Logo
Recenzje

Kofman. Podwójne wiązanie

30.12.2025, 13:06 Wersja do druku

„Kofman. Podwójne wiązanie” Janusza Margańskiego i Moniki Muskały w reż. Katarzyny Kalwat, koprodukcja Nowego Teatru i Festiwalu Nowe Epifanie w Warszawie na Festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Bartek Warzecha

Czasem są spektakle, po których fizycznie nie wiem co powiedzieć, ale nie przez to jakie były dobre lub niedobre, ale przez temat, który poruszały i ten temat po zaszczepieniu we mnie rozrasta się i zaczyna niewygodnie podgryzać i blokuje we mnie umiejętność zebrania myśli. Takie poczucie miałem właśnie po „Kofman. Podwójne wiązanie” Katarzyny Kalwat z Nowego Teatru w Warszawie.

Tekst Janusza Margańskiego i Moniki Muskały, na którym Kalwat pracowała, ma ciekawą formę, nie jest jednoznaczną biografią i nie traktuje swojej centralnej postaci, czyli Sary Kofman, jako najistotniejszego punktu historii. Jest ona raczej pretekstem, aby skupić się na niewielkim wycinku z jej życia i przez pryzmat tego móc popatrzeć na problem tożsamości i splątania w dwa zupełnie odrębne od siebie światopoglądy. Poznajemy Kofman, w miażdżącym wykonaniu Mai Ostaszewskiej, gdy jako dorosła kobieta stara się poskładać samą siebie i zrozumieć kim jest i z czego wynika ten dziwny dualizm; dzięki temu cofamy się do czasów jej dzieciństwa przed wojną i możemy przyjrzeć się temu, jak wychowywała ją jej biologiczna matka, Żydówka, tradycjonalistka, skupiona bardzo mocno na wychowaniu jej w wierze i w tym, aby jak najbardziej była przywiązana do kultury żydowskiej i wszystkich zasad w niej obowiązujących. W okresie wojennym uciekają do Francji, gdzie ukrywają się u Claire Chémette - podstarzałej Francuzki, która coraz mocniej zaczyna wpływać na wychowanie Sarah wbrew ciągłym protestom biologicznej matki dziewczyny. Kofman wdraża się w naukę języka francuskiego, modę i powoli zaczyna wyślizgiwać się z coraz słabszych oków religijności.

Dzięki tak zarysowanej historii możemy zobaczyć kluczowy i dość uniwersalny temat, który nie dominuje tej inscenizacji; jest pierwszoplanowy, ale jednocześnie przemyka niemalże w tle, jak dym, nieuchwytnie. Zmagania Kofman z samą sobą obrazują ciężką walkę i próbę zrozumienia kim tak naprawdę jest: czy jest Żydówką czy bardziej Francuzką? Która z matek tak naprawdę winna być bardziej kochana? Ta, która ją uratowała czy ta, która otwarła ją na świat? Doskonale obrazuje to wiele momentów, gdy każda z matek jest po przeciwnej stronie sceny, a Sarah stoi na środku pomiędzy nimi i chyba sama nie może zdecydować, gdzie jest jej miejsce, a nie można przecież być całe życie pomiędzy. Wybija się też temat wychowania w tym rozerwaniu pomiędzy liberalną filozofią życiową Chémette, którą wpaja dziewczynie a bardzo zachowawczą i konserwatywną matką biologiczną, która na przekór tego wdraża jej coraz więcej ograniczeń. Buduje się z tego obraz wychowania w środowisku, które - poza ogólnym strachem związanym z utratą życia z powodu wojny - jest środowiskiem nad wyraz toksycznym dla dziecka; pełne sprzeczności i ciągłego konfliktu, nie pozwalające finalnie rozwinąć swojego własnego „ja”.

Kalwat w formie tego spektaklu jest bardzo konsekwentna, ascetycznie i precyzyjnie prowadzi aktorów, zamiast rozbuchanej inscenizacji wybiera cichy, wyważony ton z wiarą, że ta historia obroni się na scenie w tej formie - i ma totalnie rację. Pierwsze skrzypce gra tutaj słowo; aktorzy i cała materia teatru, czyli emocjonalna nić porozumienia między widownią a sceną.

Jednocześnie rozerwanie głównej bohaterki potęguje scenografia Zbigniewa Libery. Z jednej strony sceny dom rodzinny Sarah, żydowski, konserwatywny, z drugiej strony francuskie mieszkanie Claire: zupełnie odmienne estetycznie, pełne książek, ale także rozwiązłości. A na środku, pomiędzy nimi czarne limbo, nie do końca określone, w którym bez przerwy stoi dorosła już Kofman i próbuje zrozumieć, gdzie finalnie należy.

Jak wspomniałem wcześniej, Maja Ostaszewska w roli Kofman jest wyborna; dominuje scenę swoją osobowością i gra pierwsze skrzypce mimo tego, że na scenie znajdują się inni wybitni aktorzy. Ciekawie łączy w swojej postaci bezradność, dociekliwość w szukaniu sprawiedliwości dla samej siebie, ale też mocno zapieczoną złość, która momentami aż skwierczy, gdy słuchamy tego jak mówi i co mówi.

Doskonale było także zobaczyć na scenie Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik; od wielu lat jest to naprawdę jedna z moich najulubieńszych dusz teatru. Tutaj jako madame Chémette jest jednocześnie słodka i jadowita. Niebezpieczna, ale też to niebezpieczeństwo ma podbudowanie w środku jej postaci. Oglądając ją miałem wrażenie, że gdyby dotknąć jej skóry to okazałaby się zrobiona ze stali, ale takiej lekko nagrzanej – twarda, ale sprawiająca pozory bycia ludzką.

„Kofman. Podwójne wiązanie” z Nowego Teatru oszołomiło mnie tematem i zauroczyło formą i grą aktorów. Nie ukrywam, że nie urwało mi dupska, ale był to jeden z solidniej i misterniej utkanych spektakli, które dane mi było zobaczyć w tym roku w teatrach. Bardzo konsekwentnie prowadzony i z ogromnym szacunkiem do tego, o czym opowiada. Bardzo ciężko było oddychać po zakończeniu i uruchomił u mnie gonitwę myśli.

Źródło:

Materiał nadesłany
Teatralna Kicia
Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

24.12.2025

Sprawdź także