Logo
Recenzje

Kiedy komedia nie ma jeszcze własnego języka

27.08.2026, 11:47 Wersja do druku

„Wpadka” Michała Molki i Macieja Kowalewskiego w reż. Macieja Kowalewskiego na Scenie Relax w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. mat. teatru

„Wpadka” Michała Molki i Macieja Kowalewskiego, wyreżyserowana przez Kowalewskiego i prezentowana przez Agencję Artystyczną COPA w Scenie Relax, jest przedstawieniem, które dość nieoczekiwanie skłania do pytań wykraczających poza sam spektakl. Nie tyle dlatego, że stawia szczególnie ważne pytania, ile dlatego, że dobrze pokazuje pewien problem polskiej komedii teatralnej: pomysł na sytuację bywa znacznie ciekawszy niż sposób, w jaki zostaje zapisany.

A pomysł „Wpadka” ma. Punkt wyjścia jest wręcz obiecujący. Mężczyzna wraca z pracy na platformie, żona czeka na niego z bardzo konkretnymi planami dotyczącymi ich małżeńskiego życia, a wydarzenia zaczynają wymykać się spod kontroli. Pojawiają się dawny kolega, przebrania, pomyłki, kolejne związki między bohaterami, ciąże, rodzinne komplikacje, a w końcu także kryminalny absurd. Mechanizm komedii pomyłek jest tu więc uruchomiony z pełną świadomością, że im dalej, tym mniej prawdopodobna powinna być rzeczywistość.

Problem zaczyna się gdzie indziej: absurd wymaga precyzji. Żeby widz zgodził się na coraz bardziej nieprawdopodobny świat, musi najpierw uwierzyć w reguły, które ten świat organizują. W „Wpadce” tych reguł często brakuje. Kolejne komplikacje nie tyle wynikają z poprzednich, ile są do nich dokładane. Jeden żart otwiera drogę następnym, sytuacja zastępuje charakter postaci, a puenta nie zawsze jest konsekwencją zdarzeń, lecz raczej kolejnym pomysłem, który trzeba jeszcze zmieścić w przedstawieniu.

To właśnie tekst wydaje się najsłabszym ogniwem spektaklu. Jest to o tyle ciekawe, że Maciej Kowalewski nie jest przecież autorem pozbawionym doświadczenia czy komediowego słuchu. Tym razem jednak dialogi często wybierają najłatwiejszą drogę. Komizm opiera się na językowych przekręceniach, pomyłkach słownych, dosłowności, powtarzaniu tych samych mechanizmów i coraz bardziej oczywistym podkręcaniu sytuacji. Zamiast budować komedię z charakterów i relacji między ludźmi, przedstawienie dość często próbuje ją wydobyć z samej sytuacji.

Nie musi to oczywiście oznaczać, że widz nie będzie się śmiał. Będzie. I to jest istotna część tej historii.

Reakcje publiczności mogą być bowiem zupełnie inne niż reakcja krytyka, a „Wpadka” jest dobrym przykładem tego rozdźwięku. Spektakl został skonstruowany tak, by możliwie szybko rozpoznawać oczekiwania widowni i je spełniać. Jest muzyka, jest fizyczność, są przebieranki, jest dużo energii, są powracające sytuacje i wyraźnie zaznaczone miejsca, w których można oczekiwać śmiechu. Publiczność dostaje komedię bez konieczności rozszyfrowywania jej języka. To propozycja nastawiona przede wszystkim na bezpośredni kontakt i natychmiastową reakcję.

A jednak właśnie dlatego warto zapytać, czy współczesna polska komedia teatralna nie mogłaby chcieć od siebie trochę więcej.

Aktorzy w „Wpadce” mają niewdzięczne zadanie: muszą zagrać tekst, który nie zawsze daje im wystarczająco interesujące narzędzia. I robią to z wyczuciem. Ewa Gawryluk jest w tym gronie szczególnie przekonująca. Nie próbuje na siłę podnosić temperatury sceny, nie dopowiada dowcipów gestem, nie zamienia swojej bohaterki w karykaturę. Gra prosto, dzięki czemu nawet mocno przerysowana sytuacja może przez chwilę pozostać sytuacją, a nie wyłącznie numerem komediowym. Anna Gzyra, Sebastian Cybulski, Łukasz Płoszajski i Karolina Chapko również starają się znaleźć dla swoich postaci coś więcej niż tylko zestaw scenicznych funkcji.

To zresztą interesujące: im więcej aktorzy próbują odnaleźć w tych bohaterach normalnych ludzi, tym ciekawszy staje się spektakl. Bo pod warstwą dowcipów znajduje się materiał na całkiem sprawną farsę o samotności, potrzebie bliskości, małżeńskich oczekiwaniach, zazdrości i przypadkowości relacji. Można sobie wyobrazić „Wpadkę”, w której te elementy zostałyby mocniej rozwinięte, a komizm wyrastałby z charakterów bohaterów, zamiast być przede wszystkim dostarczany z zewnątrz.

I tu dochodzimy do szerszego problemu.

Polska scena teatralna od dawna ma kłopot z nową komedią. Z jednej strony istnieje publiczność, która chce komedii i bardzo wyraźnie komunikuje swoje oczekiwania. Z drugiej — literatura komediowa często traktowana jest jak gatunek wymagający mniejszej precyzji niż dramat. Jakby wystarczyło mieć kilka zabawnych sytuacji, serię pomyłek i bohaterów, którzy powiedzą coś nieporadnego, żeby powstała pełnoprawna komedia.

Tymczasem komedia jest gatunkiem niezwykle wymagającym. Wymaga rytmu, konstrukcji, konsekwencji, świetnego dialogu i przede wszystkim wiedzy o bohaterach. Dobry żart nie musi być wyrafinowany, ale powinien wynikać z sytuacji. W „Wpadce” zbyt często jest odwrotnie — żart pojawia się dlatego, że autor zdecydował się go dopisać.

Warto w tym miejscu przypomnieć o inicjatywie Teatru Powszechnego w Łodzi, który chce zachęcać do powstawania nowych polskich komedii. To kierunek potrzebny i, być może, właśnie dlatego warto przyglądać się efektom takich prób bez taryfy ulgowej, ale również bez łatwego szyderstwa. Jeśli polska komedia ma się rozwijać, potrzebuje nie tylko kolejnych tekstów, lecz także pracy nad warsztatem komediowego pisania. Potrzebuje autorów, którzy potraktują ten gatunek jako formę wymagającą równie dużej dyscypliny jak dramat.

„Wpadka” pokazuje, jak daleka może być jeszcze droga. Nie dlatego, że nie ma w niej pomysłów. Przeciwnie — jest ich nawet za dużo. Nie dlatego, że aktorzy nie mają energii. Mają jej sporo. I nie dlatego, że publiczność nie chce takiej rozrywki. Wszystko wskazuje na to, że chce. Kłopot polega na tym, że pomiędzy pomysłem a gotową komedią trzeba jeszcze znaleźć język, który potrafi ten pomysł unieść.

Nie zmienia to faktu, że przedstawienie może być dla części widzów udanym sposobem na wieczór. Komedia nie musi przecież za każdym razem udowadniać swojej literackiej wartości, a śmiech nie potrzebuje recenzenta, żeby go legitymizować. Warto jednak oddzielić dwie rzeczy: skuteczność pojedynczego dowcipu i jakość komediowej konstrukcji. „Wpadka” potrafi być pierwsza, znacznie rzadziej jest druga.

Dlatego bardziej niż jako kolejną „najzabawniejszą komedię sezonu” interesuje mnie jako przykład szerszego zjawiska. Pokazuje bowiem, że polski teatr ma dziś zarówno publiczność gotową na komedię, jak i aktorów potrafiących ją grać. Brakuje jeszcze tekstów, które dorównałyby im warsztatowo.

Być może właśnie od tego powinien zacząć się poważniejszy namysł nad przyszłością polskiej komedii.

 

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także