Logo
Recenzje

Jakby to nie była nasza wojna

30.09.2025, 15:34 Wersja do druku

„Strach zżera duszę” Huberta Sulimy w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Anna Pajęcka w „Dwutygodniku”.

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Po wtargnięciu dronów internet błyskawicznie zalała fala komentarzy o ⁠„ukraińskich prowokacjach”, jakby po solidarności z 2022 roku zostały tylko echo i lęki. Spektakl „Strach zżera duszę” Piaskowskiego i Sulimy bierze je pod lupę.

Jak wyglądają dziś polsko-ukraińskie relacje? Najprościej mówiąc: są chłodne, transakcyjne. Wiele złej woli zostało włożone – na różnych szczeblach władzy publicznej – w rozproszenie tego, co udało się wypracować wspólnie w 2022 roku. Wtedy fala mobilizacji była potężna. Wojna, tak wówczas, jak i dzisiaj, znajdowała się tuż obok. Etos pomocy rodził się z emocji i świadomości mapy. Co zostało z tej energii trzy lata później? Jak to się stało, że od języka solidarności – w oficjalnych deklaracjach i instytucjonalnych gestach – przeszliśmy do powtarzanych bez końca fraz rosyjskiej dezinformacji?

Po wtargnięciu dronów na polskie niebo internet błyskawicznie zalała fala komentarzy o „ukraińskich prowokacjach”, o „wciąganiu nas do wojny”. Jakby to nie była także nasza wojna, tyle że toczona cudzymi rękami. Ludzie w internecie – jak i ci, którzy ściągają ukraińskie flagi z fasad instytucji – nie szukają faktów, lecz potwierdzenia własnych, mocno zinternalizowanych lęków. Skoro ulotna emocja solidarności tak szybko się rozproszyła, co stało się z ludźmi, którzy ją tworzyli? Czy zniknęli bez śladu, czy po prostu zamilkli? A może skręcili o 180 stopni – od patetycznych postów o otwartych granicach do powielania internetowych kalk i relatywizowania odebrania pomocy socjalnej „niepracującym przecież” Ukrainkom i Ukraińcom (podczas gdy migranci z Ukrainy więcej płacą w podatku dochodowym, niż otrzymują wsparcia).

Ten gwałtowny zjazd od „my” do „oni” jest jednym z fabularnych fundamentów spektaklu ⁠„Strach zżera duszę” w Teatrze Śląskim w Katowicach. To także pretekst do postawienia pytania o to, gdzie dziś naprawdę jesteśmy – zwłaszcza w najprostszych, sąsiedzkich relacjach.

Ukraina staje się tu figurą, na którą rzutowana jest narastająca niechęć wobec innych – niechęć, która nigdy nie znika, lecz jedynie zmienia obiekt. Jakby polska wspólnotowość mogła się rodzić tylko w opozycji do kogoś. Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima, od kilku sezonów idący przez teatr konsekwentnym szturmem, nie ulegają wahaniom nastrojów. Ich upór budzi respekt: w kolejnych realizacjach wracają do tego, co w polskim życiu publicznym pęka i uwiera – do podziałów, konfliktów i tematów najtrudniejszych. To rodzaj konsekwencji, w której słychać zarówno polityczny gest, jak i wierność wobec samego teatru. Teatru rozumianego nie jako bezpieczne schronienie czy świątynia zgody, lecz laboratorium sporu.

Z naciskiem na laboratorium – bo Piaskowski i Sulima lubią sprawdzać, testować, eksperymentować. Spektakl ⁠„Chłopki” w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy konfrontował widzów z doświadczeniem klasowego wykluczenia, a przy okazji odsłaniał polsko-ukraińskie napięcia, nie wahając się przy tym farsowo obchodzić z motywami uznawanymi za święte w polskiej martyrologii – jak historia rodziny Ulmów. W ⁠„Złym wychowaniu” z Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie czy ⁠„Ptakach ciernistych krzewów” z Teatru Polskiego w Bydgoszczy przyglądali się instytucji Kościoła z rzadko spotykaną wrażliwością – łącząc krytykę z empatią wobec ludzi, którzy w tej instytucji wciąż szukają sensu.

Jak to u tego duetu bywa, tytuł ma rolę klucza. ⁠„Strach zżera duszę” odwołuje się do melodramatu Rainera Wernera Fassbindera z 1974 roku, historii zakazanej relacji 60-letniej wdowy i młodego imigranta. Film odsłaniał napięcia niemieckiego społeczeństwa, które wcale nie uleciały wraz z duchem wojny: rasizm, hipokryzję, lęk przed innością. W 2018 roku Agnieszka Jakimiak w warszawskim Teatrze Powszechnym przepisała Fassbindera na język pastiszu, kierując uwagę na polskie „oswajanie obcego”. Jej adaptacja ironizowała i przerysowywała, ale trafiała w samo sedno: mechanizmy ksenofobii i wspólnoty budowanej na wykluczaniu mają się u nas dobrze.

Piaskowski i Sulima biorą z Fassbindera ramę i przekładają ją na własne rejestry. Tam Emmi, niemiecka sprzątaczka, wikłała się w romans z Alem – marokańskim gastarbeiterem. Tu Emilia, nazywana Emi (Violetta Smolińska), sprzątaczka ze Śląska, zakochuje się w Alonie, zwanej Ali (Nina Batovska) – sporo młodszej ukraińskiej przedsiębiorczyni. Ta druga po emigracji wojennej otwiera w Polsce sklep z ekskluzywnymi meblami, które krążąc po scenie, tworząc raz dom, raz sklep, budują dynamiczną scenografię (Anna Maria Karczmarska i Mikołaj Małek).

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Niechęć wobec „gościnnych robotników” spotyka się tu z polską aktualnością. Uprzedzenia do migrantów? Jak najbardziej. Do sąsiadów? Oczywiście. A nawet i do przedsiębiorców. Na scenie materializuje się cała fabryka niechęci. Gdy znajomi Emi dowiadują się, że mieszka z Ukrainką, natychmiast się od niej odwracają. W pracy dostaje najgorsze zlecenia, w spółdzielni – groźbę podwyżki czynszu. Emi to radykalizuje, Alonę – łamie, choć na początku to Emi zdawała się żyć w cieniu partnerki. Co istotne, Alona nie jest postacią idealną. Spektakl nie układa się w dydaktyczny scenariusz, w którym Ukrainka byłaby wyłącznie bezbronną ofiarą hejtu i wykluczenia. Alona potrafi irytować, potrafi krzywdzić Emi (która jest chodzącą dobrocią) i ta niechęć rodzi się nie z pochodzenia, lecz z wyborów. To ważne odwrócenie: niby oczywiste, a jednak w świecie utkanym z uprzedzeń wciąż wymagające przypomnienia.

Schody zaczynają się, gdy w relację wchodzi świat zewnętrzny: rodzina Emi. Córka Krista (Dorota Chaniecka) – primo voto Jagiełło, z domu Kurowska – żyje z pełnym uprzedzeń mężem (Paweł Kruszelnicki), który zresztą sam nosi obcobrzmiące nazwisko. Syn kibic Bruno (Alina Chechelska) to modelowy przykład życiowego nieogarnięcia (to on krzyczy: ⁠„matka się do elgiebetów zapisała”, wybiegając z domu i odgrażając się, że nie ma już matki). To przerysowane figury, dobrze znane z teatru Piaskowskiego – groteskowe, a jednocześnie prawdziwe w swojej banalności.

Tymczasem między Emi a Aloną, gdy są same, rozgrywa się coś zupełnie innego: czułość, małe gesty, naturalność miłości. Aktorki stworzyły role piękne, a zarazem niezwykle trudne i odważne. Piaskowski, budując postaci, sięga także po innego Fassbindera – ⁠„Gorzkie łzy Petry von Kant” i jego pokręcone, złożone bohaterki. Niezależnie od tego, czym akurat zajmuje się ten duet, jego teatr pozostaje zdecydowanie queerowy, czerpie z całego spektrum queerowych reprezentacji w kulturze. Warto przy tym pamiętać, że lesbijskie relacje w polskim teatrze wciąż są reprezentowane tak skromnie, że można je policzyć na palcach obu rąk.

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Już pierwsza scena ⁠„Strachu...” jest testem dla widza. Dwie Ukrainki (Nina Batovska i znakomita Kateryna Vasiukova) rozmawiają o luksusowym trybie życia, pakują kompletnie niepraktyczne paczki, które wyślą na front. Są wystrojone jak na imprezę „Vogue’a” (świetne kostiumy Rafała Domagały). Obrazek jest pretensjonalny, zbudowany na stereotypie: zadbane uciekinierki z wojny w drogich ubraniach, gotowe „kraść polskich mężczyzn”, w dodatku zupełnie odklejone od tego, co dzieje się w ich kraju. Wiemy, że to fantazja, klisza – a jednak twórcy zaczynają właśnie od niej. Jakby chcieli zapytać: co w nas uruchamia ten widok? Litość? Zazdrość? Pogardę? Youtuberzy nazywają taką strategię „poddymianiem”. Bo jeśli coś budzi kontrowersje, trzeba to docisnąć. Skoro ludzie już są oburzeni, to czy robi różnicę, że będą oburzać się tym, że przed wojną ucieka ktoś z zasobnym portfelem, ukraińsko-polskim lesbijskim związkiem czy słowami afirmacji wobec hitlerowskich Niemiec?

Narracyjną gładkość przerywają właśnie te ostatnie słowa – monolog postaci Gräfin Marie von Hitlerfehlt (Andrzej Dopierała w dragu). Pojawia się jak widmo, przy fantastycznie wyreżyserowanych światłach (Klaudyna Schubert) – diwa w balowej sukni, uwięziona w przeszłości, wspomnieniu o Republice Weimarskiej, czasach kolorowych i roztańczonych, nad którymi unosiło się już widmo faszyzmu. „Kto nie patrzył na Hitlera, nie uwierzy w miłość od pierwszego wejrzenia” – rzuca w przestrzeń ten i podobne poglądy. Jej surrealna obecność to czysta prowokacja. Wędruje po śląskim sklepie, w którym dawniej był niemiecki pub, i wzdycha do Führera. Trudno mocniej nadepnąć na odcisk – zwłaszcza na Śląsku.

„Strach zżera duszę” to prawdopodobnie najbardziej polityczny spektakl Piaskowskiego i Sulimy. Faszyzm – co podkreśla Piaskowski – rodził się przecież także z kryzysu: z ekonomicznej biedy, z utraty zaufania do państwa, z poczucia braku perspektyw. Wprowadzenie Hitlera na scenę działa więc jak eksperyment na widzu liberalnym. Twórcy badają granice: co jesteśmy w stanie znieść, co jeszcze nas śmieszy, a co wywołuje odruch oporu. Kto staje się figurą odrzucenia?

Ostatnie lata w Polsce dostarczyły całego katalogu takich figur: jeśli nie geje, to uchodźcy z granicy; jeśli nie migranci ze Wschodu, to ⁠„Ukraińcy ⁠na socjalu”. Nic dziwnego, że Piaskowskiego i Sulimę przyciąga Fassbinder. Niemiecki reżyser, który zmarł przed czterdziestką, specjalizował się przecież w kampie, w bohaterach z marginesu, we wkładaniu kija w szprychy społecznej poprawności. Duet podąża podobną ścieżką – zaczynając od klasowych uprzedzeń, ale budując na ich tle obraz szerszy, polityczny.

A na koniec – jeszcze jeden sprawdzian, może najtrudniejszy ze wszystkich. Z projekcji wyświetlanej w jednej z ostatnich sekwencji spektaklu patrzy na nas Maksym Tatarchuk, artysta z Charkowa, który od lat ukrywa się przed poborem do wojska. Ktoś mógłby powiedzieć: młody, zdrowy, a się chowa? Ale decyzja o wybraniu przeżycia także jest prawem. Trzeba je przyjąć – nawet jeśli stoi w poprzek „najwyższym wartościom”. Po co Piaskowski nam to pokazuje? Bo jego teatr lubi wyciągać na światło to, co nieheroiczne, codzienne, niepasujące do narracji o wzniosłości. Być może Tatarchuk staje się kontrapunktem: widmem przyszłości, tak samo jak Gräfin Marie von Hitlerfehlt była widmem przeszłości. Dziś łatwo go ocenić, ale za dwa, trzy lata kto wie, możemy siedzieć w takim właśnie pokoju.

Opowieść o polsko-ukraińskiej miłości, dodatkowo lesbijskiej i międzypokoleniowej, nie staje się jednak skandalem. To również znamienne: spektakle Piaskowskiego i Sulimy nie wywołują protestów. Najczęściej spotykają się z pozytywnym odbiorem widowni, mimo że bywają kontrowersyjne i przejeżdżają lękom prawicy prętem po kracie. Sama po katowickim spektaklu wyszłam z myślą: ⁠„No, to był hardcore”. A jednak to, co w tekście najostrzejsze, łagodzone jest przez estetykę – mieszanie konwencji: melodramatycznych, operowych, kabaretowych czy wręcz rodem z telewizyjnego tasiemca. Dzięki temu przedstawienia duetu stają się bardziej przystępne. Tym ważniejsze jest to, że te odważne treści trafiają nie do warszawskich scen, ale goszczą w Sosnowcu, Bydgoszczy czy Olsztynie.

Tytuł oryginalny

Jakby to nie była nasza wojna

Źródło:

dwutygodnik.com

Link do źródła

Autor:

Anna Pajęcka

Sprawdź także