EN
28.12.2021, 10:20 Wersja do druku

Kobieta nie(do/wy)zwolona

Pani Bovary. Możliwa historia według powieści Gustawa Flauberta, reżyseria Gosia Jakubowska Raczkowska, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie.

Godzinny spektakl, zaiste skromny i oszczędny, zarówno w wystawie jak i w dramaturgii, budzi sympatię swoją szlachetną formą, a nawet sprawia przyjemność dzięki możliwości oglądania aktorów osadzonych w niejednoznacznych postaciach, zamiast konieczności zatykania sobie uszu na głosy doczepione do mikroportów, nadających treść niedyskutowalnych praw człowieka… Chociaż teatralny zwiastun zapowiadał feministyczne przesłanie, sceniczna rzeczywistość, na szczęście, tego nie potwierdziła.

fot. Bartek Barczyk

Bo rzecz jest, nie przeczę, o kobiecości w stanie napięcia, o kobiecie gotowej, by wydobyć się spod maski kulturowej płci. Ta kobieta nie musi dużo mówić, żeby się wyrazić. Odsłania tutaj swoje ukryte oblicze zadziwiająco (jak na dzisiejsze czasy) cicho i łagodnie, dzięki czemu chce się wręcz śledzić ruch jej ust na kameralnej, więc bliskiej widzowi scenie, nie będąc narażonym na oplucie. Powolny rytm, liczne zatrzymania akcji, nienatrętne, a za to poruszające projekcje pozwalają przeżyć doświadczenie intymnego obcowania z subtelną grą emocji i dyskretnych znaków, sygnalizowanych gibkim ciałem i dramaturgicznym porządkiem. Aktorzy wchodzą przez widownię, a niewyraźne dźwięki otaczają nas ze wszystkich stron, czasem wręcz dobywają się z samego tarcia przedmiotów o siebie. Można odnieść wrażenie, że to raczej performans ruchowo-akustyczny niż inscenizacja porządnie skądinąd napisanej historii. I wszystko to warte byłoby doznania, gdyby nie odczucie niedosytu, jakie zostawia po sobie niedostatek myśli, niedorozwinięcie zainicjowanych wątków, nieprzekroczenie ram scenicznego obrazka. Jakby ktoś próbował zagłębić się w powierzchnię krajobrazu ze skradzioną perspektywą.

Sławną powieść Gustawa Flauberta – o kobiecie uwięzionej w klatce drobnomieszczańskich powinności i niespełnień, kobiecie, w której budzi się nieokreślona duchowość, wątła i krucha co prawda, lecz nie mniej przez to prawdziwa, zarazem ciężarna próżnią i mglista fantazmatem, jak marzenia osadzone w pustym domu na prowincji – adaptacja sprowadza do kilku esencjalnych scen, pokazanych na dodatek w zarysie, przypominającym amatorską akwarelkę. Efekt obrazka, surrealnie skomponowanego z realistycznych przedmiotów, wzmacnia elegancka, precyzyjna, a przecież minimalistyczna scenografia autorstwa Julii Basisty. W ciasnej przestrzeni udało się zmieścić salonik i werandę, wnętrze niemal puste, a przecież jakby zatłoczone, bo niełatwo w nim poruszać się swobodnie, żeby nie wpaść na stare pianino albo na żelazny stół i twarde krzesła. Zmyślnie podniesiony kawałek podłogi tworzy coś w rodzaju bocznej rampy, będąc zarazem wyjściem (trudnym, bo pod górkę) i wejściem (niebezpiecznym, bo stromo). 

Aliści nie jedynie dla wygody (lub niewygody) tę pochylnię zbudowano, ale i dla subtelnego zaburzenia porządku, dla zasygnalizowania możliwości rozbicia małomiasteczkowej ciasnoty i tejże potencji oczywistego niespełnienia. Kubik sceny zamykają ściany zabudowane doniczkowymi kwiatami, które mają niby otwierać na naturę, a faktycznie tylko oddzielają ludzi od ludzi. Intuicyjnie podążając za logiką symboli zakodowanych w przestrzeni, bohaterka w końcu rozrzuci i porozbija te sztuczne kwiatki, ale nikt na to nie zwróci uwagi, uważając tylko, żeby się o skorupy nie potknąć.

fot. Bartek Barczyk

Emma, oszukana i zawiedziona, wraca więc posłusznie na swoje miejsce, a pierwsza scena powtarza się w ostatniej z bezlitosną, godną Becketta, absurdalną koniecznością. W tle zaś mamy ekran/okno, na/za którym widzimy roczną dziewczynkę, córkę bohaterki, uosabiającą tyleż matczyną czułość, co infantylną naturę kobiety niedojrzałej do roli wyznaczonej jej przez otoczenie i zarazem przerastającej horyzont, który sama zakreśla sobie własną słabością. Na tej zewnętrznej projekcji wnętrza ukaże się jasne oblicze Aliny Szczegielniak, roztrzaskany krzykiem bezsilnej rozpaczy portret człowieka ukrytego w kobiecie. Zaiste, pełną ekspresji twarz aktorki, jakże odmienną od zamaskowanej zimną obojętnością twarzy fikcyjnej postaci, łatwo wziąć za kolejne wcielenie w rolę, ale wystarczy odrobina zaufania, wewnętrzny gest empatii, żeby dostrzec w tej medialnej podmianie przemianę, nie waham się powiedzieć, egzystencjalną. Chwyt to niby artystyczny, a przecież jego efekt zależy od realnego otwarcia się widza na… osobę zamkniętą w lalce. Filmowy obraz służy tu bowiem właśnie – jakże boleśnie paradoksalnie – odsłonięciu prawdziwego „ja”, które na scenie przysłania maska, aktorska gra, wymuszona społecznie skonwencjonalizowaną teatralizacją życia, piękna, ale zimna maska żony doktora Bovary.

Duet reżysersko (Gosia Jakubowska Raczkowska) – dramaturgiczny (Zdenka Pszczołowska) projektuje swoisty mechanizm napędzany wewnętrzną energią, która porusza wypadki, bo narasta, napinając kształt statycznej sytuacji. Cała akcja ogranicza się do kilku egzemplarycznie zaprezentowanych salonowych „aktów opresji”, dokonywanych na młodej mężatce przez jej teściów (Marta Waldera, Jerzy Światłoń), oraz krótkiego „aktu subwersywnego” w postaci seksualnego (a może i miłosnego) spełnienia się „kobiecej autonomii” w zdradzie męża z przypadkowym kochankiem (Mateusz Bieryt). Ot, i cały feminizm – wystarczająco wymowny, dostatecznie przekonujący. Żałośni mieszkańcy miasteczka, żyjący banalnymi ambicyjkami, pozwalają Emmie, nie tak bardzo przecież różnej od nich, przebudzić się i… znowu zasnąć; a może, tym razem, na dobre stracić przytomność. W pierwszej scenie ogródkowej konwersacji kobieta dosłownie ześlizguje się z krzesła pod stół i tam na chwilę zasypia, żeby w scenie zamykającej powtórzyć ten sam performans alienacji, tym razem na dobre. Możliwy przewrót w życiu od początku skazany był na upadek samej realności życia? Ale kto zawinił? Czy to oprawcy, mniej lub bardziej intencjonalnie, pozbawili kobietę przytomności, czy może ona sama po tę przytomność nie zdołała sięgnąć, bo ani w sercu, ani w niebie nie znalazła oparcia?

Kobiecość zatem, ale jaka? Niewyzwolona, bo niedozwolona? Otwarta, lecz pusta? Flaubert, jak pamiętamy, zostawia nas z tym dylematem, kreśląc dojmująco realistyczną alegorię małości, tyleż społeczeństwa, co i każdej pojedynczej istoty. Sceniczna adaptacja tamtej historii zdaje się przechylać szalę na korzyść Emmy, jawnie ośmieszając konformistów, ale zarazem nie podsuwa jednoznacznych dowodów wyjątkowości protagonistki. Jawi się tu ona na podobieństwo Gombrowiczowej niemej Iwony, czyli jedynie jako wyzwalacz, pozwalający objawić się fotografii (rentgen?) ludzkiej natury. Gdyby z tej dwuwymiarowej fotki udało się wydobyć zamkniętą w niej głębię, moglibyśmy ujrzeć również bezmiar samej kobiecości; kosmos, który miałby wymiar człowieczeństwa, wykraczającego poza kapliczkę kultu międzyludzkich namiętności. W kierunku przedludzkiej (dziecko), nieludzkiej (natura) i ponadludzkiej (pusta przestrzeń)… wielkości?

Pani Bovary. Możliwa historia, na podstawie powieści Gustawa Flauberta, adaptacja: Gosia Jakubowska Raczkowska i Zdenka Pszczołowska; reżyseria: Gosia Jakubowska Raczkowska; dramaturgia: Zdenka Pszczołowska; scenografia i kostiumy: Julia Basista; muzyka: Kamil Tuszyński. Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie (Scena Miniatura w Domu Machin), premiera 4 grudnia 2021.


Tytuł oryginalny

Kobieta nie(do/wy)zwolona

Źródło:


Link do źródła

Autor:

Artur Grabowski

Data publikacji oryginału:

16.12.2021