Zrealizowany w 1993 roku i śmiało mogący dziś uchodzić za kultowy film „Dzień świstaka” (reż. Harold Ramis), którego przed październikową premierą we wrocławskim Teatrze Capitol nie omieszkałam sobie przypomnieć, na platformie streamingowej wrzucony został do sekcji z komediami romantycznymi. I mimo że komedią romantyczną nie jest, to jednak koncentruje się na miłosnych perypetiach pary kreowanej przez gwiazdy kina ostatnich dekad XX wieku: specjalizującego się w rolach emocjonalnych popaprańców Billa Murraya i prześliczną Andie McDowell. Zdziwiłam się więc, gdy w zapowiedziach musicalowej wersji amerykańskiego klasyka przeczytałam, że tłem dla historii uwięzionego w pętli czasu prezentera pogody ma być „dramat mieszkańców miasteczka".
Jaki znowu dramat? W filmie mieszkańcy Punxsutawney, choć protekcjonalnie traktowani przez przybysza, wydawali się całkiem zadowoleni ze swojego losu. Nie, żeby twórca polskiej adaptacji, Marcin Wierzchowski, odwrócił wszystko na nice i komedię zamienił w dramat właśnie. Ale z pewnością nadał szerszy wymiar symbolicznemu „Dniowi świstaka", czyli poczucia uwięzienia w monotonii tych samych czynności zwykle idącego w parze z przeświadczeniem, że niczego nie da się zmienić. Piszę „zwykle" bo Phil Connors (Albert Pyśk) ani kilkoro obywateli Punxsutawney albo tego jawnie nie okazują, albo już to wyparli.
Myślę, że główny wątek "Dnia świstaka" jest znany (jeśli komuś nie, to spektakl sprawi mu jeszcze większą przyjemność), ale dopiero w trakcie oglądania sztuki w Capitolu mocniej dotarło do mnie, że samotny pogodynek Phil ugrzązł w patowej sytuacji, zanim przybył do miasteczka. Tak czy inaczej, mniej się w teatrze skupiałam na tym, jak główny bohater próbuje wydostać się z pętli, a skoncentrowałam na bohaterach dalszego planu. Oczywiście poza Pyśkiem i Mirellą Burcewicz (jako Ritą Hanson) reszta osób ma do zagrania dużo mniej, ale po pierwsze, powtarzają swoje wejścia kilkukrotnie, po drugie, odkrywamy ich, w miarę jak lepiej poznaje ich zmuszony do tego Phil, a po trzecie, potwierdzeniem tego, że są ważni, jest przydzielenie im czy osobnych dialogów, piosenek, tańca, czy wokaliz, którymi mocno zaznaczają swoją obecność (Grand Prix w tej ostatniej kategorii wygrywa Elżbieta Kłosińska jako barmanka Doris).
Że jednak nie wszystko da się oddać w krótkich dialogach, twórcy pogłębiają dramat za pomocą innych środków. I tak scenografia Joanny Załęskiej przypomina niewesołe obrazy Edwarda Hoppera, a w tle wyśpiewanej historii Nancy (Ewa Szlempo-Kruszyńska) pojawia się m.in. trio aktorek trzydzieści pięć lat temu odgrywających piękności z najsłynniejszego amerykańskiego Wygwizdowa, czyli Twin Peaks. Nieszczęsna Nancy to starzejąca się ślicznotka, która nie może się pogodzić z utraconą młodością, a jej wejście to część czegoś, co w filmie zostało zupełnie pominięte. Otóż przeżywający w nieskończoność ten sam dzień Phil zmienia się psychicznie, ale fizycznie pozostaje taki sam. Czas zupełnie oszczędza też jego bogdankę, za to reszty obsady i popadającego w ruinę miasteczka już nie. Co więcej, zobaczymy też na scenie kilka dowodów na to, że poza dniem świstaka jest jakiś inny czas - czas, kiedy mieszkańcy buntują się przeciwko życiu w cieniu miejskiej maskotki. Poza ramami sceny, poza dialogami i monologami toczy się dalsze życie. Życie, które - jak mieszkańcy Punxsutawney nie przestają wierzyć - zmaterializuje się „jutro albo choć pojutrze".
Jeszcze inny zabieg, który sprawia, że śledząc dramat Phila, nie tracimy z oczu wszystkich pozostałych, to swoista multiplikacja. Oto gdy zawiązuje się już wątek romantyczny, ale bohaterowie są na etapie ustalania swoich oczekiwań i wobec drugiej połówki, i wobec życia jako takiego, każdemu z nich towarzyszy czworo identycznie ubranych postaci, które powtarzają ich gesty. Oczywiście, Phil powtarza je w nieskończoność, korygując błędy, więc mogą to być wyobrażenia zarówno wielu jego oblicz, jak i twarzy bardziej prostolinijnej Rity. Z drugiej strony jednak Rita ukazana została w spektaklu jako dość typowa młoda kobieta, marząca o kimś, kto by ją kochał i szanował, co niejako podkreśla sceniczna multiplikacja postaci. Co skłania mnie do wniosku, że i nieco starszemu od producentki mężczyźnie, sfrustrowanemu z powodu impasu w karierze zawodowej, bliżej jest do everymana, niżby się na pozór wydawało. I na tym oczywiście polega nieprzemijająca siła „Dnia świstaka”.
U schyłku każdego świątecznego dnia mieszkańcy gromadzą się do zbiorowej fotografii pod transparentem z napisem Punxsutawney 1999. Akcja rozgrywa się zatem w przedostatnim roku XX wieku, a w sposobie realizacji odbija się wiele technik scenicznych i filmowych charakterystycznych dla ubiegłego stulecia. Tylko ekran nad sceną pochodzi już ze współczesności, ale że związany jest on ściśle z profesją bohatera, to doskonale wpasowuje się w nieco staroświecki klimat reszty elementów spektaklu, spośród których najbardziej efektowne i ujmujące zarazem jest chyba slow motion w scenie, gdy Phil i para miejscowych pijaczków jadą motocyklem. Muszę przyznać, że w spektaklu, w którym tak ważna jest sugestia powtarzalności, wszystko poukładano niezwykle harmonijnie. Na dodatek wir wydarzeń naprawdę wciąga, toteż przerwa w środku sprawiła mi wręcz przykrość. Ale aktorzy i muzycy naprawdę się tu nie oszczędzają, więc tak jak szczęśliwie zreformowany Phil trzeba się tu wykazać empatią i dać im odpocząć. Zwłaszcza że ten mądry spektakl zapewne na długo zagości w repertuarze.
Teatr Capitol we Wrocławiu, Dzień świstaka. Scenariusz: Danny Rubin, muzyka i piosenki: Tim Minchin, reżyseria i tłumaczenie Marcin Wierzchowski, tłumaczenie piosenek Rafał Dziwisz, choreografia Piotr Stanek. Premiera 11.10.2025.