07.06.2021, 09:38 Wersja do druku

Jak wczoraj, jak dziś i jak z pewnością jutro

"Maszyna" wg Franza Kafki w reż. Jagody Szelc w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Pisze Anita Nowak.

fot. Natalia Kabanow

„Maszyna” Jagody Szelc i Marty Keil to przenośnia; symbol. Może być nią wszystko, co zniewala człowieka, z czasem czyniąc go  bezmyślną i bezwolną istotą, ulegającą czynnikom zewnętrznym; niepłynącym z jego duszy czy umysłu. Maszyna służy do odczłowieczania, wymóżdżania. Przetwarza ludzkość w społeczeństwo zdalnie czy odgórnie zaprogramowanych robotów. Maszyną mogą być np. media.

Zwłaszcza, że inscenizacja w dużej mierze kojarzy się z populistycznymi programami, typu „Mam talent”,  „Big Brother”, czy talk show, w którym wydobywane są na widok publiczny najintymniejsze tajemnice rozmówcy, ludzie prowokowani są do dotąd obcych im zachowań. Ale robią wszystko, by zaistnieć publicznie. Dobrowolnie dają się wprzęgać w kierat nazwany przez twórców krosnem, który emanuje niezauważalnymi dźwiękami o niebezpiecznej mocy. Oprawcy bronią się przed nimi ochronnymi kamizelkami. Kobietom w ciąży nie wolno się do maszyny zbliżać. A wprzężona w nie ofiara, na siłę wleczona jest długim ramieniem maszyny.

Główna bohaterka, Teresa została do tego eksperymentu nazwanego pokazem medycyny XXI wieku wybrana spośród wielu kandydatek. Manipulowana komplementami, dziewczyna, wierzy w swoją wyjątkowość. Tymczasem tak naprawdę penetrowana dźwiękiem do głębi tkanek, powoli zamienia się w mechaniczną kukłę. Jej oczy w końcu nabierają wyrazu jak u oseska, bez osobowości, wiedzy, doświadczenia; dziecka otwartego na przyjęcie każdej ideologii, różnych sztucznie wywoływanych, omamiających ludzi ściem.

fot. Natalia Kabanow

Wcielająca się w postać Teresy Sara Celler- Jezierska odbija na swojej twarzy, w ruchach kierowane pod jej adresem polecenia, nakazy, wypierając jednocześnie własne emocje. Gra niezwykle wiarygodnie, posługuje się oryginalną mimiką. Na oczach widzów przechodzi przerażającą metamorfozę odczłowieczania. Jest w tym nieprawdopodobnie sugestywna.

Grający Prezentera Mirosław Guzowski, niczym przywódca jakiejś sekty, ciepłym, urokliwym głosem usypia, budzącą się czasem na ułamek sekundy czujność swojej ofiary.

Problem zniewalania kobiet przez mężczyzn w tej sztuce poruszony jest też w szerszym aspekcie poprzez retrospekcje, do których od początku skłaniana jest Teresa. Okazuje się, że pierwotnym źródłem poniżania kobiety jest dom, w którym rola niewolnicy żyjącej w kieracie jest jej przypisana już odgórnie. Niczym w „Kolonii karnej”, która była inspiracją dla Jagody Szelc i Marty Keil do stworzenia tego dramatu.

Bardzo interesującą, pomysłową scenografię do tego uniwersalnego przedstawienia stworzyła Natalia Giza. Na scenie dominuje biel. Kostiumy kojarzące się z kombinezonami kosmonautów, spadochroniarzy czy wreszcie personelu medycznego walczącego z covidem. A wokół rozmaite przedmioty jakby z jakiegoś laboratorium doświadczalnego czy nowoczesnego studia telewizyjnego rodem, no i maszyna- ramię dźwigu, łańcuchy, haki, pętle, symbolizujące ujarzmianie drugiego człowieka.

Przesłania i myśli uniwersalne; stare jak dzieje ludzkości - jak wczoraj, jak dziś i jak z pewnością jutro. Natura ludzka się bowiem nie zmienia…

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Anita Nowak