Logo
Recenzje

Isadora już się nie boi

3.09.2026, 12:30 Wersja do druku

„Strach przed lataniem” Eriki Jong w reż. Weroniki Szczawińskiej w TR Warszawa. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Adrian Lach

Nie chciałbym dołączać do chóru zachwytów, który już zdążył obudować Strach przed lataniem Eriki Jong w reżyserii Weroniki Szczawińskiej niemal szczelnym murem entuzjazmu. Nie dlatego, że spektakl TR Warszawa jest nieudany. Przeciwnie – ma energię, pomysł, wyrazisty język i kilka scen, które rzeczywiście potrafią zapisać się w pamięci. Ale właśnie dlatego warto chyba przyjrzeć mu się nieco chłodniej, bez obowiązku potwierdzania, że mamy do czynienia z kolejnym teatralnym objawieniem.

Szczawińska wraz z Piotrem Wawerem jr. potraktowali powieść Jong przede wszystkim jako materiał do scenicznej gry. Jest tu dużo ironii, przerysowania, zmiany konwencji, świadomej sztuczności. Lata siedemdziesiąte wracają w kostiumach, muzyce i całej wizualnej warstwie przedstawienia. To świat błyszczący, trochę kampowy, trochę karykaturalny, który od początku daje widzowi jasny sygnał: nie będziemy rekonstruować powieści, tylko urządzać z niej teatralną zabawę. I ta zabawa ma swoje zalety. Problem pojawia się wtedy, kiedy forma zaczyna być ważniejsza od tego, co pod nią.

Erica Jong napisała przecież książkę nie tylko o seksualnej swobodzie i przygodach kobiety, która próbuje wyrwać się z małżeńskiej rutyny. Jej Isadora jest również kimś, kto nieustannie obserwuje samą siebie, kto próbuje zrozumieć własne pragnienia i własne uwikłania. W przedstawieniu ten bardziej niepewny wymiar bohaterki zostaje wyraźnie przesunięty na dalszy plan. Isadora Nieradkiewicz niemal od początku wie, jaką rolę ma odegrać. Jest ironiczna, bezpośrednia, sprawna w kontakcie z publicznością, gotowa natychmiast odpowiedzieć na każdą sytuację. Trudniej natomiast dostrzec moment, w którym sama dla siebie staje się zagadką. I właśnie tego zabrakło mi najbardziej. Nie kolejnego dowodu na jej emancypację, lecz chwili zawahania. Nie chodzi o to, żeby przywracać bohaterce poczucie winy czy moralizatorski balast. Chodzi raczej o tę szczelinę między tym, czego człowiek chce, a tym, czego jeszcze o sobie nie rozumie. Bez niej Isadora staje się postacią bardzo skuteczną scenicznie, ale trochę zbyt szybko odczytaną.

Dlatego także Marta Nieradkiewicz nie wydaje mi się aż tak olśniewająca, jak wynikałoby z niektórych recenzji. Jest aktorką bardzo sprawną, ma dobre wyczucie rytmu i bez trudu porusza się w narzuconej przez przedstawienie konwencji. Potrafi być zabawna bez specjalnego wysiłku, potrafi też utrzymać kontakt z widownią. Tyle że jej Isadora rzadko pozwala sobie na utratę kontroli. Aktorka znakomicie wie, kiedy wejść w żart, kiedy podkreślić gest, kiedy spojrzeć w stronę publiczności. Mniej przekonuje mnie tam, gdzie postać powinna na chwilę przestać być panią własnego przedstawienia. Być może właśnie dlatego trudno mi przyjąć określenia w rodzaju „bezbłędna” czy „brawurowa”, którymi tak hojnie obdarowano tę kreację. Nieradkiewicz wykonuje swoją pracę bardzo dobrze, ale odnoszę wrażenie, że spektakl jest dla niej zbyt szczelnie zaprojektowany. Nie musi walczyć z rolą, lecz także niewiele może w niej odkryć poza tym, co zostało już zapisane w jej zewnętrznym rytmie.

Najbardziej konsekwentna jest chyba warstwa plastyczna. Kostiumy Marty Szypulskiej mają swoją autonomiczną siłę i nie są wyłącznie dekoracją. Błysk, cekiny, przerysowane fasony, cała ta fantazja na temat disco sprawiają, że przedstawienie od pierwszej chwili ma własny rozpoznawalny wygląd. Ascetyczna scenografia dobrze temu służy. Nie ma tutaj potrzeby budowania realistycznego świata – wystarczy kilka znaków, które uruchamiają wyobraźnię.

Ale i w tej sferze pojawia się pytanie, czy atrakcyjność wizualna nie zaczyna czasem zastępować tego, co rzeczywiście potrzebne jest opowieści. Gdy kolejne elementy są efektowne, łatwo uznać samo nagromadzenie efektów za dowód pomysłowości. Tymczasem nie każda scena, która działa jako żart, musi jeszcze coś wnosić do opowieści. Dotyczy to szczególnie scen erotycznych. Nie mam nic przeciwko temu, że teatr pokazuje seks w sposób bezpruderyjny, komiczny czy ostentacyjnie sztuczny. Przeciwnie – właśnie tutaj przedstawienie ma odwagę i własny język. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy raz ustanowiona zasada zostaje powtarzana w kolejnych odmianach. Materace, choreograficzne układy, cielesne żarty, kolejne warianty tej samej gry – początkowo bawią, później coraz bardziej przypominają sprawdzony numer, którego wynik już znamy. Niektóre z tych pomysłów są rzeczywiście zabawne. Niektóre jednak działają głównie dlatego, że publiczność zdążyła już przyjąć reguły gry i wie, czego się spodziewać. W pewnym momencie zaczynałem więc nie tyle czekać na rozwój sytuacji, ile na kolejne potwierdzenie teatralnej konwencji.

I tu dochodzimy do zasadniczej różnicy między moim odbiorem tego spektaklu a tonem większości przeczytanych przeze mnie recenzji. Dla wielu krytyków wyzwalający śmiech wydaje się wystarczającym dowodem, że adaptacja Jong znakomicie działa dzisiaj. Ja nie jestem tego taki pewien. Śmiech jest niewątpliwie wartością tego przedstawienia, ale nie powinien automatycznie zamykać pytań, które niesie ze sobą książka. Bo Strach przed lataniem nie musi przecież być dzisiaj powtórzeniem własnej legendy. Może być także niewygodny. Może pokazywać kobietę, która chce wolności, ale niekoniecznie wie, co z nią zrobić. Kobietę, której deklarowana niezależność nie rozwiązuje wszystkich problemów. I chyba właśnie tego rodzaju niejednoznaczności szukałem w spektaklu Szczawińskiej, a znalazłem przede wszystkim jego sceniczną, bardzo sprawnie działającą powierzchnię.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której trudno mi nie wspomnieć, choć oczywiście nie musi ona obciążać samego przedstawienia w równym stopniu. Siedziałem w ostatnim rzędzie i z tego miejsca aktorzy byli momentami po prostu słabo słyszalni. Przy spektaklu tak mocno opartym na tekście, rytmie dialogów i bezpośrednim kontakcie z widownią nie jest to drobiazg. Być może z bliższych miejsc odbiór byłby zupełnie inny, ale recenzent także ma prawo opisywać warunki, w których przedstawienie rzeczywiście oglądał.

Nie odmawiam więc Strachowi przed lataniem energii ani pomysłowości. Nie odmawiam mu również publiczności, która reaguje śmiechem i daje się wciągnąć w tę disco-fantazję. Mam tylko kłopot z przekonaniem, że skoro przedstawienie jest tak sprawnie i efektownie zrobione, to wszystkie jego decyzje muszą być równie trafne.

Isadora w TR Warszawa rzeczywiście nie boi się latać. Tyle że mnie bardziej interesowałaby bohaterka, która choć na chwilę spojrzałaby w dół i zastanowiła się, dokąd właściwie leci.

To byłoby chyba ciekawsze od kolejnego efektownego lądowania.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także