„Baaach!” w reż. Tomasza Maśląkowskiego Fundacji LALE i Wrocławskiego Teatru Lalek na II Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Performatywnych dla Dzieci i Młodzieży S·PLOT w Teatrze Pinokio w Łodzi. Pisze Wiesław Kowalski.
W Teatrze Pinokio w Łodzi po raz drugi spotkałem się z „BAAACH!” Tomasza Maśląkowskiego. I właśnie to drugie spotkanie okazało się dla mnie szczególnie ciekawe. Nie dlatego, że spektakl odkrył przede mną coś, czego wcześniej nie widziałem. Przeciwnie — tym razem mogłem patrzeć na przedstawienie bez ciekawości pierwszego odkrycia, za to z większą uwagą dla tego, jak jest zrobione. A jest zrobione z niezwykłą precyzją. Po pierwszym zachwycie kartonowym światem, jego pomysłowością i scenicznością, przychodzi czas na dostrzeżenie rzeczy może mniej efektownych, ale dla teatru znacznie ważniejszych: rytmu, aktorskiej koncentracji, sposobu prowadzenia uwagi widza i niezwykłej dyscypliny, z jaką Tomasz Maśląkowski wraz z Kamilą Chruściel i Piotrem Starczakiem budują ten pozornie prosty świat. I właśnie z tej perspektywy „BAAACH!” wydał mi się teraz jeszcze ciekawszy niż za pierwszym razem.
Największym odkryciem łódzkiego pokazu okazali się dla mnie ponownie Kamila Chruściel i Piotr Starczak. Przy pierwszym oglądaniu można przede wszystkim podziwiać ich pomysłowość w ożywianiu kartonowych pudeł. Przy drugim wyraźniej widać, że nie chodzi tu wcale o efektowną sztuczkę. Ich animacja jest niezwykle precyzyjną pracą nad obecnością przedmiotu na scenie. Aktorzy nie udają, że karton jest człowiekiem. Sprawiają, że przez chwilę zaczynamy traktować go jak istotę posiadającą własny temperament, ciekawość, lęk czy potrzebę bliskości. To właśnie w tej relacji człowiek–przedmiot kryje się jedna z największych sił „BAAACH!”. Chruściel i Starczak nie zabierają widzowi przyjemności odkrywania. Nie pokazują: „zobaczcie, jak potrafimy ożywić pudełko”. Pozwalają, by magia wydarzyła się niemal niezauważalnie. Wystarczy gest, zmiana rytmu, sposób dotknięcia czy odwrócenia się od kartonu. Nagle zwyczajny przedmiot przestaje być rekwizytem, a zaczyna być partnerem scenicznym. I tutaj właśnie widać klasę tego aktorstwa. Im bardziej niewidoczna pozostaje technika animacji, tym mocniej działa wyobraźnia widza.
Nie ma tu bogatej dekoracji. Nie ma fabularnych naddatków. Nie ma słownego komentarza, który prowadziłby widza za rękę. Są animatorzy, kartony, światło, ruch i muzyka. Właśnie ta redukcja okazuje się największą siłą przedstawienia, podobnie jak konsekwentna metoda budowania teatralnej komunikacji. „BAAACH!” nie potrzebuje wielu środków, ponieważ każdy z tych, które wybiera, zostaje wykorzystany z dużą świadomością. To teatr ufający materialności przedmiotu, obecności aktora i inteligencji widza — także tego najmłodszego.
Drugie oglądanie jest próbą cierpliwości
Za pierwszym razem można przede wszystkim dać się porwać wizualnej pomysłowości, nieoczywistym przemianom kartonowej materii i przyjemności obserwowania, jak z rzeczy zupełnie zwyczajnych powstaje na naszych oczach świat teatralnej wyobraźni. Za drugim zaczyna się dostrzegać rytm. I właśnie rytm jest jednym z największych walorów tego spektaklu. „BAAACH!” nie próbuje być nieustannym ciągiem atrakcji. Przeciwnie, pozwala sobie na zatrzymania, zawieszenia, oczekiwanie. To szczególnie istotne w przedstawieniu skierowanym do najmłodszych, bo twórcy nie traktują dziecka jak widza, którego trzeba bez przerwy czymś stymulować. Czterdzieści minut okazuje się czasem zaskakująco pojemnym. W spektaklu, którego materia jest tak skromna, każda zmiana ma znaczenie: pojawienie się ruchu po bezruchu, dźwięku po ciszy, człowieka po pustej przestrzeni, koloru po brązowej monotonii kartonów. W tym sensie „BAAACH!” jest niemal ćwiczeniem z patrzenia. I być może właśnie dlatego podczas drugiego oglądu działa na mnie jeszcze mocniej.
To nie jest spektakl o kartonach
Kartony są tylko alfabetem. Prawdziwym tematem „BAAACH!” jest bowiem spotkanie. Ale nie to wielkie, deklarowane spotkanie, które znamy z wielu przedstawień dla dzieci. Tutaj relacja powstaje z drobiazgów: zbliżenia i wycofania, zaciekawienia i lęku, próby kontaktu, pomyłki, ponownego podejścia. To bardzo trafna perspektywa dla najmłodszych. Dziecko nie musi przecież rozumieć abstrakcyjnej opowieści o „budowaniu relacji”. Wystarczy, że rozpoznaje doświadczenie: ktoś jest obok, ale jeszcze nie wiadomo, czy można się do niego zbliżyć. Można się schować. Można kogoś zaczepić. Można się przestraszyć. Można wrócić.
Bach nie ilustruje. Bach organizuje
W dotychczasowych omówieniach spektaklu sporo miejsca zajmuje muzyka Jana Sebastiana Bacha i aranżacje Grzegorza Mazonia. I rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić „BAAACH!” bez tej warstwy – bez niej przedstawienie straciłoby nie tylko jeden ze swoich najbardziej rozpoznawalnych znaków, ale także istotny porządek wewnętrzny. Po łódzkim pokazie muzykę odbieram jednak nie jako dekorację ani edukacyjny dodatek do przedstawienia. Ona organizuje sposób odczuwania czasu. Muzyka klasyczna wprowadza porządek, którego sceniczny świat pozornie nie posiada. Kartony spadają, przesuwają się, rozdzielają, tworzą nowe konfiguracje. Bohaterowie próbują się odnaleźć. Przestrzeń raz jest chaosem, raz zaczyna przypominać układankę. A nad tym wszystkim Bach. Ta konfrontacja prostoty obrazu z muzyczną złożonością jest jednym z najbardziej inteligentnych pomysłów spektaklu. Dziecko nie musi znać nazwiska kompozytora ani wiedzieć, czym są „Wariacje Goldbergowskie”. Wystarczy, że słyszy, iż świat, który ogląda, ma własną architekturę dźwiękową. To bardzo dobry sposób na pierwsze spotkanie z muzyką klasyczną: bez wykładu, bez dydaktycznej tablicy, przez doświadczenie. Bach nie tłumaczy tego, co dzieje się na scenie, lecz nadaje temu dzianiu się dodatkowy wymiar — pozwala odczuć powtarzalność, zmianę, napięcie i rozwiązanie, a więc to wszystko, co w spektaklu dokonuje się również poprzez ruch przedmiotów i ciał.
Łódzka widownia jako trzeci aktor
Pokaz w Teatrze Pinokio przypomniał mi jeszcze jedną rzecz: przedstawienia dla najmłodszych istnieją naprawdę dopiero w kontakcie z widownią. „BAAACH!” nie zamyka się przed reakcjami dzieci. Przeciwnie, ma w sobie rodzaj otwartości, która pozwala najmłodszym widzom dopowiadać własne znaczenia. Śmiech, napięcie, oczekiwanie, spontaniczna reakcja — to nie są zakłócenia rytmu przedstawienia, lecz żywa część jego scenicznego obiegu. Dzieci nie muszą być w tym teatrze wyłącznie cichymi obserwatorami; ich reakcje stają się jednym z elementów wspólnego wydarzenia.
W czasach, w których teatr dla dzieci często próbuje konkurować z ekranem intensywnością bodźców, „BAAACH!” wybiera strategię odwrotną. Nie mnoży atrakcji. Ogranicza ich liczbę, a zarazem pozwala każdej wybrzmieć mocniej. To decyzja artystyczna wymagająca odwagi. Spektakl Tomasza Maśląkowskiego nie udaje, że teatr musi być szybszy, głośniejszy i bardziej spektakularny niż wszystko, co dziecko zna z codziennego kontaktu z obrazem. Przeciwnie — przypomina, że jego siła może tkwić właśnie w obecności, czasie i materialności tego, co dzieje się tuż przed oczami widza.
Sednem tego widowiska jest wiara w teatralną prostotę. Dwa ciała, kilka pudeł, światło, muzyka i czasem jeden gest wystarczą, żeby stworzyć cały świat. A jeśli po czterdziestu minutach widz wychodzi z przekonaniem, że rzeczywiście przez chwilę mieszkał w tym świecie, oznacza to, że wydarzyło się coś znacznie ważniejszego niż udana zabawa. Wydarzył się teatr.