„Mała Miss" Williama Finna i Jamesa Lapine'a w reż. Agnieszki Płoszajskiej w Kujawsko-Pomorskim Teatrze Muzycznym w Toruniu. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Swą pięćdziesiątą piątą premierą Kujawsko-Pomorski Teatr Muzyczny w Toruniu pokazuje, że mimo niewielkiej sceny można na niej zrobić całkiem wielkie show. Wystarczy zaangażowanie, pasja, zgrany zespół, trochę pozytywnego szaleństwa i przekonanie licencjodawcy, że w nieistniejącym orkiestronie muzycy na żywo nie zagrają. Znając niekonwencjonalne podejście dyrektor Anny Wołek nie zdziwiłbym się, gdyby w negocjacjach rozważano ewentualne podwieszenie orkiestry pod sufitem, lecz szczęśliwie stanęło na nagraniu muzyki pod kierownictwem Bartosza Staszkiewicza. Dzięki sile perswazji i urokowi osobistemu „Mała Miss” mogła wyruszyć w muzyczną podróż żółtym Volkswagenem, by zaparkować na Żeglarskiej. Powstała dwanaście lat temu, wędrująca między piętrami scena Teatru Muzycznego w Toruniu, od „bidy z nędzą” doszła do momentu, w którym śmietanka musicalowych artystów i twórców powraca tu z sentymentem, aby poczuć atmosferę niemal rodzinnego domu. A cóż może oddać ją lepiej, niż oparty na sile rodziny musical „Little Miss Sunshine” Jamesa Lapina i Williama Finna?
Skromny, niskobudżetowy film drogi Jonathana Daytona i Valerie Faris w 2006 roku zawędrował z Sundance na Oscarowe czerwone dywany zgarniając po drodze morze nagród. Historia obarczonej deficytami i nieźle pokręconej rodziny, która wyrusza z Albuquerque do Kalifornii na konkurs piękności dla dzieci podbiła serca publiczności. Nie dziwne więc, że znaleźli się śmiałkowie, którzy przenieśli filmową wersję na teatralne deski. Piętnaście lat po amerykańskiej premierze doczekaliśmy się polskiej prapremiery, którą z charakterystycznym dla siebie ogniem i fantazją wyreżyserowała Agnieszka Płoszajska korzystając z tłumaczenia Anny Wołek. Toruńską rodzinę uzupełniła strojami „American wieś style” Wanda Kowalska, zaś scenografię opracował obecny tu także od zarania dziejów Wojciech Stefaniak. A że potrafi on na małej przestrzeni wyczarować cuda, więc zmieścił nie tylko żółtego busa z krzeseł i kierownicy, ale drobnymi ruchomymi elementami wykreował i szpitalne wnętrza, i męską toaletę, i przytulny motel, i kalifornijską estradę. Dużą pomocą służy okalający górną część sceny ekran, na którym Mateusz Kokot zabawnie ilustruje zmieniające się krajobrazy drogi stanowej nr 40 i urzeczywistnia kolejne lokalizacje. Przemieszczający się widok za oknem busa stanowi wisienkę na scenograficznym torcie, którego nie zawsze lukrowane szczegóły wydobywają światła Artura Wytrykusa.
Prawdziwym majstersztykiem jest ruch sceniczny maestro Michała Cyrana – sceny wsiadania w biegu do rozpędzonego busa łączą komediowość z filmowym pastiszem, zaś w przypadku solowego popisu prędkości Jędrzeja „Strusia” Czerwonogrodzkiego stanowią wspaniałą grę w skojarzenia.
Podobnie jednak jak w ekranowym oryginale, zwariowana podróż wysłużonym busem staje się tylko pretekstem do ukazania skomplikowanych rodzinnych relacji i zagmatwanej drogi do ich naprostowania. Opowieścią o akceptacji, sile wspólnoty i odwadze do bycia sobą, bez względu na oczekiwania innych. Nieszczególnie udana głowa rodziny Richard Hoover (Maciej Podgórzak) po stracie pracy widzi swą przyszłość w propagowaniu wszem i wobec „wspaniałego” programu samopomocowego dziesięciu kroków do sukcesu, czyli mentorskiego bełkotu motywacyjnego podawanego z pasją przez zadufanego bubka. Czczej gadaniny nie może znieść uwielbiający sprośności i nie przebierający w słowach ojciec Richarda (Marek Richter) wyrzucony właśnie w domu opieki za branie narkotyków. Przymierzający się do szkoły lotniczej i mający serdecznie dość całej rodzinki młody Dwayne (Jędrzej Czerwonogrodzki) postanawia milczeć do czasu zdania egzaminów i pokazywać, że ma wszystko gdzieś. Jego rezolutna, acz nieprzesadnie dbająca o linię siostra Olive (Zosia Zacharek) żyje jedynie dziecięcym konkursem piękności o tytuł Małej Miss Słoneczko marząc o wygranej i przygotowując w tajemnicy swój pokaz talentu wraz z dziadkiem. Całą ferajnę spaja i ogarnia zza kulis mama Sheryl (Katarzyna Walczak) dbając o ich potrzeby oraz przejmując niewidzialne stery z rąk niezbyt ogarniętych mężczyzn. Na głowie ma jeszcze opiekę nad zanurzonym w twórczości Prousta bratem Frankiem (Sebastian Machalski), który trafia do jej domu po próbie samobójczej spowodowanej żalem za utraconą gejowską miłością. Cała szóstka oryginalnych postaci chcąc nie chcąc wsiada do żółtego busa, by spełnić marzenia Olive. Urwane sprzęgło stanie się początkiem odbudowywania rodzinnej wspólnoty, a podróż do Redondo Beach prowadzić będzie przez absurdalny humor, emocjonalne zakręty i niejednokrotne godzenie się ze stratą. Bo jeśli przez życiowe meandry prowadzi GPSuka nie ma się co dziwić, że „świat nie kręci się tak, żeby było ci w smak”. Wspierając małą Olive, najbliżsi nie zatrzymują się w drodze do celu i pokonują kolejne przeszkody z błyskiem pogodnego szaleństwa w oczach. Finał, może nie tak skandalizujący, choć zbliżony do filmowego, ma jednak odmienny charakter, bo teatralna publika gdzie indziej lokuje swe sympatie dopingując pozytywnych wariatów. W końcu dociera do nas, że rodziny się nie wybiera i nawet jeśli „działa jak maszyna-ruina, to warto ją mieć”.
Formuła musicalu odświeża trącący już krindżem filmowy oryginał. Piosenki, w znakomitym tłumaczeniu Anny Nowak i Sebastiana Machalskiego, pozwalają rozbudować emocjonalny świat bohaterów, zbliżyć się do nich, a jednocześnie błysnąć dowcipem, zdynamizować akcję lub zatrzymać w nostalgicznej nucie. Wokalnie prym wiodą najczęściej słyszani Katarzyna Walczak i Maciej Podgórzak, czy to w duecie, czy w solowych utworach poruszając czułe struny trudnej relacyjnej bliskości. Sebastian Machalski życząc „kiły i sodomy” zapewnia w rozbrajającej komizmem szaletowej piosence, że u niego wszystko „jest ok”, a towarzyszący mu przy pisuarze Wojciech Daniel i Michał Zacharek z miłosnym zapałem dają upust łączącemu ich uczuciu. Odkryciem spektaklu jest dla mnie Marek Richter, który podobnie jak Alan Arkin wykorzystuje swoje pięć minut, bawiąc się aktorsko nietuzinkową postacią wyluzowanego starszego pana. „Najszczęśliwszy człowiek wśród nas” w brawurowo wykonanej piosence zachęca ze swadą wnuka do seksualnych podbojów, ale potrafi też wzruszyć dziadkową miłością zapewniając Olive o jej wyjątkowej urodzie. Zaskakuje także milczący przez większość czasu Jędrzej Czerwonogrodzki, który odzyskawszy głos wyśpiewuje światu swoją złość zupełnie inną, niż zwykle, barwą głosu. Nietuzinkowym komediowym talentem wykazuje się Małgorzata Regent parodiując pozbawioną empatii, rozedrganą Lindę, by chwilę później prześcignąć tę kreację przezabawnym wykonaniem youtubowego hitu Miss Californii „Dolor Muertes”. Zaśpiewa także w egzaltowanym duecie z konferansjerem Buddym, barwnie odmalowanym przez Wojciecha Daniela. Szczególne uznanie należy się najmłodszym, dziecięcym wokalistkom – Zosi Zacharek i Marysi Władyko grającym zamiennie Olive oraz Berenice Staszkiewicz i Amelii Delauré, które wcielając się we wredne dziewczynki i kontrkandydatki na miss ubarwiają spektakl złośliwą rówieśniczą nutą.
Hooverowie, pomimo wad i niedoskonałości, udowadniają, że w rodzinie tkwi wielka siła. Że wspólne „pchanie busa” i podana w odpowiednim czasie ręka potrafią łagodnie przeprowadzić przez najostrzejsze życiowe zakręty. Agnieszka Płoszajska przezabawną i ujmująco ciepłą realizacją „Małej Miss” pokazuje zaś, że familia Teatru Muzycznego w Toruniu ma się równie dobrze i razem może przenosić góry. Wymagający aktorsko i wokalnie musical rozbłyska słonecznym kalifornijskim blaskiem i bez przeszkód dociera do szczęśliwego finału. Polecam wybrać się w tę muzyczną podróż po marzenia z bandą utalentowanych twórców i pokręconych bohaterów. I odkryć, że pod fasadą śmiechu kryje się prawdziwa głębiość. A że nie ma takiego słowa? E tam! Posłuchajcie uważnie.
PS. Z recenzenckiego obowiązku dodam na końcu, że w dublurach zobaczyć można Pawła Mielewczyka w roli upierdliwego Richarda i Jeremiasza Gzyla jako kontuzjowanego wujka Franka.