Logo
Magazyn

Hymn o miłości. Stanisława Celińska

13.05.2026, 11:00 Wersja do druku

Łukasz Maciejewski wspomina zmarłą 12 maja aktorkę Stanisławę Celińską na stronie AICT Polska.

fot. archiwum autora

Była Stasią.

Stasia – nie chodziło tylko o spoufalanie się, o szczególny rodzaj familiarności, chodziło o coś więcej.

Była Stasią, chociaż niewiele miała z płochliwości, zgoła nic z kokieterii.

Była Stasią, bo wcześniej bardzo mocno, bardzo ostro, zaznaczyła swoją obecność jako Staszka, jako Stacha.

Przez imię do reszty.

***

Kochana nie tylko za role, za aktorstwo, za śpiew, za recitale.

Może z czasem przede wszystkim za życiową mądrość.

Opowiadała nam w ostatnich latach piosenkami, a wcześniej serią poruszających wywiadów, że życie to coś bardzo trudnego i wspaniałego zarazem.

Była kiedyś słaba, była trudna, piła, tym bardziej doceniała, że tamto minęło, dawała świadectwo.

Parę lat temu, na festiwalu w Zielonej Górze, wspaniałym Kozzi Film Festivalu, zafascynowany słuchałem jej recitalu. Stasia siedziała na stołeczku, i śpiewała, i opowiadała o życiu, i dodawała nam wszystkim sił, a czasami skrzydeł. I była w tym wielka. Prosta i wielka.

Rolami opowiedziała życie wszystkich kobiet trudnych, czasami złośliwych, czasami gruboskórnych, a ostatnie dekady to było wyśpiewywanie nam miłości. Wyśpiewywanie czułości. Wyśpiewywanie sensu.

***

Te wszystkie pożegnania, zawsze bardzo bolesne, są dla tych, którzy zostają, a zostają również po to, żeby pamiętać.

I nie trzeba się tego wstydzić. Że o innych poprzez siebie. Bo to postrzeganie właśnie jest Obecnością. I owa Obecność ma znaczenie.

Długo się znaliśmy, wiele lat.

Była jedną z najwybitniejszych polskich aktorek, i teatralnych, i filmowych, i miała tego świadomość.

Pani Stanisława. Stasia.

Polskie kino było także jej imienia. Od Wajdy, był najważniejszy – po wszystkich innych. A grała pasjonacko, dekadami. Pracowała ze wszystkimi prawie. Królowa epizodu, tak się czasami pisze, ona z tych epizodów robiła mondramy. Najlepsza ciotka polskiego kina. Złośliwa, dowcipna, zawstydzona. Uwielbiałem tyle kreacji Stanisławy Celińskiej, że na wymienienie ich brakuje miejsca.

Pracowała z Wajdą („Panny z Wilka”, „Krajobraz po bitwie”, „Korczak”, „Katyń”, „Panna Nikt”), z Zanussim („Życie jako śmiertelna choroba”, „Hipoteza”, „Słaba wiara”, „Cwał, Serce na dłoni”, „Obce ciało”), Antczakiem („Dama kameliowa”, „Noce i dnie”), Barańskim („Kramarz”, „Dwa księżyce”), Wosiewiczem („Kroniki domowe”, „Taniec śmierci”), Bareją („Zmiennicy”, „Nie ma róży bez ognia”, „Alternatywy 4”), Falkiem („Joanna”), Barczykiem („Nieruchomy poruszyciel”, „51 minut”), Kutzem („Sława i chwała”, „Straszny sen Dzidzusia Górkiewicza”), z Glińską („Wszystko gra”), z Andrzejem Kondratiukiem („Córa marnotrawna”), Januszem Kondratiukiem („Złote runo”), Machulskim („Pieniądze to nie wszystko”), Januszem Majewskim („Złoto dezerterów”), Wylężałkiem („Balanga”), Grzegorzkiem („Rozmowa z człowiekiem w szafie”), Szulkinem („Femina”), Sass („Historia niemoralna”, „Tylko strach”), Marczewskim („Klucznik”)…

Kochaliśmy ją za role serialowe – w „Alternatywach 4”, w „Nocach i dniach”, w „Zmiennikach”, „Złotopolskich”, „Bulionerach”, „Mamuśkach”, ostatnimi laty grała Amelię w „Barwach szczęścia” – i za niezliczone kreacje w Teatrze Telewizji.

Teatr Współczesny – Axer, Hübner, Maciej Englert, Zaleski, Prus. Najważniejsze, przełomowe spotkanie z Bohdanem Cybulskim. Kiedy grała u niego w 1984 roku w „De Profundis” to grała także wszystko to, co wówczas było w niej kalekie, niedoskonałe, o czym wiele lat później odważyła się nam wszystkim powiedzieć.

Kolejne wielkie nazwisko – Krzysztof Warlikowski.

Odkrył Stanisławę Celińską na nowo.

Kiedyś była najodważniejszą aktorką polskiego kina („Krajobraz po bitwie”), a u Warlikowskiego matką wszystkich odważnych. Pięknych, bo niedoskonałych. Gertruda z „Hamleta”, Kobieta z „Oczyszczonych”, Trinkulo z „Burzy”, Matka z „Kruma”, Hannah Porter Pitt z „Aniołów w Ameryce”, aż po role w „Kabarecie warszawskim” i „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”. Najważniejsze spektakle Warlikowskiego to były spektakle Celińskiej.

Kilkanaście lat temu powiedziała jednak – basta, wystarczy. Zło przestało mnie interesować. Wadzenie się ze złem – nawet w najlepszym teatrze. Teraz zaśpiewam wam kołysanki, modlitwy, teraz będę przyglądała się tylko jasnej stronie życia. Z ciekawością i wzruszeniem.

Kiedy pisałem „Aktorki”, nie wyobrażałem sobie tego tomu bez Stanisławy Celińskiej.

Przyjęła mnie w domu, u siebie, rozmowa w kuchni. Pies zaakceptował dziennikarza i to też było ważne. Akceptacja. Swój do swego. Tak się czułem.

Kiedy wiele lat później przeszliśmy na „ty”, przypomniałem sobie niektóre nasze spotkania. Na przykład kiedy siedzieliśmy po „Oczyszczonych” z Krzysiem Krauze i z panem Warlikowskim w jej garderobie i Stasia tak wzruszająco opowiadała nam o miłości do teatru i do Warlikowskiego.

Albo jej esemesy bożonarodzeniowe, nie wstydziła się w tych życzeniach Boga, bożych przykazań i swojej wiary. To dzisiaj tak rzadkie, że prawie nierealne. Mnie to wzruszało.

Była odważna w swojej skromności.

Chorowała ostatnio, niecierpliwiła się tym, chciała śpiewać, koncertować, chciała wracać.

Wierzyła w lepszy świat.

Ten nie był wcale taki znowu dobry.

Ale Stasia widziała słońce.

Bo nim była.

Tytuł oryginalny

HYMN O MIŁOŚCI. STANISŁAWA CELIŃSKA

Źródło:

AICT Polska
Link do źródła

Autor:

Łukasz Maciejewski

Data publikacji oryginału:

12.05.2026

Sprawdź także