EN
12.02.2022, 13:33 Wersja do druku

Głos sponad. O „Don Juanie”, premierze warszawskiego Teatru Polskiego, rozmawiają Skrzydelski z Morozem

Moroz: Na scenach „Don Juana” pełno jak grzybów po deszczu.

Skrzydelski: Molier staje się najgorętszym nazwiskiem w teatrze? Nie licząc Moniki Strzępki oczywiście. Znając jego sceptycyzm wobec dworskich mód, nie byłby zadowolony. Ale powiadasz: jak grzybów po deszczu, gdy przecież od momentu dość kuriozalnej premiery Mikołaja Grabowskiego z czerwca ubiegłego roku żadnego Moliera w stolicy nie uświadczyliśmy. Co innego w Łodzi. W Teatrze Jaracza Edward Wojtaszek, niewątpliwie specjalizujący się w dramacie francuskim, pokazał „Mizantropa”, jednak nie udało nam się na ten spektakl dotrzeć.

Moroz: Mimo wszystko sytuacja stwarza okazję do porównań. Wymieńmy dla porządku. W ubiegłym sezonie „Don Juan” Grabowskiego w Ateneum, już za dwa tygodnie (jeśli covid pozwoli) ten sam dramat w wersji Radosława Rychcika zobaczymy w łódzkim Teatrze Nowym. A teraz z kolei „Don Juan”, o którym przychodzi nam dziś rozmawiać, ten z Teatru Polskiego w Warszawie, w reżyserii Piotra Kurzawy. Na 400-lecie urodzin Jeana Baptiste’a Poquelina. Taka to chwalebna rocznica.


Całość rozmowy - w Magazynie e-teatru

Źródło:

Materiał własny