„Die Möwe (Mewa)” Antoniego Czechowa w chor. John Neumeiera w Hamburg Ballett. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
Świat artystów to zawsze interesujący temat dla sztuki – teatru i filmu. Przykłady można mnożyć, a to co przychodzi pierwsze z brzegu to La Strada, obraz Federico Felliniego z roku 1954 rzecz o świecie cyrku, Czarny łabędź z Natalie Portman opowieść o kulisach baletu, rywalizacji i blaskach kariery czy Aktorzy prowincjonalni Agnieszki Holland, będące sztandarowym przykładem „kina moralnego niepokoju”, którzy ukazywali rozterki etyczne, wybory i ścieżki ludzkich losów wpisane w zespół regionalnego teatru dramatycznego. Ale ową rzeczywistość, nie tylko konkretnej grupy, ale raczej rodziny, w której olbrzymie piętno odciska życie zawodowe sportretował genialnie Anton Czechow w swoim dramacie Mewa. Przenikające się światy skostniałego teatru i prób sztuki nowoczesnej, niezrozumienie, niedopasowanie, a w tle, a może jako główny wątek, miłość stały się nadrzędnymi elementami owego rosyjskiego dramatu. I właśnie tę treść wykorzystał w swoim autorskim spektaklu teatru tańca John Neumeier.
Choć premiera miała miejsce dwadzieścia cztery lata temu to wydaje się, że przedstawienie nadal jest aktualne i porusza problemy, które doskwierają wszystkim zaangażowanym w świat sztuki. Ale nie jest to hermetyczna opowieść, raczej uniwersalna rzecz, która dotyka czułych na piękno oraz nadwrażliwych żyjących w trudnym świecie współczesności, gdzie hejt stał się powszechnością dialogu społecznego. Amerykański mag baletu wraz z solistami i zespołem Hamburg Ballett tworzy impresję wywiedzioną ze świata rosyjskiego dramatopisarza, ale zmienia konteksty i znaczenia. Kto wie czy przez ową reinterpretację opowieść nie ma jeszcze bardziej rosyjskiego klimatu, wszak sztuka baletowa jest niczym ikona w cerkwi dla kultury tegoż kraju. Neumeier umieszcza akcję właśnie w świecie tańca, gdzie duszna atmosfera konkurencji oddycha mocniej i jaskrawiej niż na deskach dramatycznej sceny. To także świetna możliwość ukazania różnicy pomiędzy światem klasyki, a nowoczesności. Bowiem tematem nie jest miłość, której pobłyski są istotnym elementem widowiska, ale właśnie ów spór pomiędzy tradycją a tym co nadchodzi. Odbija się on na relacjach rodzinnych, więzach, współzależnościach i zdradzie. Choreograf wyłuskuje tragedię ludzi sztuki – zagubionych, łaknących uczuć i splendoru, a tak naprawdę przeraźliwie samotnych dążących do sukcesu i uznania. To świat egoistów, gdzie każdy walczy o swoje, nie zwracając uwagi, że obok jest druga osoba, którą można zranić, zdeprecjonować i zniszczyć. Można mieć wrażenie, że koncept spektaklu powstał z indywidualnych przeżyć głównego realizatora, który jak nikt inny, pracując w różnych zakątkach globu, poznał świat primabalerin i gwiazd tańca. Jest to odbicie – gorzkie i smutne. Na swój sposób tragiczne i przesiąknięte duchem Czechowa jego wizji rosyjskiego świata, który nieubłaganie umierał i odchodził w zapomnienie. To forma rodzajowego obrazka pewnego towarzystwa, środowiska, gdzie indywidualizm zabija wszystko inne co spotka na swojej drodze. Świat pozorów i makijażu, pod którym kryje się ból i cierpienie.
Jedna rodzina, można powiedzieć wspólnota, ale w niej nie pulsuje wsparcie czy dobre słowo, ale nieustanna rywalizacja. Kontrast przeszłości, a także budzącego się nowego, które wystawione jest na najwyższą próbę, które spotyka się ze śmiesznością i kpiną. To także rzecz o poświęceniu wszystkiego co się posiada na rzecz sztuki, nie zwracając uwagi na pulsujące uczucie. Gdy przychodzi przebudzenie – na wszystko jest już zbyt późno. Wybawieniem staje się śmierć. Dychotomia światów to zakochanie w marazmie klasyki Iriny Arkadiny (Anna Laudere), primabaleriny sceny carskiej, a także Borys Trigorin (Matias Oberlin), choreograf, kochanek kobiety, który żyje tańcem, oczarowuje własnymi koncepcjami, którymi łamie niewinne serca rządnych kariery nowych tancerek. Na przeciwległym biegunie znajduje się Kostia, syn Arkadiny (świetny Louis Musin), którego siłą jest nowoczesność, nowa technika, wizja odmiennego świata tańca. Współgra z nim, w kształtowaniu owej koncepcji, Nina Zarieczna (Ana Torrequebrada). Nie tylko jako wykonawczyni, ale i muza artystycznego spełnienia. Jednak ulega ona wizji Trigorina wpadając w pułapkę innego świata. To co złamane nie będzie w stanie się odbudować i odrodzić na nowo. W ów świat sztuki baletowej wkrada się jeszcze Masza (Xue Lin) – niewinna dziewczyna, która bez opamiętania wpatrzona jest w pomysłowość Konstantego. Ale ten jej nie zauważa, odrzuca. Żyje dla własnej twórczości, kreatywności. Światy tradycji i tego co nowe przenikają się, a każdy tkwi pod maską swojej wielkości absolutnie nie gotowy do zaakceptowania odmienności oraz drugiego człowieka. Arkadina wręcz kpi z popisów syna, nie wierząc w siłę nowego i odkrywczego, zabijając jego pomysły i idee. To on jest mewą, choć nieustannie w czarnym kostiumie ukazuje jak umiera jako ptak, który pragnął wolności i niezależności, a zginął pod pręgierzem dominującej klasyki i przeszłości. To burzyciel zastanego konwenansu, tego co dawne, a dla niego już nieaktualne. Świat Arkadiny jest biały, radosny i na puentach, a syna na boso. Prostymi środkami Neumeier kształtuje owe kontrasty i odmienności. To nie tylko psychologia postaci, emocjonalność, ale także strona wizualna, która najpełniej wpływa dla wyobraźni odbiorcy.
Choreograf w swojej wizji jest niesłychanie konsekwentny. Ów egoizm z części pierwszej przeradza się w samotność, odrzucenie i niezrozumienie. Nina oszukana przez Trigorina tańczy w teatrze rewiowym. Okłamuje samą siebie, że jest spełniona, a tak naprawdę opuszczona przez wszystkich, niszczy samą siebie. Kostia, obecny duchem podczas jej występu zamyka się we własnych myślach, czego symbolem jest origami mewy, które nieustannie tworzy we własnych dłoniach. Żyje dla siebie, odrzuca świat, myśli sztuką, która go zabija, unicestwia, degraduje. Owe odejście chłopaka to jak rozstanie niezrozumianego i niedocenianego. Nawet powrót Niny, która pojawia się ubrana na czarno, jest już niemożliwym pojednaniem, gdyż wyborem stała się samozagłada. Arkadina zadowala się błagalną miłością Trigorina, a ten zdradza ją na każdym kroku, ale czasem ten erzac wystarcza aby czuć się przez chwilę spełnionym.
Zestawienie owych światów tańca Neumeier ukazuje również w dwóch epizodach. Kostia tworzy własny projekt Dusza Mewy, który ma innowacyjną kreskę, jest żywiołowy, pełen ostrych sekwencji. To auto opowieść, chęć zwrócenia uwagi na siebie, przełamanie estetyki klasycznej formy. Co ważne jego podkładem jest muzyka perkusyjna kompozycji Evelyn Glennie. To jedyny wyjątek od utworów rosyjskich w całym spektaklu. To także zwrócenie się ku współczesności w osnowie dźwiękowej. Kontrapunktem dla owej sceny jest wykonanie w drugim akcie Śmierci Mewy w układzie Trigorina z Arkadiną w partii głównej. Jest to kpina z tańca, można powiedzieć parodia pewnego dawnego pomysłu. Tym razem tło stanowi lekka muzyka z operetki Moskwa-Czeriomuszki Dymitra Szostakowicza. Życie sztuką zostało rozmienione na drobne, a owe wyśmianie własnego syna przypieczętowane. Choć Kostia nie jest świadkiem owego występu stanowi on rapsodię dla jego odejścia, gdyż wszystko traci sens.
Ów seans teatru tańca to kameralna opowieść, gdzie główną rolę odgrywa kwintet wspomnianych bohaterów. Oczywiście pierwszoplanowym bohaterem jest Kostia w wykonaniu Louisa Musina. Jego młodzieńczość i naiwność współgra ze świetnym wykonaniem, gdzie technika łączy się z emocjonalnym wyrazem. Świetnie partneruje mu Xue Lin jako zakochana i wpatrzona Masza, a także niewinna, choć w moim odczuciu osobna, autonomiczna i nie do końca dopasowana do owej relacji, a przecież uczucie to istotny składnik owej historii – Nina (Ana Torrequebrada). Pozostałe postaci to tło, gdzie pulsuje świat prowincji pełen zdrad i codzienności pisanej karcianymi rozgrywkami i łykiem wódki. To Neumeierowska kolejna próba własnej wizji człowieczeństwa. Choć nie ma charakterystycznego dla niego rozpadu, chaosu w wykonaniu zespołu, to podskórnie pulsuje owa główna myśl jego spektakli – zaniku uczuć i degradacji jednostki. Ale kluczem pozostaje świat tańca, ten który choreograf najlepiej rozumie, zna i kocha. Przecież jest z nim związany od dziesiątek lat. Owe sekwencje przedstawienia wydają się niesamowicie udanie zinterpretowane, podpatrzone, a życie z Czechowa niezwykle aktualne jakby obecne tuż obok nas.
Strona muzyczna to świetny przykład rozumienia muzyki. Dobór wydaje się oczywisty. To głównie kompozycje Dymitra Szostakoiwcza z trzema wyjątkami. Wspomnianej współczesnej kompozycji Glennie oraz fragmentów z Piotra Czajkowskiego oraz Aleksandra Skriabina. Owe tło Szostakowicza perfekcyjnie współgra z akcją sceniczną. Urzeka początkowy fragment z drugiego koncertu fortepianowego w wykonaniu Petara Kostova. Brzmi jak Fryderyk Chopin oddając sielankę prowincji, która znajduje się chwilę przed burzą baletowego wstrząsu i emocji ludzkich namiętności. Miejscowa orkiestra pod batutą Nathana Brocka brzmiała zjawiskowo – niczym dojrzała symfonika, będąc jednocześnie dobrym partnerem dla wykonania tańca. Dopełnienie wyrazu spektaklu stanowi scenografia autorstwa również Neumeiera. Błękitne tło i symbolika drzew to główne elementy dekoracji z dyskretnymi kostiumami wpisanymi w epokę akcji. Centralnym punktem stają się minimalne podwyższenia. W sekwencji wiejskiej – drewniany podest będący miejscem prezentacji Konstantego, a w obrazie moskiewskim kubistyczny kształt dla tła rewii i baletu Trigorina. Jednak najbardziej zastanawiającym pozostaną schodki do podestu nad jeziorem. Praktycznie wszyscy bohaterowie je przemierzają aby dotrzeć do miejsca akcji. Pozostanie pytaniem czy to zabieg celowy, a może przypadek? Są one jak droga do sławy, a także do nieba gdzie ulatuje czarna mewa Konstantyna Trieplewa.
Hamburskie doświadczenie jest mocno z ducha Czechowa choć z odmiennymi kontekstami świata tańca. To rzecz o wielkim niespełnieniu, niedocenieniu, egoizmie i samotności. Neumeier stworzył piękny, linearny spektakl, z którego pozostanie w pamięci wiele scen, ale w którymś momencie owa opowieść zaczyna nużyć, gdyż jasnym jest jaki będzie finał. Skrupulatność choreografa gubi go, gdyż czasem mniej może oznaczać lepiej. Można zauważyć powtarzalne sceny nie wnoszące nic dla rozwoju akcji. Nożyczki montażowe pomogłyby w zwięzłości i klarowności. Mimo owej uwagi wielką radością pozostaje obcowanie z kunsztem wykonania, gdzie logika opowieści daje spełnienie odbiorcom obcowania ze sztuką najwyższej próby. Ale wyborem każdego pozostanie – tradycja czy nowoczesność? Trudna delekcja, a może jednak obie mają wartość przy wzajemnym szacunku i akceptacji odmienności.