Tadeusz Marek: W jednym z niedawnych wywiadów powiedziała Pani o sobie: „Nie legenda, a Kopciuszek”. Tymczasem dziś występuje Pani w roli osoby, która ma przekazywać innym wiedzę o sztuce aktorskiej. Jak pogodzić rolę „Kopciuszka” z rolą mentorki?
Ewa Benesz: Długo oduczałam się aktorstwa. Są właściwie dwie metody pracy aktorskiej. Pierwsza polega na stworzeniu precyzyjnej struktury, którą aktor następnie wciela w życie. Druga – i taka była praca w teatrze Grotowskiego – opiera się na poszukiwaniu. Grotowski nigdy nie mówił nam, co mamy robić. Mówił natomiast, czego nie robić. Tworzyliśmy improwizacje, a on wybierał z nich fragmenty, które uważał za ważne i warte rozwinięcia. Kontynuowałam tę drogę z moimi starszymi kolegami. Z Reną Mirecką założyłyśmy także Międzynarodowe Centrum Pracy na Sardynii.
Kiedy przyszłam do teatru, miałam dwadzieścia trzy lata. Tak bardzo chciałam być aktorką, tak bardzo mi zależało, że byłam nieustannie spięta. Nic mi nie wychodziło. Aktor nie może chcieć. Twórca również nie może chcieć. Może pragnąć, ale nie może chcieć. Jeśli bardzo czegoś chcę, przestaję dostrzegać proces. Ciągle porównuję rzeczywistość z wyobrażeniem tego, jak powinno być. Tymczasem ogromna praca polega na tym, by się rozluźnić, zaufać sobie i innym, zachować czułość wobec tego, co się wydarza.
TM: Czego próbowała Pani nauczyć uczestników?
Niczego im nie powiedziałam. To były praktyki wokalne i uczestnicy musieli dojść do pewnych rzeczy sami. Nie mogę nikomu powiedzieć, jak ma tworzyć.
TM: Do czego mieli dojść?
Do tego, czego nie powinni robić. Twórca nie wie, co może zrobić. Powinien wiedzieć, czego nie robić. To zresztą zasada obowiązująca także w życiu. Nie wiemy, co nas spotka. Nie wiemy, jakie sytuacje przyniesie przyszłość. Ale możemy wiedzieć, czego nie wolno nam robić. W twórczości jest podobnie.
Georgina Gryboś: Czy taka droga oznacza konieczność przekraczania własnych granic?
Czasami tak. Ale pierwszym zadaniem jest pozbycie się strachu i napięcia. Niczego nie chcieć. To bardzo trudne, ale możliwe.
TM: Pani się to udało?
Czasami. Ale w tej pracy niezwykle ważne jest coś jeszcze: stworzenie prawdziwej wspólnoty ludzi. Z takiej wspólnoty rodzi się bohater. Każda grupa ma swojego bohatera, choć ta rola nieustannie przechodzi z osoby na osobę. Jeśli człowiek ma za sobą wsparcie wspólnoty, może pójść bardzo daleko. Zresztą właśnie stąd narodził się teatr.
TM: Dziś odbiorcami kultury są również ludzie, którzy z uwagi na metrykę mają prawo nie wiedzieć, kim był Jerzy Grotowski. Czy jego dziedzictwo należy już wyłącznie do historii teatru, czy wciąż jest żywe?
Dziedzictwo Grotowskiego żyje do dziś. Mam wrażenie, że we Włoszech, Francji czy Hiszpanii nawet bardziej niż w Polsce. To był geniusz. Geniusz teatru. Spotkanie z nim było tak ważne, że znaczenie miała każda sekunda. Miał nieprawdopodobną siłę oddziaływania.
Był niezwykle wymagający wobec siebie i wobec innych. Pracował bez wytchnienia. Przychodził do teatru z czerwonymi oczami, bo całą noc czytał. My pracowaliśmy od rana do wieczora, a czasem przez całą noc. Praca była ciągła.
GG: Dzisiaj coraz częściej mówi się o granicach, dobrostanie i równowadze między życiem a pracą. Czy taki model pracy ma jeszcze rację bytu?
Nie wiem. Ja tak pracuję. Jeśli ktoś chce naprawdę być twórcą i artystą, nie może liczyć godzin. Nie ma do tego prawa.
GG: Czy naprawdę nie można stworzyć czegoś wartościowego, pilnując czasu pracy?
W pracy twórczej czas nie istnieje. Coś może wydarzyć się w piętnaście minut albo w siedem godzin. Tego nie da się przewidzieć.
Nie należy liczyć godzin. Należy słuchać tego, co jest w środku. Tego, z czym człowiek budzi się rano i z czym zasypia. Nie trzeba szukać wielkich tematów. Wystarczy znaleźć to, co nie pozwala zasnąć i co budzi nas każdego ranka.
TM: A co Panią budzi rano?
Pytanie: „Czy jeszcze zdążę? Co jeszcze mogę zrobić? Czy wystarczy mi sił?”
Pełnej rozmowy posłuchaj w podkaście.
https://rkk.pl/podcasty/ewa-benesz-jesli-ktos-chce-naprawde-byc-tworca-i-artysta-nie-moze-liczyc-godzin