„Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego w reż. Magdaleny Małeckiej-Wippich i Marty Miłoszewskiej w Teatrze Komedia w Warszawie. Pisze Paulina Sygnatowicz w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 4/10
„Jak zawsze” daje momenty prawdziwego wzruszenia i uśmiechu, ale pozostawia też poczucie niewykorzystanej szansy. To spektakl, który broni się aktorstwem i intymnością relacji między bohaterami, lecz nie znajduje dla nich odpowiednio silnej ramy scenicznej i dramaturgicznej.
Adaptacja powieści Zygmunta Miłoszewskiego przygotowana przez Martę Miłoszewską zapowiadała się jako opowieść o miłości i drugiej szansie, wpisana w lekką komediową formę. Punkt wyjścia – alternatywna historia Warszawy – dawał obietnicę czegoś więcej niż tylko sentymentalnej zabawy z czasem. Magdalenie Małeckiej–Wippich i Marcie Miłoszewskiej, które wspólnie wyreżyserowały spektakl, nie udało się jednak wypracować spójnego i wciągającego języka dla historii Ludwika i Grażyny, którzy po upojnej nocy budzą się… 50 lat wcześniej w Warszawie innej niż ta, którą pamiętają. Muszą na nowo odnaleźć siebie.
W spektaklu brakuje wyraźnej struktury przyczynowo-skutkowej, która prowadziłaby widza przez kolejne etapy opowieści i nadawała sens podejmowanym wątkom. Na pierwszy plan wysuwa się Warszawa, która staje się jednym z głównych bohaterów. Alternatywna wizja stolicy, wolna od powojennej zależności od wschodnich sąsiadów, pozostaje scenicznie nijaka. Brakuje jej koloru, rytmu i atmosfery, które pozwoliłyby widzowi rzeczywiście wejść w ten świat. Nie pomagają rozwiązania inscenizacyjne i scenograficzne. Centralnie ustawione małżeńskie łóżko, istotne dla zawiązania akcji, później traci swoją funkcję i obciąża przestrzeń. System wjeżdżających rekwizytów – samochodowych foteli z kierownicą czy kawiarnianego stolika – pozostaje jedynie umownym znakiem kolejnych miejsc, nie wprowadzając jednak ich atmosfery. Wyświetlane na ścianie neony są pomysłem trafnym, ale niewystarczającym, a brak wyrazistej muzyki i pracy światłem dodatkowo osłabia sceniczny klimat miasta.
Ciężar budowania warszawskiego świata przejmują Wars i Sawa, postaci dopisane przez Miłoszewską na potrzeby inscenizacji. To oni prowadzą widzów przez spektakl, nadając historii ramy umowności. Eliza Borowska i Aleksander Sajewski z energią i wyczuciem wcielają się w szereg barwnych postaci, rysowanych grubą, komediową kreską. Ich obecność wprowadza tempo i humor, ale nie zastępuje konsekwentnej wizji całości.
Broni się natomiast wątek miłosny oraz relacja Grażyny i Ludwika. Katarzyna Żak i Tomasz Dedek tworzą parę ludzi u schyłku życia, opierając tę relację na czułości, wzajemnym zrozumieniu, ale i drobnych uszczypliwościach, pod którymi wyraźnie wyczuwalna jest bliskość. Dobrze wypadają także aktorzy wcielający się w bohaterów z młodości. Helena Rząsa i Filip Kosior wnoszą lekkość, dynamikę, przekorę i charakterystyczny dla młodości bunt. Jednoczesna obecność na scenie bohaterów w dwóch etapach życia pozwala spojrzeć na tę historię jako opowieść o miłości nie tylko do partnera, ale także do siebie samego i własnej przeszłości.