Logo
Recenzje

Dwóch geniuszy, sporo do udowodnienia. „Kolacja na cztery ręce” wraca na zamek

29.10.2026, 10:06 Wersja do druku

„Kolacja na cztery ręce” Paula Barza w reż. Mariusza Malca w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Agata Rucińska w portalu bielskirynek.pl.

Sławomir Miska i Tomasz Lorek w "Kolacji na cztery ręce"

Kolacja rozpoczyna się od utworu Bacha w wykonaniu Jacka Obstarczyka. Potem przy stole spotykają się dwaj kompozytorzy, którzy mają sobie sporo do powiedzenia i jeszcze więcej do udowodnienia. W „Kolacji na cztery ręce” Paula Barza, wyreżyserowanej przez Mariusza Malca, uszczypliwości przechodzą w wyznania, a podziw dla cudzego talentu nie wyklucza zazdrości. Spektakl miał premierę 24 października w Salonie Muzycznym zamku Sułkowskich w Bielsku-Białej. W tym niezwykłym miejscu rozmowa o sławie, ambicjach i cenie sukcesu nabiera szczególnego charakteru.

Georga Friedricha Händla gra Tomasz Lorek, Johanna Sebastiana Bacha - Sławomir Miska. Jacek Obstarczyk wciela się w Johanna Christopha Schmidta, współpracownika Händla, który podaje do stołu. To rola mniej eksponowana, ale dająca doskonałą okazję do obserwacji obu kompozytorów.

Salon Muzyczny, dawna książęca jadalnia, dobrze służy tej kameralnej sztuce. Publiczność siedzi blisko aktorów, niemal jak uczestnicy spotkania. Stroje przenoszą nas w czasy baroku, ale to, co dzieje się między bohaterami, okazuje się zadziwiająco bliskie współczesności.

Mariusz Malec po raz pierwszy w Teatrze Polskim

„Kolacja na cztery ręce” to pierwsza realizacja Mariusza Malca w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Reżyser ma w dorobku przedstawienia radiowe i spektakle Teatru Telewizji, m.in. „Lekcję polskiego” i „Pseudonim Anoda”. Tym razem stawia na aktorów, rytm dialogu i zmieniający się układ sił między bohaterami. Kameralny salon sprzyja tej koncepcji: każdy gest i spojrzenie widać z bliska.

Ta bliskość pozwala też docenić kostiumy Tomasza Ossolińskiego, projektanta współpracującego z teatrem, operą i filmem, autora strojów m.in. do „Traviaty” Mariusza Trelińskiego i „Lalki” w reżyserii Macieja Kawalskiego. Kostiumy do bielskiej „Kolacji” powstały w jego atelier. Aksamit, zdobienia i ręczne hafty nie są wyłącznie dekoracją - stroje podkreślają różnice w pozycji i zamożności kompozytorów, zanim jeszcze padną pierwsze złośliwości.

Całości dopełniają barokowe peruki Marii Dyczek. Kostiumy pozostaną w zamku także po ostatnim przedstawieniu. Jak zapowiedziała Iwona Purzycka, dyrektorka Muzeum Historycznego w Bielsku-Białej, trafią do muzealnej kolekcji.

Bach i Händel. Spotkanie, którego nie było

Johann Sebastian Bach i Georg Friedrich Händel urodzili się w 1685 roku, ale nigdy się nie spotkali - przynajmniej nie ma na to historycznych dowodów. Paul Barz, niemiecki pisarz i dziennikarz urodzony we Włocławku, dobrze znał biografie obu kompozytorów. W 1984 roku opublikował książkę poświęconą Bachowi, Händlowi i Heinrichowi Schützowi. Zamiast jednak pisać kolejną biografię, postanowił skonfrontować dwóch wielkich artystów przy jednym stole.

Tak powstało „Mögliche Begegnung”, czyli „Możliwe spotkanie”, znane w Polsce jako „Kolacja na cztery ręce”. Sztuka narodziła się w 1985 roku, gdy obchodzono 300. rocznicę urodzin obu kompozytorów. Barz wykorzystał rzeczywiste okoliczności, m.in. przyjęcie Bacha do Towarzystwa Nauk Muzycznych w 1747 roku, i dopisał do nich spotkanie, do którego nigdy nie doszło. Nie chodziło mu jednak o poprawianie historii, lecz o pytanie, co dwaj świadomi swojej wielkości artyści mogliby sobie powiedzieć, gdyby wreszcie zostali sami.

Talent po drugiej stronie stołu

Händel ma czym podejmować gościa. Na stole pojawiają się ostrygi, ślimaki, szparagi i szynka, do tego wina i szampan. Gospodarz lubi dobrą kuchnię, ale równie ważne jest wrażenie, jakie zrobi na Bachu. Obfitość ma świadczyć o powodzeniu człowieka, który zdobył pozycję w Anglii i zna smak uznania.

Bach przychodzi z innego świata. Jako kantor przy kościele św. Tomasza w Lipsku kieruje chórem, uczy i odpowiada za muzykę kościelną. Ma liczną rodzinę, mnóstwo obowiązków i znacznie mniej powodów, by chwalić się materialnymi owocami talentu. Jego skromny, za duży surdut wyraźnie odstaje od bogatego stroju gospodarza.

Sławomir Miska pokazuje Bacha jako człowieka nieobytego z salonowymi zwyczajami. Ostrygi i ślimaki okazują się wyzwaniem. Schmidt musi wyjaśnić gościowi, jak się do nich zabrać. Sceny te bawią, ale pokazują też nierówność sytuacji. Händel jest u siebie, Bach musi nauczyć się nawet sposobu jedzenia. Tyle że obycie przy stole nie przesądza o wyniku rozmowy.

Dwóch geniuszy i aktorski pojedynek

Początkowo przewaga należy do Händla. Tomasz Lorek gra gospodarza przywykłego do powodzenia, świadomego swojej pozycji i przekonanego, że potrafi narzucić rozmowie odpowiedni ton. Za uprzejmościami kryją się jednak docinki, a za zainteresowaniem gościem - potrzeba potwierdzenia własnej wielkości. Miska przeciwstawia mu Bacha mniej obytego, chwilami niezgrabnego, ale bynajmniej niepozbawionego dumy. Jego bohater może nie wiedzieć, jak jeść ślimaki, za to doskonale wie, ile jest wart jako kompozytor.

Z czasem Händel przekonuje się, że nie wszystko pójdzie po jego myśli. Bach, choć podziwia jego talent, wcale nie zamierza mu we wszystkim przytakiwać. Händel przypomina dzisiejszego celebrytę, który przywykł do bycia w centrum uwagi i nie najlepiej znosi, gdy ktoś inny również ma coś do powiedzenia. Lubi błyszczeć, imponować i słuchać pochwał. A jednak pod tą pewnością siebie kryje się obawa, że sława nie wystarczy, by przekonać wszystkich o własnej wielkości.

Bach też ma swoje ambicje. Wie, ile jest wart jego talent, i trudno mu pogodzić się z tym, że nie przyniósł mu podobnej sławy ani pieniędzy. Jeden ma to, czego brakuje drugiemu, a obaj doskonale wiedzą, gdzie uderzyć. I chyba właśnie dlatego ich rozmowa brzmi tak znajomo, choć od czasów baroku minęły trzy stulecia.

Lorek i Miska nie sprowadzają swoich bohaterów do ról sławnego artysty i niedocenionego geniusza. Ich bohaterowie bywają próżni, złośliwi i śmieszni, a za chwilę zaskakująco bezbronni. Komizm rodzi się z prób zachowania twarzy, nawet gdy obaj powiedzieli już o sobie za dużo. Wyznanie nie kończy pojedynku, a szczerość bywa kolejną okazją do zadania celnego ciosu.

Między kolejnymi daniami wraca pytanie, z czego właściwie żyje artysta. Czy ważniejsze jest uznanie publiczności, przychylność możnych, czy możliwość tworzenia na własnych warunkach? Bach i Händel wybrali różne drogi, ale żaden nie jest całkiem zadowolony z ceny, jaką za nią zapłacił. Choć często się spierają, bywają też chwile, gdy dochodzą do podobnych wniosków i okazuje się, że więcej ich łączy, niż chcieliby przyznać.

Johann Christoph Schmidt, czyli kto zna Händla od kuchni

W rolę Johanna Christopha Schmidta wciela się Jacek Obstarczyk, znany w Bielsku-Białej muzyk, dyrygent i kompozytor, dla którego jest to debiut aktorski. Jego bohater zna Händla od strony codziennej pracy i zmienności nastrojów. Historyczny pierwowzór postaci, Johann Christoph Schmidt starszy (znany w Anglii jako John Christopher Smith), przepisywał partytury Händla i zajmował się finansami jego działalności muzycznej.

W sztuce Schmidt pozostaje dyskretnym obserwatorem, dobrze znającym przyzwyczajenia i słabości gospodarza. Przy stole pomaga mniej obytemu gościowi, a jego obecność przypomina, że za sukcesem wielkiego artysty stoi również czyjaś codzienna, znacznie mniej widowiskowa praca. Bez ludzi zajmujących się partyturami, organizacją i pieniędzmi niejeden geniusz miałby poważny kłopot z własną wielkością.

Obstarczyk nie rozstaje się jednak z muzyką. Gra na żywo, a na potrzeby spektaklu przygotował improwizacje na tematy utworów Bacha i Händla. Uczestniczy więc w tej kolacji podwójnie: jako człowiek usługujący artystom i jako muzyk. Choć jego bohater pozostaje w cieniu wielkich nazwisk, sam ma istotny udział w budowaniu atmosfery przedstawienia.

„Kolacja na cztery ręce” wraca do Bielska-Białej

Sztuka Paula Barza przyciągała już znakomitych aktorów. W warszawskiej prapremierze w reżyserii Macieja Englerta z 1986 roku Händla grał Czesław Wołłejko, a Bacha - Mariusz Dmochowski. Dwa lata później w krakowskim Teatrze STU Krzysztof Jasiński powierzył te role Janowi Nowickiemu i Jerzemu Bińczyckiemu. W telewizyjnej realizacji Kazimierza Kutza z 1990 roku spotkali się Roman Wilhelmi jako Händel, Janusz Gajos jako Bach i Jerzy Trela jako Schmidt.

Bielska publiczność ma własne wspomnienia. W przedstawieniu Henryka Rozena z 2003 roku wystąpili Adam Myrczek, Kazimierz Czapla i Cezariusz Chrapkiewicz. Dwa lata później tamta inscenizacja trafiła na zamek, zgodnie z zamysłem ówczesnego dyrektora Roberta Talarczyka, by wyprowadzać teatr poza jego siedzibę.

Obecny powrót przypada na 240. rocznicę powstania pierwszej sceny teatralnej w Bielsku, urządzonej z inicjatywy księcia Franciszka Sułkowskiego w dawnym browarze u stóp zamkowej wieży. Przedstawienie powstało we współpracy Teatru Polskiego i Muzeum Historycznego, w ramach programu Bielsko-Biała - Polska Stolica Kultury 2026. Sztukę wystawiono w przekładzie Jacka St. Burasa.

Finał bez pełnej harmonii

Finał należy ponownie do muzyki. Wieczór rozpoczęty Bachem zamyka fragment „Mesjasza” Händla. Bach zarzuca gospodarzowi, że jego muzyka jest zbyt głośna, po czym sam zabiera się do grania. Händel dołącza, rzecz jasna po swojemu. Byłoby zresztą podejrzane, gdyby po tylu uszczypliwościach obaj nagle stali się zgodni i ustępliwi. Ale skoro Bach sięga po muzykę gospodarza, można uznać, że Händel doczekał się komplementu. Nawet jeśli w innej tonacji.

Warto wybrać się do zamku Sułkowskich na tę kolację - choćby po to, by przekonać się, że od baroku zmieniły się głównie stroje. Rozterki pozostały. Apetyt na cudze pochwały również. I wcale nie trzeba być Bachem ani Händlem, żeby coś o tym wiedzieć.

Tytuł oryginalny

Dwóch geniuszy, sporo do udowodnienia. „Kolacja na cztery ręce” wraca na zamek

Źródło:

bielskirynek.pl
Link do źródła

Autor:

Agata Rucińska

Data publikacji oryginału:

26.10.2026

Wątki tematyczne

Sprawdź także