03.06.2021, 15:25 Wersja do druku

Gdy zabraknie jednej do brydża

"Umrzeć ze śmiechu" Paula Elliotta w reż. Andrzeja Nejmana w Teatrze Kwadrat w Warszawie, pokaz online. Pisze Kamil Stępniak na stronie Warszawska Kulturalna.

fot. mat. teatru

Ile czwórek brydżowych zostało rozbitych przez ostatnie półtora roku? Kontekst sztuki „Umrzeć ze śmiechu” Paula Elliotta, którą w reżyserii Andrzeja Nejmana możemy oglądać na kanale VOD Teatru Kwadrat niezwykle trafnie wpisuje się w czasy niepewności, strachu i teatralnego marazmu, przez które ostatnio przechodzimy, niosąc jednak iskierkę optymizmu.

Zaczęło się od czytania

Przygoda Teatru Kwadrat ze sztuką amerykańskiego scenarzysty i dramatopisarza rozpoczęła się na samym początku pandemii. W marcu 2020 r. na kanale YouTube miało miejsce czytanie performatywne „Umrzeć ze śmiechu”. Stało się ono hitem „teatralnego Internetu”, a sukces postanowiono przenieść na deski teatru w wersji VOD.

Już na początku trzeba przyznać, że historia przyjaciółek Connie, Milli, Leny i Mary została fantastycznie zrealizowana pod względem technicznym. Widz ma wrażenie jakby włączył Netflixa i w zaciszu domowego fotela mógł się zagłębić w tragikomiczną fabułę. Jakość dźwięku, wykonania oraz ruchu akcji kamery zasługuje na najwyższą notę.

Gwiazdorska obsada

Fani rodzimego podwórka aktorskiego, którzy zdecydują się na obejrzenie spektaklu, nie będą zawiedzeni. Aktorzy, którzy występują na deskach są naprawdę wysokiej próby. Ewa Wencel, Lucyna Malec, Hanna Śleszyńska, Olga Kalicka i Marcin Piętowski gwarantują wysoki warsztat aktorski, co nie jest bez znaczenia dla całości realizacji, która mimo wszystko jest obdarta nieco z atmosfery teatru, a bardziej obłóczona a formę telewizyjną. Reżyser i jednocześnie dyrektor Teatru Kwadrat Andrzej Nejman, to kolejny mocny punkt przedsięwzięcia.

Czy urna musi pasować do osobowości?

Fabuła „Umrzeć ze śmiechu” to komedia pomyłek osadzona w rzeczywistości bolesnego doświadczenia, jakim jest śmierć. Czwórka przyjaciółek od kilkudziesięciu lat spotyka się regularnie na partyjki brydża. Niestety jedna z nich (o ironio, ta z największym „biglem”) umiera, jednocześnie pozostawiając po sobie pustkę i konfuzję wśród pozostałych kobiet. Do tego wszystkiego brakuje tylko nieszczęśliwie zakochanej i zbuntowanej córki jednej z bohaterek oraz jej niedoszłego partnera, który znalazł nietypowy sposób na sfinansowanie swoich studiów doktoranckich. Czy męskie slipy ukoją ból po utracie przyjaciółki oraz czy miłość wszystko wybaczy? Tego dowiecie się oglądając historię z urną w tle. Może trzy przyjaciółki wcale nie pozostały same…

Aktorzy dają z siebie wiele, co widać nawet przez ekran monitora. W moim odczuciu na pochwałę zasługuje Olga Kalicka, która przynosi powiew młodzieńczej świeżości do akcji. Błyszczy za każdym razem, kiedy pojawia się na scenie. Ewa Wencel i Lucyna Malec stanowią zgrany duet wykonując niełatwą pracę nadającą kształt biegowi zdarzeń. Ze skomplikowanym zadaniem mierzy się Marcin Piętowski, jego rola, pomimo że niewielka, może stanowić dla całego dzieła języczek u wagi stanowiący o walorach artystycznych komedii lub pastiszu. Wyrazistość Hanny Śleszyńskiej dla niektórych będzie atutem, a innym będzie przeszkadzała. Ja w tym wypadku pewnie raczej opowiedziałbym się za drugą z opcji, ale jest to zdanie wysoce subiektywne.

Widz umrze ze śmiechu?

Produkcja stanęła przed wyzwaniem trudnym, gdyż nie tylko warunki pandemiczne utrudniały realizację spektaklu, ale także czytanie performatywne znalazło swoich wielu zwolenników. Technicznie się wszystko zgadza: niezła gra, świetna realizacja, znana i lubiana sztuka.

Jednak do tej beczki miodu należy dodać również łyżkę dziegciu, i to całkiem poważną. Elementem, który mi najbardziej przeszkadzał, było tempo toczącej się akcji. Pomimo że sztuka nie jest długa (nieco ponad godzinę) momentami naprawdę się dłużyła. Wydawało się jakby aktorom brakowało energii widzów, jakieś metafizycznej wymiany wspólnotowego przeżywania fabuły „tu i teraz”. Tego wrażenia nie miałem oglądając czytanie performatywne. Jakby coś nie zagrało. Nie istnieje wątpliwość, że gra dla pustej widowni nie jest prosta, a efekty tego możemy zaobserwować. W mojej opinii za taki stan rzeczy może również odpowiadać sama fabuła. Mam wrażenie, że żart z którym się spotykamy bazuje na najprostszych, znanych od lat (i już powoli nudnych) środkach. Poziom humoru momentami jest aż nazbyt infantylny, co bardziej ambitnemu odbiorcy będzie przeszkadzało. Siermiężnie ciosany lejtmotyw powoduje, że gagi są raczej absurdalne niż intrygujące.

W moim odczuciu jednak to nie zmieni faktu, że „Umrzeć ze śmiechu” znajdzie swoich zwolenników, a być może kiedyś wystawiony „na żywo” spektakl nabierze innego wymiaru.

Tytuł oryginalny

Gdy zabraknie jednej do brydża [recenzja „Umrzeć ze śmiechu”]

Źródło:

warszawska-kulturalna.pl
Link do źródła

Autor:

Kamil Stępniak

Data:

03.06.2021