Logo
Recenzje

Gra, która nie chce się skończyć

9.03.2026, 12:08 Wersja do druku

„Rękopis znaleziony w Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów”  wg Jana Potockiego w reż. Grzegorza Jarzyny w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Karolina Jóźwiak

Ocena recenzenta/tki: (6/10) – niezły

Wyszedłem z „Rękopisu znalezionego w Saragossie. Dziedzictwa Gomelezów” z osobliwym uczuciem zmęczenia, które nie było znużeniem. Raczej czymś, co zna każdy, kto za długo przebywał w przestrzeni o zbyt wysokim stężeniu sensów. Spektakl Grzegorza Jarzyny nie chce być opowieścią – chce być systemem. I to właśnie w tym miejscu zaczyna się jego najciekawszy, choć ryzykowny obszar.

To nie jest teatr historii, ani nawet teatr interpretacji. To teatr procedur. Kolejne sceny nie tyle wynikają z poprzednich, ile zostają uruchomione, jakby ktoś naciskał następne przyciski w skomplikowanej maszynie. Widz nie tyle „śledzi”, ile poddaje się działaniu: rytmowi obrotówki, ciężarowi obrazów, powracającym figurom władzy, inicjacji, kontroli. Z tej perspektywy motyw gry komputerowej czy rytuału sukcesyjnego nie jest kluczem fabularnym, lecz modelem funkcjonowania świata przedstawionego – i świata, w którym żyjemy.

Najciekawsze w tym spektaklu jest dla mnie nie to, co Gomelezowie robią, lecz jak teatr ich ustanawia. Są wszechobecni, ale nie wszechmocni. Mówią dużo, lecz rzadko coś naprawdę komunikują. Władza jawi się tu nie jako spójny projekt ideologiczny, lecz jako przeciągły monolog, który trwa, bo nikt nie wyłączył mikrofonu. Jarzyna pokazuje władzę jako zmęczenie – ciągłe powtarzanie tych samych gestów, tych samych rytuałów, tych samych słów, które dawno utraciły związek z rzeczywistością.

W tym sensie „Rękopis…” jest dla mnie spektaklem o niemocy dziedziczenia. Tytułowe „dziedzictwo” nie jest ani przywilejem, ani przekleństwem, lecz pustą strukturą, którą ktoś musi wypełnić – byle kim, byle czym. Alex nie jest bohaterem inicjacyjnym w klasycznym sensie. Jest figurą testową. Sprawdza się na nim, czy system jeszcze działa. Czy da się wyprodukować kolejnego administratora świata.

I tu pojawia się zasadniczy problem – ale też siła tego przedstawienia. Alex jest niemal całkowicie pozbawiony psychologii. Nie dlatego, że aktor „nie dostaje szansy”, lecz dlatego, że psychologia byłaby tu nadużyciem. Ten bohater nie ma rozbudowanej psychologii, bo system, w którym funkcjonuje, nie jest zainteresowany wnętrzem – oczekuje reakcji. Decyzji. Kliknięć. Zgód lub odmów. W tym sensie jego płaskość jest znacząca, choć dla widza frustrująca. Jarzyna ryzykuje, że zamiast empatii zaoferuje nam chłodne studium podmiotowości w epoce algorytmów.

Wizualna strona spektaklu nie pełni funkcji ilustracyjnej. To nie „piękne obrazy”, lecz obrazy ciężkie – nasycone, często zbyt dosłowne, jakby teatr sam nie ufał, że widz wytrzyma niedopowiedzenie. Scenografia i projekcje działają jak architektura totalna: nie pozwalają się schować, nie dają wytchnienia. Przestrzeń nie służy grze aktorskiej, lecz ją dyscyplinuje. Aktorzy poruszają się w niej jak elementy większej instalacji, co bywa fascynujące, ale bywa też bezlitosne.

Najbardziej poruszające momenty spektaklu pojawiają się wtedy, gdy ta maszyna na chwilę się zacina. Gdy ktoś mówi za długo. Gdy rytuał traci tempo. Gdy patos zaczyna brzmieć pusto. W tych pęknięciach pojawia się nie Potocki, nie Has, nie metafizyka – lecz współczesne doświadczenie świata, w którym sensy są produkowane szybciej, niż jesteśmy w stanie je przeżyć.

Nie wiem, czy to jest spektakl „udany” w tradycyjnym rozumieniu. Wiem natomiast, że jest uczciwy w swojej bezwzględności. Nie kokietuje widza, nie oferuje mu komfortu ironii ani satysfakcji rozwiązania. Finał – jakkolwiek by go interpretować – nie zamyka niczego. Raczej ujawnia, że gra toczy się dalej, tylko zmienia się operator.

„Rękopis znaleziony w Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów” nie jest przedstawieniem, które zaprasza do szybkiego sądu: „podobało się” albo „nie”. To przedstawienie, które nie tyle się ogląda, ile przeżywa – jak długi, wymagający poziom w grze, po którym nie ma nagrody, jest tylko pytanie, czy chce się iść dalej.

I to pytanie zostaje ze mną dłużej niż jakikolwiek obraz z tej inscenizacji.

Teatr Polski

Tytuł oryginalny

Gra, która nie chce się skończyć

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Wiesław Kowalski

Data publikacji oryginału:

09.02.2026

Sprawdź także