„Bibuła w tapczanie” wg Michała Rusinka w reż. Michała Derlatki z Teatru Miniatura na 3. Festiwalu Otwarcia w Teatralnym Instytucie Młodych. Pisze Michał Kamiński.
Czy temat „Solidarności” i przemiany ustrojowej w Polsce musi być dla dzieci niezrozumiały? Czy o historii i polityce musimy im opowiadać z powagą i patosem? Czy spektakl edukacyjny musi je tylko protekcjonalnie pouczać? Michał Derlatka, reżyser przedstawienia „Bibuła w Tapczanie”, na te pytania odpowiada trzy razy NIE. To niebanalna opowieść o „Solidarności”, potrzebie wolności i życiu w PRL-u, pełna humoru i angażująca młodą widownię w działania sceniczne.
Opowieść zaczyna się od pojawienia się na scenie pudła towarowego, z którego wychodzą dwaj stoczniowcy. Wysłali się za granicę w czasie stanu wojennego, lecz zamiast na zachód dotarli do Polski w roku 2025 – czego dowiadują się od widowni. Jest to jednak Polska, która równie dobrze mogłaby być tą mityczną, pełną dobrobytu „zagranicą”. Stoczniowcy wypytują młodocianych widzów o realia życia w kraju; ci z radością odkrzykują, że mięsa można kupić ile się chce, papier toaletowy nie jest towarem luksusowym, nie ma już cenzury i można wyjeżdżać za granicę, ale nie do Czechosłowacji, bo ta już nie istnieje (kudos dla małego chłopca, który to powiedział).
Taka forma aktywnego angażowania widzów jest istotną, stale powracającą częścią przedstawienia. Przeplata się ona z opowieściami o życiu w PRL-u. Aktorzy zachęcali dzieci do udziału w komunistycznych wyborach, w których wygrał – poprzez widoczne oszustwa – kandydat partyjny, a nie ten przez nie wybrany (dzieci oczywiście nie kryły oburzenia). Aktorzy reagowali na ich komentarze na żywo, dając dzieciom to bardzo rzadkie w podstawówce poczucie bycia traktowanym poważnie. Warto dodać, że młodociani widzowie nie zawsze byli „grzeczni”: na pytanie „czy chcecie usłyszeć naszą historię?” dało się usłyszeć kilka roześmianych „nie”.
Opowieść o PRL-u, mająca przybliżyć dzieciom realia „tych gorszych czasów”, prowadzona jest przy wykorzystaniu wielu elementów plastycznych: dużych makiet bloków mieszkalnych, w których oknach zapalają się światła; wielkiej drewnianej mapy Europy, rozerwanej na pół wzdłuż granicy bloku wschodniego; stojących obrazków muru berlińskiego i milicjantów; marionetek stojących w kolejce po chleb i dyskutujących o protestach; kartonowej kukły Jaruzelskiego ogłaszającego w telewizorze stan wojenny oraz ogromnej gipsowej lalki Lecha Wałęsy zachęcającego dzieci do protestowania przeciwko dyktaturze. To tylko część z nich. Spektakl jest bardzo ciekawy wizualnie i dynamiczny – świetnie angażuje młodego widza, choć na mnie scenografia również zrobiła duże wrażenie. Nie ukrywam – naprawdę dobrze się bawiłem. I nawet czegoś się dowiedziałem: wiedzieliście, że na nielegalne czasopisma związkowe mówiono „bibuła”? Ja nie.
O samej treści historycznej niewiele trzeba tu mówić. Wpisuje się ona w powszechną narrację o „Solidarności” i PRL-u, znaną choćby ze szkoły. W spektaklu, który ma edukować dzieci, niemające o tym epizodzie właściwie żadnej wiedzy, to narracja jak najbardziej stosowna. O tym, czy o Lechu Wałęsie należy mówić jednoznacznie pozytywnie, a o PRL-u jednoznacznie źle, niech rozwodzą się dorośli. Nie jest to jednak spektakl ideologizujący ani przesadnie dydaktyczny. To pigułka wiedzy o faktycznie gorszych czasach, kiedy żyło się ubożej i w cieniu dyktatury. Pigułka ta nie jest gorzkim lekiem w biało-czerwonym opakowaniu, jak na lekcjach historii, lecz cukierkiem, w którym z jednej strony zawarta jest nauka o historii, z drugiej istotny przekaz o tym, jak ważne są wolność, demokracja i solidarność. Jako że cukierki lubią wszyscy, i dzieci i dorośli dobrze się bawili na przedstawieniu.
***
W tym miejscu oddajmy głos dzieciom. W końcu spektakl był dla nich, ich są równie istotne – i z pewnością nie boją się ich wyrażać; świadczy o tym scena, w której aktorzy udawali, że zapalają papierosy, a dzieci chórem skrzyczały ich, że to niezdrowe i dostaną raka – i umrą.
Po spektaklu podszedłem do dzieci, które przyszły w ramach wycieczki szkolnej klas trzecich szkoły podstawowej, i za zgodą nauczycielek zadałem im kilka pytań.
„Jak wam się podobało?” – brzmiało pierwsze.
„Bardzo śmieszne”, „super humor”, „ważny temat”, „ciekawe”, „zabawne” – odpowiadają, przekrzykując się wzajemnie.
„Co wiedzieliście o solidarności i komunistycznej Polsce przed spektaklem?”
W zasadzie nic. „Coś o komunizmie było na historii” – mówi jedna dziewczynka. Od rodziców także nic nie słyszeli, czemu trudno się dziwić, skoro sami rodzice coraz częściej wiedzą o tych czasach tylko z cudzych opowieści. To pokazuje, jak potrzebne są takie spektakle.
„Co wam się podobało najbardziej?”
„Że mogliśmy robić rzeczy na scenie i mówić.”
„Jak oceniacie spektakl w skali od jeden do dziesięciu?”
„Dziewięć”, „dziesięć”, „dziewięć i pół”.