlepiej piosenką. The winner takes it all. Powiem jak Miranda Priestley w prequelu sequela Prady: pomysł z gatunku groundbreaking.

Opisy spektakli zwykle tworzą działy promo w porozumieniu z twórcami. Wygląda to tak: jakieś mądre pustosłowie, jakieś pochwały od Przemka i jakieś triggery. Zwłaszcza te ostatnie dość średnio oddają prawdę. Epilepsji idzie dostać wcale nie od stroboskopu. I tu widzę swoją misję: wyrażać opinie o faktycznych zagrożeniach i zatruciach estetycznych jak na mapach Google’a.

Recenzent jest kolegą przyjaciółki reżysera.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także