Logo
Magazyn

Aktor Totalny

27.08.2026, 11:45 Wersja do druku

Był aktorem totalnym, kiedy go spotkałem na planie, miałem wrażenie, że nie odkłada roli na bok, że jest w niej całodobowo, także w prywatnych rozmowach. Pisze Wojciech Kuczok w „Przeglądzie”.

fot. Robert Jaworski

„Twój stary znowu umarł” – takiego SMS-a wysłał mi kumpel i tym czarnym wicem zabił mi ćwieka, ale tylko pókim nie zajrzał do sieci, bo tam już wszędzie czarno na białym stało, że Jan Frycz nie żyje.

Kiedy widzę portrety pozbawione koloru, to już się boję – jakbym słyszał muzykę klasyczną w komercyjnej radiostacji – a właściwie to skąd wiadomo, że śmierć jest czarno-biała i nie lubi dyskoteki? Wszak niegdyś ją malowano, jak ciągnie swoje ofiary w hołubce totentanzu. Mój stary znowu umarł – konkretnie stary K., za którego filmową wersję Frycz został z górą dwie dekady temu obsypany nagrodami. Być może tak jest, że jak się pisze rolę pod konkretnego aktora, to jakby się szyło garnitur na miarę – jeśli propozycji nie odrzuci, jak go raz przymierzy i poczuje, że dobrze leży, to już potem zapału nie straci.

Rolę ojca w „Pręgach” Magdy Piekorz pisałem dla Jana Frycza, bo w dość jeszcze młodzieńczej bezczelności uznałem, że w naszym debiutanckim filmie zagrać musi mój ulubiony aktor, zwłaszcza że pisałem historię swojego dzieciństwa, naonczas kamuflowaną jako „antybiografia”. W filmie ostało się ledwie kilka scen przeniesionych bezpośrednio z powieści „Gnój”, ale były to sceny kluczowe, najmocniejsze, jak ta z pejczem i „karą zaległą”, którą ojciec wymierza zaskoczonemu synkowi poniewczasie, a potem, jak gdyby nigdy nic, pobitemu chłopcu proponuje wspólne oglądanie meczu. Nie chciałem, żeby tę rolę zagrał aktor płasko, jednowymiarowo – stary K. nie był najstraszniejszy wtedy, gdy wściekle garbował mi skórę, ale wtedy, gdy ze skrajną nieporadnością próbował być czułym tatą. Frycz się w tej roli odnalazł i sprawdził perfekcyjnie, nie mnie dociekać, czy przeniósł tam własne problemy w relacjach z rozlicznym potomstwem.

Był aktorem totalnym, kiedy go spotkałem na planie, miałem wrażenie, że nie odkłada roli na bok, że jest w niej całodobowo, także w prywatnych rozmowach, napisałem nawet niedelikatnie w eseju dla miesięcznika „Kino”, że być może „wybitny aktor już tak ma, że nie może przestać grać nawet w sraczu, że oni cierpią na taki zespół maski wrośniętej w twarz”. Żałowałem potem tej nieostrożności, ale takie miałem wrażenie, cóż poradzić – pierwszy raz spotkałem go kilkanaście lat wcześniej w studium aktorskim Doroty Pomykały, gdzie przyszedł gościnnie na zajęcia z dzieciarnią bawiącą się w teatr niby jako Jan Frycz, ale tak naprawdę jako Astrów z „Wujaszka Wani”, którego wtedy próbował. Przejęci, że osobiście poznamy sławnego aktora, szybkośmy spostrzegli, że to się nie wydarzy – Frycz wodził po nas nieobecnym spojrzeniem, jakby szukał Soni i chciał jej wyperswadować miłosne wyznania, bo tyle, co mu pacjent zmarł; nie było Frycza, był Czechow.

Wtedy, jako nastoletnie szczenię, pierwszy raz zobaczyłem z bliska, jak pracuje aktorski geniusz, ale już wtedy byłem nim oczarowany tym, co robił w kinie i teatrze. To był czas pierwszych triumfów schaefferowskiego „Kwartetu”, przedstawienia nadzwyczaj efektownego, w którym czwórka aktorów mistrzowsko błaznuje ku uciesze gawiedzi – dostać się do Teatru STU na pierwsze spektakle było niepodobieństwem, naiwna wiara w wejściówki kazała mi stać w kolejce po wielekroć, zanim się w końcu dopchałem na widownię.

W kinie Frycz był już po swojej pierwszej wybitnej roli głównej w kongenialnej adaptacji „Pożegnania jesieni”, wyreżyserowanej przez Mariusza Trelińskiego. Jego Atanazy Bazakbal od początku miał w sobie przeczucie katastrofy pośród dekadenckiej klaunady wyższych sfer i niespełnionych artystów – aż po tragikomiczny koniec, kiedy przyłapany na zielonej granicy próbuje obłaskawić ruskiego sołdata, recytując „Czudnoje mgnawienie” Puszkina. Potem, jako studenciak, jeździłem do Krakowa na jego wielkie role w monumentalnych przedstawieniach Krystiana Lupy, z bułhakowowskim Piłatem i Iwanem Karamazowem na czele. Do tych kreacji nawiązał po latach w „Wycince” Bernharda, gdzie przez połowę spektaklu aktorzy wraz z widownią czekali na jego przybycie – wielki aktor grał bowiem wielkiego aktora. Kolejne pokolenia dostawały nowe powody do zachwytu, Frycz nie potrafił grać na obniżonej nucie, zawsze był wielki, nawet w epizodach i drugich planach filmów, błahych. Wnosił swój znak jakości, czasem wręcz kradł film. Największą popularność przyniosła mu rola Daria w serialu Krzysztofa Skoniecznego „Ślepnąc od świateł” – nieobliczalność i psychiczne rozedrganie tego zbira były porażające; w chwilę dokonywał wolt od rozbawionego chama do kipiącego pragnieniem zemsty psychopatycznego mordercy. Dario Frycza unieśmiertelnił w czasach memosfery, a jego „Ale to nie do mnie tak, do mnie nie” jest naszym odpowiednikiem „You talkin' to me?” Roberta De Niro.

Dwa razy miałem dotąd wrażenie, że odszedł największy z żyjących polskich aktorów, a nasza kultura poniosła stratę niepowetowaną, za każdym razem przedwczesną – tak czułem po śmierci Tadeusza Łomnickiego, potem Zbigniewa Zapasiewicza i teraz właśnie Jana Frycza.

Tytuł oryginalny

Aktor Totalny. Wieczne odpoczywanie

Źródło:

„Przegląd” nr 35

Autor:

Wojciech Kuczok

Data publikacji oryginału:

24.08.2026

Sprawdź także