EN
14.02.2022, 14:06 Wersja do druku

„Judasz” Amosa Oza i Adama Sajnuka – traktat o Izraelu i o człowieczeństwie

„Judasz” na podstawie powieści Amosa Oza w reż. Adama Sajnuka z Teatru WARSawy w STUDIO teatrgalerii w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w „Polska Times”.

fot. Rafał Meszka

Ogląda się to z otwartymi ustami – także jako kawałek porządnego, w sumie, przy pewnych zabawach formą, tradycyjnego teatru opartego na słowie.

Lubię wyobraźnię i wrażliwość Adama Sajnuka, dyrektora Teatru WARSawy. Nie zawsze interesuje go najbardziej to co mnie. Tyle że on jest w stanie mnie zarazić w teatrze swoimi pasjami, pytaniami, rozterkami, także preferowanymi tematami.

Dopiero co chwaliłem jego „Świństwo”, rzecz cokolwiek obsesyjną, a przecież niejednoznaczną, naznaczoną tajemnicą. Ale to była miniaturka, przyczynek rozważań o kryzysie zachodniej cywilizacji. Tym razem Sajnuk funduje nam „Judasza”, trzy i półgodzinną adaptację powieści izraelskiego pisarza Amosa Oza. Ten spektakl ma wymiar epopei, chociaż jest rozpisany jedynie na trzy osoby i opisuje ich wzajemne relacje w ciągu zaledwie kilku miesięcy. W tle jest i kawał historii, i zawikłane ludzkie relacje z przeszłości.

Jednak bliski nam świat

Mamy efektowne piętrowe dekoracje Katarzyny Adamczyk. Bohaterowie wciąż się wspinają na jakieś drabinki, pojawiają na daszkach, to znów sami przesuwają fasady swoich pokoików. Towarzyszy tym wędrówkom wspaniała muzyka Michała Lamży – motywy żydowskie ze swoją żywiołową orientalnością przeplatają się ze światowymi standardami, z klasycznymi motywami popkultury. Sporo w tym muzycznym tle groteski, przerysowania, ale raz za razem przebija się też liryzm, przenikliwy smutek.

W tej muzyce jest spójnie przedstawiany, choć wielobarwny świat. On się ujawnia jednak przede wszystkim w słowach. W Jerozolimie roku 1959 student Szmuel Asz ma się opiekować starym człowiekiem, przykutym do wózka Waldem Gerszonem. Obaj uwielbiają mówić, ich chaotyczne dysputy to oś tej adaptowanej dla teatru przez Sajnuka opowieści. Trzecia postać, Atalia, wdowa po synu Walda, nie mówi tyle co oni, ale w sumie dramat mniej jest budowany zwrotami akcji (choć mamy ich kilka), bardziej ustawicznym dialogiem, także monologiem, wspomnieniami, wrażeniami, tylko czasem metaforami ruchowymi, pantomimą, samą obecnością postaci.

W efekcie dostajemy prawdziwy koncert teatru słowa. W którym wymiana opinii na tematy religijne czy polityczne jest równie ważna jak jego drugi wymiar. Bo to także opowieść o radzeniu sobie ze stratą (Wald stracił na wojnie syna, a Atalia męża), o beznadziejnym uczuciu młodszego mężczyzny do starszej kobiety, wreszcie o rodzącej się między ludźmi więzi, już tej najzwyklejszej, choćby przyjacielskiej. Opowieść spójna, nawet jeśli cokolwiek dygresyjna, w paru miejscach niemal komediowa, a przecież nie raz i nie dwa razy chwytająca (mnie przynajmniej) za gardło.

Oglądamy świat egzotyczny, a przecież jakoś nam bliski. Wiele rzeczy rozbrzmiewa tu w moich uszach zasadniczą kontrowersją. Czy faktycznie teorie lewicowca, ale też religioznawcy Szmuela na temat Jezusa i Judasza mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością? Dla chrześcijanina będą chwilami szokujące, choć zarazem nad wyraz ciekawe (co by było, gdyby Żydzi przyjęli Jezusa? Jak potoczyłyby się dzieje świata?).

A konkluzje Atalii (i jej nieżyjącego ojca) dotyczące bezsensu wojny czy nie za łatwo zmieniają się w utopię świata bez państw narodowych i granic? To jest utopia, dogodna na dodatek do instrumentalnego wykorzystywania także we współczesnych polskich dysputach politycznych. Pamiętajmy wszakże o paru rzeczach. Ciężko przenosić realia Izraela, państwa frontowego i zmilitaryzowanego, na całą ludzkość.

Z pewnym zaskoczeniem poznajemy poglądy Żydów uważających, że ich wymarzone państwo Izrael mogłoby, a może i nie powinno powstać, bo jest zmuszone opierać się na przemocy. Bo prześladowani łatwo zmieniają się w prześladowców. Ale też Amos Oz prezentuje te wszystkie wywody cały czas jako hipotezy, jako poglądy poszczególnych bohaterów, czasem zderzane ze sobą i znoszące się wzajemnie. Dostajemy wgląd w zbiorową duszę Izraela. Mamy w związku z tym prawo do pytań i wniosków bardziej uniwersalnych. Ale ich uniwersalność zawsze będzie ograniczona przez „tu i teraz”.

Teatr piekielnie żywy

Poza wszystkim byłem chwilami oszołomiony teatralnymi wrażeniami z tej psychodramy. Ogląda się to, zwłaszcza na początku z otwartymi ustami – także jako kawałek porządnego, w sumie przy pewnych zabawach formą tradycyjnego teatru jednak dramatycznego.

fot. Rafał Meszka

Czy pozbawione to jest wad? Może staje się odrobinę za długie (drugi akt jakby powtarza część wcześniejszych konkluzji). Może aktorzy, zwłaszcza obaj panowie, nie uniknęli drobnych sypnięć. Ale powiem szczerze: wolę taki teatr nawet miejscami trochę chropawy (zapewne z powodu pośpiechu z premierą, ta ekipa nie ma stałej siedziby, tuła się po Warszawie), a jednak piekielnie żywy, prowadzący z nami, z publiką, ustawiczny dialog.

Bartosz Opania pojawia się przed nami po raz pierwszy po dłuższym czasie przerwy. I to „młody Opania” staje się „starym Opanią”, zwłaszcza, że tu gra bohatera starszego od siebie. Jego Wald, zrazu demonicznie uśmiechnięty, złożony z okrzyków i niespodziewanych gestów, obecny nieustannie także wtedy, kiedy z rzadka milczy, ale wisi ponad sceną, potem staje się coraz bardziej skurczony, złamany. Długo będziemy pamiętać jego pasję i jego zapadanie się w siebie. To świetna rola, i świetny wkład w rozmowę o człowieczeństwie.

Kamila Baar jako Atalia zrazu budziła pewien mój opór – sprawiał to zwłaszcza dziwny, nie całkiem naturalny akcent. Ale szczególnie po jej wspaniałym monologu pod koniec pierwszego aktu byłem już pewien, że to jest właśnie ta historia i ten człowiek. Aktorka nie szarżuje, traumy i nawet erotyczne pokusy bohaterki przedstawia delikatnie – jakby na kontrze do ekshibicjonizmu współczesnego teatru. W ostateczności i ona i Opania umieli wycisnąć ze mnie łzy.

Ale to także dokonanie wielkiego trzeciego, Pawła Brzeszcza, studenta piątego roku Akademii Teatralnej w roli Szmuela Asza. Widziałem już tego młodego aktora w kilku dyplomach i niezmiennie chwaliłem. Tu zaimponował mi szczególnie jako godny partner tamtej dwójki. Mamy często przekonanie, że młodość nie jest do końca interesująca dla dramaturgicznych komplikacji. Brzeszcz pokazuje, że tak wcale nie musi być.

Z jednej strony bawi się swoim Szmuelem, z drugiej – wyraźnie go lubi i broni. Ruchliwy, elastyczny, zmienny w nastrojach, przypomina, że dwudziestoparolatek nie jest wolny o lęków, od ludzkiej kruchości, od bólu i samotności. Warto to przypominać i Paweł Brzeszcz zrobił to ze szczególną klasą.

Spektakl grany gościnnie, wobec braku własnej siedziby w Teatrze Studio, wywołał aplauz. Przyłączyłem się do niego z ochotą. Wybaczyłem organizatorom trzymanie widzów pod salą do ostatniej chwili i opóźnienie spektaklu o 20 minut. Mam wrażenie, że odruch empatii wobec trzech ludzkich dziwadeł miał w nim dla mnie nawet większe znaczenie niż smaczki dysput religijnych i izraelskich politycznych rozterek. Będę teraz czekał, co mi Sajnuk zaoferuje na kolejne tego typu przeżycie.

Tytuł oryginalny

„Judasz” Amosa Oza i Adama Sajnuka – traktat o Izraelu i o człowieczeństwie

Źródło:

„Polska Times” online
Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

14.02.2022 10:19