„Hamlet” Williama Shakespeare'a w reż. Jana Marka Kamińskiego w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie. Pisze Marek Zajdler w portalu naszteatr.pl.
Wystawienie „Hamleta” to zawsze święto teatru. Wyczekiwanie na „być albo nie być”, inscenizację spotkania z „duchem ojca”, słynne monologi, interpretacyjne niuanse i kierunek, w którym tym razem podąży opowieść o duńskim księciu, zawsze niosą ze sobą podszytą zaciekawieniem ekscytację. Co tym razem wymyśli reżyser, jakiego Hamleta nam pokaże i gdzie znajdzie klucz do odczytania szekspirowskiego dramatu?
Gnieźnieński Teatr im. Aleksandra Fredry nieczęsto sięga po sztuki Stradfordczyka. Poprzednią, „Poskromienie złośnicy”, wystawił w 2018 roku. „Hamleta” nie było tu nigdy. Powrót do klasycznej literatury zbiegł się z powrotem do Gniezna reżysera młodego pokolenia Jana Marka Kamińskiego, który zrealizował tu przed trzema laty „W małym dworku” Witkacego. Teraz wziął się za bary z klasykiem klasyki i przefiltrował słynny dramat Szekspira przez spojrzenie, bolączki i obawy swojej generacji.
Pierwsze co przykuwa uwagę to zdehumanizowana scenografia nieokreślonej, stechnicyzowanej rzeczywistości autorstwa Sandry Stępień. Przedziwny melanż i synkretyzm stylów pełen zwisających kabli i abstrakcyjnych metalowych konstrukcji łączy pałacowe lustra z migotliwymi ekranami, zastępuje zamkowe kotary powiewającym kolażem firan kryjących olbrzymi telebim i dworskie tajemnice. Odczłowieczona współczesność dryfująca w czasoprzestrzeni to świat ludzkich klęsk i powielanych przez stulecia błędów zdominowanych przez wojny i zbrodnie, w których chwile pozornej stabilizacji są tylko preludium do kolejnych konfliktów. Bo historia wciąż i wciąż zatacza błędne koło prowadząc do punktu wyjścia. To świat wyjałowiony, na poły martwy, pozbawiony uczuć, w którym króluje bezduszna technika, drżące obrazy i szum mechanicznych dźwięków. Muzyka noise autorstwa Jana Marka Kamińskiego w postaci irytujących i wzbudzających dyskomfort odgłosów sprzężeń, przesterów, trzasków i hałasu, wpisuje się idealnie w obraz zindustrializowanej rozpaczy za utraconym człowieczeństwem. Nawet jeśli czasami przeszkadza w odbiorze.
Wzrok widza przyciąga monstrualny, srebrny, cyberpunkowy tron. Pełne chaotycznie umiejscowionych klawiatur i przełączników centrum zarządzania królestwem, niczym kosmiczny fotel lotniczy wyposażone w pasy bezpieczeństwa dla przeciążeń władzy, ale i zniewalające tych, którzy na nim zasiądą. Podobnie eklektyczne są kostiumy zestawiające elżbietańskie kryzy z fantazyjną elegancją strojów nawarstwionych latami zmieniających się mód. Falbany i koronki z postrzępionymi ciuchami outsiderów oraz futurystyczną wytwornością pikowanej odzieży. Łączące wyobraźnię Vivienne Westwood i Pierre’a Cardina ze współczesnym młodzieżowym outfitem. Sandra Stępień przygotowała także projekcje wideo, równie niejednolite, chaotyczne, mieszające estetyki i dość często w ironiczny, a nawet absurdalny sposób komentujące sceniczne wydarzenia językiem współczesnych social mediów. Brawa zwłaszcza za wizualizację rozgrywanego na szpady pojedynku Hamleta z Laertesem, odzwierciedlonego w komputerowej bijatyce rodem z dawnych automatów do gier. Teatralnych szekspirowskich purytan zszokuje zapewne ilustracja poszukiwań „gąbki”, na żądania której odpowiedzieć ma królewski syn. Mnie jednak szczerze rozbawiła, pokazując olbrzymi dystans, z jakim do wiekopomnego dzieła podchodzą dziś młodzi twórcy.
Początek sztuki, eksponujący dość mocno elżbietańską manierę aktorską, nie zwiastuje rewolucji. Ale to jedynie zasłona dymna Jana Marka Kamińskiego, która opada wraz z dostrzeżeniem wycinania z oryginału kolejnych drobnych fragmentów. Duch ojca? W tym upadłym, zimnym świecie nie ma już miejsca na metafizykę. Jest tylko przyprawiający o ból głowy trójwymiarowy obraz VR sączący do mózgu informacje wraz z tysiącem innych bodźców i sygnałów. Hamlet jest nimi przytłoczony, zdezorientowany, miota się w rozpaczy i lęku szukając bezpiecznych przystani w stwarzanych wokół siebie bańkach.
Ale nawet ucieczka w siebie nie pozwala nadać sensu rzeczywistości. „Po co właściwie żyjesz?” – pyta Ofelia. „Nie wiem” – mówi Hamlet. Nie wie już, czy życie go cieszy, czy nie. Chciałby robić rzeczy sprawiające mu przyjemność, ale robi jedynie to, co mu każą, bezwolny, stłamszony, a może posłusznym wykonywaniem poleceń zwyczajnie ułatwiający sobie życie. Jak maszyna, byle zostawili go w spokoju z jego przerażeniem, emocjonalną pustką rozpraszającego i nie dającego się ogarnąć rozumem świata pozbawionego zasad. Świata, „w którym można zrobić wszystko”, każdą podłość czy bezeceństwo, każdą nieprawość w powtarzającym się, zaklętym kręgu historii.
Gnieźnieński książę zanika w poczuciu bezradności i potężnego lęku, a wraz z nim rozpływa się i ginie w jazgotliwych dźwiękach współczesności odwieczne ikoniczne pytanie wszystkich Hamletów. Bo gdy nic od niego nie zależy, gdy „być” przestaje mieć znaczenie wobec nieuchronnie nawracających zagrożeń, jego rozważania stają się tylko niegodnym uwagi pustosłowiem. Reżyserska odwaga robi w tym miejscu naprawdę ogromne wrażenie.
Dominik Rubaj jest Hamletem swojego pokolenia. Może dlatego tak blisko mu do Hugo Tarresa w naturalności i bezpretensjonalności gry, wrażeniu potęgowanym równie sfatygowanym swetrem, a nawet fizycznością. Rubaj jednak w poczuciu wyobcowania idzie dalej nurzając się w swym szaleństwie, niczym w dobrej zabawie. Czy udawanym, czy rzeczywistym, nie sposób rozstrzygnąć. Prawdziwą twarz pokazuje na krótką chwilę tylko Ofelii, dla innych wybierając wizerunek postrzelonego paniczyka skorego do krotochwili czy – mówiąc właściwszym językiem – pranków. Człowiekiem z krwi i kości czyni go pielęgnowana w duszy zemsta. Cel, który zaprząta mu umysł i ukierunkowuje działania stanowi jedyne jasno określone dążenie w ogólnym przeświadczeniu beznadziei.
Ale to cel odległy, który wymyka się z rąk, gdy za broń nie wystarczy już jedynie obśmianie rzeczywistości. Słowa stają się papką, dochodzącym zewsząd szumem informacyjnym, tracą sens i rangę przewijane bezmyślnie na telefonie lub wypowiadane z nienaganną dykcją z prędkością prawnych formułek farmaceutycznych reklam. W rezultacie Dominik Rubaj z wyczuciem tworzy postać emocjonalnie zagubioną i samotną, przykrywającą targające nią stresy kompulsywnym eskapizmem z domieszką paranoi.
Ofelia anonsowana przez reżysera jako nieco zwierzęca wersja delikatnej zazwyczaj dziewczyny ma ostatecznie stępione pazury i jedynie noszonym futerkiem nawiązuje do zapowiedzi. Kaja Zalewska wydaje się zdystansowana, mechanicznie spełniając ciążące na niej rodzinne powinności wpisuje się w automatyzację zachowań otoczenia. I niby rości sobie prawo do bycia kochaną w tym jałowym uczuciowo świecie, ale nie podejmuje w tym zakresie żadnych działań. Niejakim kontrapunktem dla jej chłodu i powściągliwości jest wprowadzenie przez reżysera trzyosobowego Echa Ofelii, niczym greckiego chóru prowadzącego z dziewczyną uzewnętrzniony dialog wewnętrzny i nadający jej kolorytu skrytej buntowniczki. Nowoczesność Ofelii najpełniej rozkwita w jej ostatnim monologu, gdy w scenie obłędu nie rozdaje już rozmarynu, bratków czy kopru, lecz dywaguje o kategoryzacji istnienia, postrzeganiu nieprzewidywalności i zrozumieniu świata. Czy jednak ten intelektualny wysyp egzystencjalnych mądrości ma szansę wybrzmieć w zniszczonym materialistycznym świecie?
Znacząco bardziej wybrzmiewa wyśpiewane nad grobem Ofelii Yorickowe „Love me tender” – hymn ku chwale uczuć, emocjonalności i empatii, które zagubiono w bezdusznym i oziębłym uniwersum. Wojciech Kalinowski to Yorick przyszłości, zrobotyzowany w stroju, groteskowo zezwierzęcony w niekontrolowanej orgii ekspresyjnego ruchu, bełkoczący w niezrozumiałym języku. Wprowadzany na scenę z jazgotem ściany dźwięku przeraża, fascynuje, przyciąga, a ostatecznie wzrusza ubolewając nad ulotnością sławy, umierającą miłością i walącym się w gruzy wraz z jej odejściem światem.
Uwagę zwraca także Gertruda w wykonaniu Joanny Żurawskiej, przywiązana do ogromnego tronu królowa nie potrafiąca zrzec się władzy, trzymająca się jej kurczowo bez względu na cenę. O nie, nie jest jedynie bezwolną marionetką w rękach mężczyzn, raczej ekskluzywną królewską kurtyzaną, obdarowującą wdziękami wybrańców zapewniających jej utrzymanie pozycji i statusu. Kusicielką wykorzystującą swe walory, a zarazem niewolnicą korony gwarantującej jej dostatnie życie. Rozmowa z synem powoduje nagłe otrzeźwienie, ale wyrwanie się ze szponów przesiąkniętej zgnilizną władzy ma swoją cenę. Aktorka staje się wstrząsaną dreszczami ofiarą gwałtu na własnej psychice, na wpół oszalałą, dręczoną wyrzutami sumienia i przejmującym cierpieniem kobietą, której jedynym wyjściem jest finalne pokierowanie własnym losem.
Nieodmiennie dostojny w roli Klaudiusza Roland Nowak głębokim głosem, lśniąco białym strojem i narzucaną między wierszami wolą, mimowolnie przypominał mi tolkienowskiego Sarumana Christophera Lee. Wiem, skojarzenie absurdalne, ale w nowym władcy Elsynoru rysuje się podobne podskórne zło, podszyte strachem i obawami. Analogiczna chęć ukrycia swych zbrodni, pragnienie dominacji i rządów silnej ręki, choć wyróżnia go słabość do kobiecych wdzięków. Aktor konsekwentnie buduje rolę przebiegłego władcy, knującego intryganta, któremu widmo upadku spędza sen z powiek. Jego małość wychodzi w chwilach pęknięć, gdy chłodną kalkulację przesłania paniczny gorliwy zapał i zniecierpliwienie niegodne królewskiego majestatu. Obnażony w swych spiskach, pozbawiony autorytetu, jest tylko małym, smutnym, przemielonym przez tryby polityki i własnych rządz cieniem despoty.
Na scenie wyróżnia się także Wojciech Siedlecki w roli Poloniusza, być może najbliższy tradycyjnej szekspirowskiej empirii. Aktor zachwycił mnie dobraną w punkt intonacją, spójnym ukształtowaniem roli szlachetnego sługi państwa i wymagającego, acz czułego ojca. Tak jakby w tych postapokaliptycznych realiach był ostatnim nosicielem dawnych praw i wartości, strażnikiem tradycji, której upadku zdaje się nie zauważać. A jednocześnie brawurowo wyskakuje z konwencjonalnych ram, by z godną podziwu ironiczną powściągliwością oznajmić publice własną śmierć.
Bo i taki jest cały gnieźnieński spektakl. „Hamlet” nowej generacji odważnie łączy szekspirowską klasykę z portretem pokolenia. Jan Marek Kamiński wskazuje na humor, groteskę i sarkazm jako remedium na bolączki współczesności. Broń, która pozwoli nie popaść w hamletowskie – udawane czy nie – szaleństwo. W przerażającym, stechnicyzowanym świecie ciągłego zagrożenia, wojen i dążącego do samozagłady człowieka, przytłoczone natłokiem bodźców, młode pokolenie szuka ucieczki w bezpiecznym zdystansowaniu się od tego, na co nie ma realnego wpływu. Walec historii bez pardonu prze do przodu mieląc jednostki wraz z ich lękami. Orężem staje się ironia podważająca sensy, dekonstruująca znaczenia i pokazująca, że można inaczej. Że każda generacja ma własnych Hamletów, nawet jeśli zmęczonych już zadawaniem w kółko tych samych pytań. Hamletów w kryzysie emocjonalnym, nie nadążających za rzeczywistością i od dawna nie wierzących już w duchy. Ale wciąż mających coś ważnego do powiedzenia.