Chcę uprawiać uczciwy teatr. Uczciwy, wobec tego, co myślę i uczciwy, wobec tego, co widzę i z kim się spotykam – mówi PAP Katarzyna Minkowska, reżyserka spektaklu „Sceny z życia małżeńskiego” z Narodowego Starego Teatru w Krakowie niedawno pokazanego na 30. Festiwalu Teatralnym Kontakt w Toruniu.
Polska Agencja Prasowa: Sięgnęła Pani po scenariusz cenionego filmu Ingmara Bergmana „Sceny z życia małżeńskiego”. Pani przedstawienie z Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie niedawno było prezentowane na toruńskim 30. Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Kontakt. Poinformowano też, że zostanie przeniesione do Teatru Telewizji. O czym chciała Pani tym spektaklem opowiedzieć widzom, czemu się przyjrzeć?
Katarzyna Minkowska: Na pewno zależało nam na tym, by sięgając po ten tekst, zająć się relacjami romantycznymi, w których jesteśmy. Jak zaproponowałam ten tekst dyrekcji Narodowego Starego Teatru, co zostało dość entuzjastycznie podchwycone, miałam w pamięci tę jego wersję, którą przeczytałam mając lat 19 i te emocje, które mną wtedy powodowały. Jednak przy ponownej lekturze, gdy zdecydowaliśmy się wystawić ten tytuł, miałam bardzo dużo obiekcji, dużo krytycznych myśli na jego temat. Jednocześnie towarzyszyło mi poczucie, że to był w tamtym czasie aktualny tekst, czyli że to są wzorce, na których jesteśmy wychowani, które próbujemy łamać. Że wymyślamy rozmaite sformułowania, którymi się porozumiewamy w związkach, tworzymy różne metody komunikacji, a to i tak nie likwiduje tego cierpienia, które było i u bergmanowskich postaci i jest w nas. Bo po prostu to jest opowieść o tym, czy jesteśmy widziani, czy czujemy się widziani tacy, jacy jesteśmy, czy czujemy się kochani, czy czujemy się ważni. I na różne sposoby, używając rozmaitych strategii, staramy się wydostać od tej drugiej osoby te informacje.
PAP: Często w centrum pani przedstawień pojawia się kwestia kondycji współczesnej rodziny. Czemu tak bardzo interesuje panią to zagadnienie?
K. M.: Wydaje mi się, że z takich podstawowych powodów, bo rodzina to jest pierwsza społeczność, którą poznajemy. Rodzina, potem szkoła, wiadomo, różne etapy edukacji... Jednak rodzina to jest coś, czego nie kontestujemy od początku. Szkołę możemy kontestować, bo pochodzimy z jakiejś rodziny. Natomiast rodzinę bardzo trudno wyrzucić, bardzo trudno ją zobaczyć z dystansu. Bardzo trudno też siebie w tej rodzinie zobaczyć z dystansu i to wymaga czasu. Ja na przykład tego, z jakiej jestem rodziny, dowiedziałam się boleśnie, jak miałam lat 20, jak zaczęłam poznawać inne rodziny i wyjechałam z domu. Wtedy dopiero zobaczyłam coś, co po prostu stanęło mi jak słoń przed oczami. To są bardzo ciekawe rzeczy. I prawdopodobnie dlatego też obsesyjnie do tego wracam.
Jednak mnie interesuje też to, co omijamy w rzeczywistości, bo każdy z nas ma taką ślepą plamkę na rzeczywistość, w której tkwi. Rodzina jest jedną z nich. Związek, który jest bardzo bliski i długotrwały, w którym tracimy dystans, również jest jedną z nich. Często jakieś przyjaźnie, często praca zawodowa, jeżeli nagle robimy tylko to, również staje się takim ślepym punktem. I tak naprawdę nie tyle interesuje mnie sama rodzina, co właśnie te miejsca, których nie możemy zobaczyć. Nawet nie wiemy, że ich nie widzimy.
PAP: Realizuje pani własne scenariusze, jak np. nagradzane „Stream” (2020) i „Kiedy stopnieje śnieg” (2024) w TR Warszawa, ale i cenioną literaturę. Przypomnę tylko „Pułapkę na myszy” Agathy Christie (Teatr im. W. Horzycy w Toruniu, 2020), „Cudzoziemkę” Marii Kuncewiczowej (Teatr Polski w Poznaniu, 2021), „Orlando Bloomsbury” Virginii Woolf (Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej w Krakowie, 2022), „Faustus” Tomasza Manna (Teatr Polski w Poznaniu, 2023), „Burza. Regulamin wyspy” wg Williama Szekspira (Teatr im. J. Kochanowskiego w Opolu, 2024) czy „Mewa” Antona Czechowa (Akademia Teatralna im. A. Zelwerowicza w Warszawie, 2024). Co decyduje o wyborze danego tytułu? Jakimi kryteriami się pani kieruje?
K. M.: Przyznaję, że mam takie kryterium. Chodzi mi zawsze o jakieś tropy w rzeczywistości, które czasem napotykają literaturę, a czasem nie. Bywa, że napotykają mity, jakąś pradawną historię, którą trzeba opowiedzieć na nowo, jak w przypadku „Streamu”. Czasami dotykają wydarzeń osobistych, jak w „Kiedy stopnieje śnieg”. Nawet „Cudzoziemka” była adaptacją literatury, ale w zderzeniu z osobistymi przeżyciami.
Myślę, że to na tym polega, że odkrywam coś, co jest niezwykle żywe i zaczyna mnie to bardzo ekscytować. Bo wiadomo, że każdy człowiek, który coś dla siebie odkrywa, jest bardzo podekscytowany. I za tym idą kolejne pomysły. Na przykład obecnie mam trzy równoległe pomysły na spektakle. I teraz chodzę i pytam: chcecie to zrobić, czy tamto? Ten pomysł jest ściśle związany z literaturą, a ten drugi to odrębny scenariusz. Z kolei trzeci jest bardziej musicalowy... Bo każdy temat niesie ze sobą jakąś formę. Myślę więc, że wybór literatury, scenariusza wynika z tego, jakie są aktualnie moje przemyślenia na temat świata.
PAP: 11 stycznia br. odebrała pani Paszport „Polityki” za „teatr nowoczesny formalnie, realizowany z rozmachem i wciągający, z ducha psychoterapeutyczny, ale nie pozbawiony poczucia humoru i dystansu”. Zapytam najprościej, z którego spektaklu w dotychczasowej karierze jest pani tak naprawdę dumna? Który ceni najwyżej?
K. M.: Nie wiem. Jest kilka takich przedstawień, które cenię. Na pewno jednym z takich najważniejszych, choć wiadomo, że „Cudzoziemka” i „Stream” były dla mnie ważne, jest „Mój rok relaksu i odpoczynku” wg Ottessy Moshfegh, który zrealizowałam w 2022 r. w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Bo to był taki spektakl, który w pewnym momencie stał się wydarzeniem. Zgromadził wokół siebie pewną społeczność, sprowokował ludzi, by na niego chodzili.
Pamiętam, że kiedyś przyszłam na spektakl, patrzę na widzów i słyszę, że oni cały czas mówią tekstami z przedstawienia. Nie wiem, który raz byli na tym spektaklu. To były młode dziewczyny. Zresztą dużo młodych ludzi zaczęło częściej chodzić do teatru właśnie dlatego, że trafili na ten spektakl. To było dla mnie kluczowe doświadczenie. Satysfakcja, że udało się znaleźć coś takiego, co stało się w pewnym sensie kultowe. Że „Mój rok relaksu i odpoczynku” zawierał jakąś myśl, przybrał formę, dzięki której ci widzowie zaczęli przychodzić na kolejne nasze spektakle.
PAP: Jaki teatr chce uprawiać Katarzyna Minkowska?
K. M.: Chcę uprawiać uczciwy teatr. Uczciwy wobec tego, co myślę i uczciwy wobec tego, co widzę i z kim się spotykam. Wobec tego, co widzą te osoby, z którymi jestem w pracy.
PAP: Jakie są pani najbliższe plany reżyserskie? Proszę opowiedzieć o tych trzech projektach.
K. M.: W przyszłym sezonie zrobię taki eksperyment a propos eklektyczności wyboru i będę reżyserowała bez skreśleń tekst dramatyczny Sarah Kane pt. „Łaknąć”. Choć jeszcze nie wiem, czy dostaniemy prawa. Staramy się o nie. Mamy nadzieję, że uda nam się uzyskać prawa do tego tekstu, a jeżeli tak, będę bardzo szczęśliwa. To będzie tego rodzaju eksperyment, że będę w ryzach tekstu, ale dzięki temu będę mogła się troszkę od niego uwolnić i skupić tylko na emocji, obrazie, sytuacjach i świecie przedstawionym.
Kolejny spektakl zrobię w Teatrze Komedia w Warszawie. Dowiedziałam się od dyrekcji Teatru Komedia, że wszystkie te nasze smutne spektakle są śmieszne. Będziemy pracować nad powieścią Niny Lykke „Nie jesteśmy tu dla przyjemności” o lekceważonym przez środowisko literacie, a przynajmniej tak on o sobie myśli, który bierze udział w panelu na festiwalu literatury. To samo w sobie jest już zabawne.
Trzeci projekt to „Burza”, którą zrealizuję po raz kolejny, ale w zupełnie innej odsłonie w niemieckim teatrze w Schwerin w Meklemburgii.
Rozmawiał Grzegorz Janikowski