EN
13.04.2022, 15:10 Wersja do druku

Jest takie miejsce…

„Biruta i tajemnica rzeki" Katarzyny Matwiejczuk w reż. Przemysława Jaszczaka w Teatrze Lalki i Aktora "Maska" w Rzeszowie. Pisze Andrzej Lis, członek Komisji Artystycznej 28. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. mat. teatru

Jest w rzeszowskim Teatrze Maska przedstawienie Biruta i tajemnica rzeki, które zachwyca prostotą przekazu opowieści i estetycznym wysmakowaniem. Wciąga za sprawą aktorów dobrą, świetlistą i ciepłą energią emanującą ze sceny. Zadziwia przejrzysta, konsekwentna i logiczna forma spektaklu. Samo oglądanie przedstawienia staje się przyjemnością dla oczu. Zrealizowane jest w nienagannym stylu, chciałoby się wręcz powiedzieć – w szlachetnej prostocie. W starannym, odmiennym rytmie kolejnych piętnastu bardzo różnych scen. W neutralnej, najczęściej ciemnej przestrzeni ograniczonej święcącymi liniami i skontrapunktowanej z kolorowymi, intensywnymi i wyrazistymi maskami noszonymi przez aktorów. Maski wnoszą w przedstawienie życie i działanie. Jakby w neutralnej, prostej przestrzeni muzealnej ożyły nagle uśpione zbiory. Albo jakby za tymi pięknymi maskami ukrywały się jakieś nierozwiązane tajemnice zagadkowych postaci.

Reżyserem tego przedstawienia jest Przemysław Jaszczak – szef artystyczny Teatru Maska od sierpnia 2020 roku. Absolwent krakowskiej AST – filii lalkarskiej we Wrocławiu. W poprzednich Konkursach mieliśmy okazję oglądać kilka jego przedstawień, między innymi Ulf i balon z Teatru Animacji w Poznaniu w 2018 czy Wędrówkę Nabu z łódzkiego Arlekina w 2020 roku.
Biruta i tajemnica rzeki opowiada najprostszą historię. O „swoich” i „obcych”. O granicach nie do przekroczenia. O obronie swojego podwórka, tak ważnej jak obrona ostatniego szańca. Nawiązuje do mitologii bałtyjskiej, z której pochodzą tajemniczo być może brzmiące dla współczesnych, polskich widzów imiona postaci: Aušrinė, Medeina czy Patrimps. W mitologii bohaterowie ci funkcjonowali głównie w świecie przyrody i żywiołów – podobnie jest w rzeszowskim przedstawieniu. Mamy więc Żara – pana ognia, Mėnulisa – pana Księżyca, Medeinę – panią lasów i wilczycę czy Patrimpsa – pana wód i węża. Opowieść o nich, jak każdy mit, ma wymiar uniwersalny i ponadczasowy.

Jest takie miejsce, nie wiadomo gdzie, w którym wszystko zamiata się pod dywan. Tak długo i tak starannie, aż zostanie czyste Nic. Bo dobrze jest, a właściwie najlepiej, gdy jest tak, jak jest. Gdy królik zamknięty jest w klatce, by nie skakał. Gdy stłuczony palec rzemieślnika nie boli. A o uczuciach nikt nie myśli nawet wtedy, kiedy żona najczulej haftuje koszule dla męża. Niedobrze jest wiedzieć za dużo. Niedobrze jest coś czuć.

Jest taka wioska spokojna, nie wiadomo gdzie, w której nikt nie płacze, nie krzyczy, nie tańczy. Życie płynie bez emocji. W trwaniu i ciszy. Ojciec samotnie wychowujący córkę mówi jakby w transie: zamiataj, cicho siedź, bądź taka, jak zawsze były dziewczynki. Ale przecież nie potrafi nauczyć jej cerowania, gotowania, ani prania. Wszyscy, choć trudno im to przyznać, są zmęczeni i znużeni. Zmęczeni sobą i monotonią swoich zajęć. I nawet ściągnięcie noszonych na co dzień masek niczego by nie zmieniło. Nie mogłoby zmienić, bo mieszkańcy rozpoznają się po maskach, nie po twarzach. Maski są bowiem stałe, a twarze mogą się zmieniać. Może nawet zbyt często i zbyt radykalnie. Mogą być zbyt prywatne. Wielobarwną galerię masek zaprojektowała Marta Ożóg. Mają w sobie wiele sugestywności, zastygłego piękna. Kontrastują z ruchliwymi, długimi koralami upiętymi na szyjach aktorów. Twórcy spektaklu odwołują się do tradycyjnych funkcji, jakie pełniły maski w dawnych obrzędach i rytuałach. I przywołują dużo bardziej współczesne, świeże w pamięci wszystkich widzów doświadczenie zakrywania twarzy. Noszenia masek, w których trudno się oddycha i nie widać uśmiechu. Maski mają więc, podobnie jak mit, wymiar uniwersalny i ponadczasowy, zrozumiały od pokoleń i z każdym pokoleniem nabierający nowych kształtów i znaczeń.

fot. mat. teatru

Jest więc taka specjalna wioska, kraina osadzona w swoich bezpiecznych granicach, wyraźnie oddzielona od reszty świata. Rządząca się własnymi tradycjami i prawami, w której wszystko jest znane, przewidywalne i oparte na odwiecznych tradycjach, których źródeł nikt już nie pamięta. Na wierze, wspieranej i umacnianej codziennymi, powtarzalnymi czynnościami. Na przyzwyczajeniach uświęconych przez wszystkich mieszkańców. Na codziennym pokonywaniu lęku i strachu, że ktoś nieznajomy mógłby wejść na to terytorium i zaburzyć tak przez wszystkich ceniony spokój. Każdy nieznajomy to przecież potencjalny wróg. Wioską tą rządzi sołtys Jonas (Bogusław Michałek), któremu pomaga systematycznie się zbierająca Rada. Razem czuwają nad tym, by nic nie uległo zmianie. By było „jak zawsze”.

Ale przychodzi taki moment, kiedy to w wiosce, w najspokojniejszej wiosce na świecie, zaczynają się dziać rzeczy co najmniej dziwne. „Jedzenie jest niejadalne!”, „Kogut nie pieje, koń nie rży…”, „Sałata całkiem gorzka”, „Pies mi całkiem osowiał…”. Jakby na wieś spadła zaraza, zatruwająca nie tylko wodę i powietrze, ale też zaburzająca uświęcony spokój. A to wszystko krótko po tym, jak do wsi przybyła Biruta – tajemnicza bohaterka znikąd, szukająca tutaj miejsca dla siebie. Nie od razu wiadomo kim jest ta nieznajoma kobieta. Ale od początku widać i odczuć można jedno: że grająca Birutę Natalia Zduń ciepłą energią i pogodnym usposobieniem bardzo ożywia i dynamizuje zarówno scenę, jak i przedstawienie. Rozmawia ze zwierzętami, porozumiewa się z żywiołami. Jest inna niż mieszkańcy wioski. Budzi niepokój. Ale też i nadzieję. Że można ten zastygły w spokoju świat poruszyć, a może i zmienić.

Zanim Biruta pozna wszystkich mieszkańców wioski, poznaje Aušrinė (Anna Złomańczuk), córkę sołtysa Jonasa, która właśnie zgubiła się w lesie. I jest to spotkanie, które może odmienić bieg zdarzeń. Aušrinė słyszy śpiew Biruty i jej słowa:
„Więc kiedy się zgubisz daleko od domu
Pytając o drogę nie wierz byle komu
Odetchnij głęboko i serca zapytaj
Bo w sercu spokojnym odpowiedź rozkwita”

A potem opowiada Birucie o swojej wsi i o jej mieszkańcach, o spokoju i o tym, że nic nigdy nie ulega zmianie, bo przecież wszystko musi być „jak zawsze”. Anna Złomańczuk tworzy swoją Aušrinė ze skupienia, z tłumionej ciekawości, z dziewczyńskiego dojrzewania, z namysłu, który nie chce być buntem. Role te są tak skomponowane, że choć bardzo przeciwstawne, to jednak na scenie się przyciągają. Biruta pokazuje świat Aušrinė. Może odnalazła w niej bratnią duszę? A może od początku przeczuwa, że ich spotkanie uratuje nie tylko je obie, ale też i wszystkich mieszkańców wioski?

Władająca nadprzyrodzonymi mocami Biruta zostaje oskarżona przez Radę Wioski o zatrucie rzeki. Nie przyznaje się jednak do winy i zapowiada, że odkryje prawdę. Towarzyszy jej wierna przyjaciółka Aušrinė i bogowie-zwierzęta: Żar, Medeina, Mėnulis i Patrimps. Razem odkrywają starannie zamiataną i ukrywaną prawdę – rzekę zatruwają swoim smutkiem, swoimi tłumionymi emocjami i wylewanymi łzami sami mieszkańcy wioski. Ich spokój, opanowanie, szczęście – wszystko to tylko maska zakrywająca prawdę: smutek, gniew i lęk. Jeśli więc wśród tej społeczności miałoby się coś zmienić, to mieszkańcy powinni zacząć od siebie.

Zdjęcie masek to tylko pierwszy, najłatwiejszy krok. Bycie prawdziwym sobą – oto stojące przed nimi (i nami) wyzwanie.

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Andrzej Lis

Wątki tematyczne