„Era Wodnika” Jarosława Murawskiego w reż. Małgorzaty Warsickiej w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Szymon Białobrzeski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena Recenzenta: 4/10
Wychowałem się w świecie, który nie żył już hipisowskimi ideami, ale wciąż nie potrafił o nich zapomnieć. Moje pokolenie nie było podłączone do maszynerii nocy — raczej krzyczało o nierównym rozdziale gwiazd. Mimo to czasami tęsknię za wiarą w gwieździste niebo dla wszystkich.
Czy „Era Wodnika” podziela te tęsknoty?
Spektakl oglądamy oczami młodego Adama, próbującego poznać losy zmarłego ojca. Choć kojarzy go głównie z alkoholizmem i przemocą, zakurzony karton z pamiątkami zmusza go do przepisania tej historii na nowo. Narracja prowadzi nas przez dzikie Stany, szary PRL i odległe zakątki Azji, gdzie współcześni hipisi przepalają zagubione ideały.
Wprowadzenie współczesnego obserwatora to próba uporządkowania spektaklu — odważna, ale ryzykowna. Z jednej strony scenarzysta pokazuje różnorodność hipisowskiej wspólnoty, z drugiej — portretuje każde indywiduum w kilku zdaniach, tworząc skrótowy katalog postaw.
Weźmy choćby seksualność. Dla starej hipiski to wspomnienie nadużyć ze strony męża, dla podstarzałego hipisa — znak młodzieńczych orgazmów, a dla ich córki — nieustanna fantazja o poligamii. No dobrze, ale co z tego? Ciekawy punkt wyjścia ginie w deklaratywności. Na scenie brakuje naturalności, która oddałaby skalę problemu.
Pozornie to drobiazg, w praktyce jednak wpływa na całość. Narkotyczne szały, wspólnotowe śpiewy czy romantyczne wyznania — choć sprawnie zainscenizowane — tracą na znaczeniu, bo padają z ust papierowych postaci. Najpełniej wypada Adam: ma jasno określone cele, które w miarę rozwoju fabuły ulegają wiarygodnej przemianie. Zdarza się jednak, że i on bezrefleksyjnie podporządkowuje się narracji albo, co gorsza, zaczyna mówić „po młodzieżowemu”. Brrr. I czar pryska.
Wyrazy uznania należą się natomiast zespołowi technicznemu. Dawno nie widziałem na scenie tak kreacyjnego światła. Kostiumy uwiarygadniają niewiarygodne, scenografia buduje magiczny nastrój, a muzyka na żywo ożywia nawet średnio napisane sceny — mam tu na myśli przede wszystkim oryginalny music score.
Nie tak dawna prapremiera Imagine Krystiana Lupy pokazała, że hipisowski duch — choć ledwo żywy — wciąż potrafi wydać z siebie dziki skowyt. Era Wodnika, mimo zjawiskowych momentów, nie wierzy, nie tęskni, nie obserwuje — wyłącznie mówi i śpiewa, nieświadoma własnych błędów.