Komisja konkursowa, po przeprowadzeniu postępowania konkursowego, nie wyłoniła kandydata, który spełnił oczekiwania Komisji w zakresie całościowej wizji funkcjonowania i rozwoju Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze i który dawałby najlepszą gwarancję skutecznego kierowania, zarządzania instytucją kultury oraz realizacji celów statutowych. Pisze Waldemar Matuszewski.
Komisja, kierując się odpowiedzialnością za właściwe funkcjonowanie instytucji kultury, uznała, że nie zachodzą przesłanki do rekomendowania któregokolwiek kandydata. W związku z powyższym, Konkurs na kandydata na stanowisko dyrektora Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze pozostaje nierozstrzygnięty – tak brzmi konkluzja protokołu z posiedzenia komisji konkursowej po drugim etapie konkursu na kandydata na dyrektora Lubuskiego Teatru z 22 lipca 2026 r.
Tego konkursowego werdyktu nie można nazwać inaczej niż porażką. Ponieśli ją wszyscy – zarówno organizator konkursu, jak i zasiadający w komisji. Jeśli zaś mowa o kompetencji (niekompetencji) konkursowych kandydatów, to raczej zastanowić się trzeba nad kompetencją zasiadającej komisji, bo co najmniej dwóch przesłuchiwanych spełniało w zupełności konkursowe wymagania i mogłoby z powodzeniem uratować teatralną placówkę, która znalazła się na manowcach. Pod znakiem zapytania staje kwestia, czy samorząd – jako organ prowadzący – dorósł do decydowania o losach instytucji artystycznej. Sprawa dotyczy nie tylko Zielonej Góry.
Rzeczywista przyczyna zielonogórskiej porażki konkursowej miała swój początek wiele lat temu – kiedy ministerstwo kultury, przy okazji reformy administracyjnej kraju, zadecydowało o przekazaniu teatrów w Polsce we władanie (jako organowi prowadzącemu) samorządom (miejskim lub wojewódzkim). Była to decyzja przedwczesna i już od lat zbieramy jej zgniłe owoce. Polskie samorządy nie dojrzały do tej funkcji; lokalni urzędnicy zarządzający kulturą, obsadzani z klucza politycznego, na ogół nie mają kompetencji do zarządzania kulturą. Zarządy województwa, rozpisujące konkursy takie jak ten w Zielonej Górze, składają się z przedstawicieli poszczególnych partii, które razem trzymają lokalną władzę i według partyjnego klucza rozdzielają między sobą poszczególne departamenty.
W 9-osobowej komisji zasiadają trzy osoby reprezentujące tzw. organ założycielski, w tym wypadku urząd marszałkowski; komisji przewodniczy przedstawiciel marszałka – i to decyduje w dużej mierze o werdykcie komisji konkursowej. Kiedy kandydowałem na dyrektora Lubuskiego Teatru w roku 1991, decydujący głos w komisji konkursowej miał reprezentant Ministerstwa Kultury – wielki człowiek polskiego teatru – Marek Okopiński, a nie urzędnik lokalnej władzy.
Oto skład zielonogórskiej komisji konkursowej z lipca 2026 r.: Anna Chinalska - przewodnicząca Komisji, Urząd Marszałkowski, Tatiana Janiak - wiceprzewodnicząca Komisji, Urząd Marszałkowski, lwona Napieralska – członek Komisji, Urząd Marszałkowski, Katarzyna Sołtys – członek Komisji, MKiDN, Małgorzata Mostek-Łączyńska – członek komisji, MKiDN, Andrzej Chichłowski - członek komisji, ZASP, Wojciech Brawer – członek komisji, Stowarzyszenie Dyrektorów Teatrów, Marta Frąckowiak - członek komisji, związek zawodowy Teatru, Krzysztof Wójcicki – członek komisji, związek zawodowy Teatru.
Praktyka pokazuje, że przedstawiciele ministerstwa, związków zawodowych i twórczych w składzie konkursowej komisji to listek figowy dla poczynań organizatora konkursu; że niby zaprosiliśmy do komisji ekspertów, ludzi kompetentnych, fachowców, związkową reprezentację Teatru. Głosy oddane na poszczególnych kandydatów podane w protokole z posiedzenia zielonogórskiej komisji z dnia 22 lipca 2026 r. to mieszanina „od Sasa do lasa”, nie potwierdzająca jej kompetencji. Skoro protokół – operujący nazwiskami kandydatów – jest dokumentem jawnym, zatrzymam się przy jednym z nich, tym, który ze swoim bogatym doświadczeniem artystycznym i menedżerskim oraz sukcesami w prowadzeniu kilku teatrów (także w stolicy) mógłby Lubuski Teatr uratować, a otrzymał zero głosów. (A przecież był to kandydat, który zdecydowanie wygrał wewnętrzne głosowanie całego zespołu aktorskiego!) To nie kandydatowi zabrakło kompetencji – raczej komisji konkursowej.
Jak wieść niesie, kandydat nie spodobał się komisji, bo się do niej ani do zespołu teatralnego nie umizgiwał, ale rzeczowo i może nawet szorstko – jako zawodowiec – mówił o sposobie wyprowadzenia Lubuskiego Teatru na prostą. Zdaje się, że dyrektor nie jest do lubienia i podobania się, lecz do konkretnych działań i wyzwań? Natomiast kandydat bez doświadczenia na stanowisku kierowniczym w tak odpowiedzialnej instytucji artystycznej jak Lubuski Teatr otrzymał aż 3 głosy! Czy to sen? Toż to prawdziwy policzek dla prawdziwego Człowieka Teatru… Czy członkowie komisji zdają sobie sprawę z tego, do czego przyłożyli rękę, do czego zostali użyci? Zginęły w tym wszystkim głosy przedstawicielek ministerstwa, głos ZASP-u, wreszcie: artystów Lubuskiego Teatru.
Jako były pracownik tego teatru przepraszam Pana, panie Tomaszu, przepraszam wszystkich tych, których zlekceważono w tym konkursie – chociaż to nie ja powinienem przepraszać.
Kto po tym werdykcie zechce tutaj stawać w konkursowe szranki w przyszłości? I gdzie w tym dziwnym galimatiasie jest sam Teatr, któremu grozi wejście w nowy sezon bez dyrektora? Urzędnicy są spokojni – nie takie pożary się gasiło! Ale po co było te pożary wywoływać? Ilość urzędniczych zaniechań i odwlekania w czasie w stosunku do zarzutów stawianych poprzedniemu dyrektorowi tylko potwierdza tezę, że lokalny samorząd nie dorósł do decydowania o losach placówki artystycznej tej rangi co Lubuski Teatr.
Czy nie nadszedł czas na ponowne przemyślenie konkursowej formuły w całym kraju? Czy takie całkowite oddanie teatrów we władanie samorządom nie było kardynalnym błędem? Płynie z Zielonej Góry kolejny niepokojący sygnał dotyczący i tak już dramatycznej sytuacji Lubuskiego Teatru: mimo zapowiedzi z dnia 22 lipca 2026 r. o ogłoszeniu drugiego konkursu najdalej za dwa tygodnie, do tej pory tego nie zrobiono.
Poświęciłem temu Teatrowi pięć lat pracowitego i twórczego życia. Był to mój najpiękniejszy czas, określony przez wieloletniego pracownika Lubuskiego Teatru mianem „belle époque” w jego dziejach, i dlatego, mimo upływu lat, nie mogę nie zareagować na tę wielką krzywdę wyrządzoną Teatrowi i prawdziwym ludziom teatru, którzy chcieli go ratować.