14.06.2021, 14:05 Wersja do druku

Dwa razy chybić to jak raz trafić

"Wujaszek Wania" Antona Czechowa w reż. Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Jagoda Hernik Spalińska w portalu Teatrologia.pl

fot Klaudyna Schubert

Oglądałam to przedstawienie przedwczoraj i gdy dziś o nim myślę, to widzę przed oczami przede wszystkim bardzo jednolitą stylistycznie i kolorystycznie scenę, z wystrojem nudno-brązowawym, i postacie sztuki Czechowa, które wyglądały podobnie nijako. Oczywiście te odróżniające się, czyli Helena i Astrow, się odróżniały, ale bez przesady, bez ostentacyjności. I muszę przyznać, że ten wystrój, który podczas spektaklu jakoś dziwnie mnie męczył, teraz wraca jako znak tego przedstawienia i pozwala mi się wobec niego określić, bo jest wyrazisty i jasny w wymowie. Jak jeszcze dodamy, że wszystkie potencjalne atrakcje jak pianino, książki i Helena są owinięte w folię, czyli nieużywane, to można powiedzieć, ze przekaz jest zbyt jasny, ale gdy dodamy do tego jasnego przekazu wizualnego dobre aktorstwo, to wychodzi razem spektakl, który można długo pamiętać, a to już bardzo dużo.

Zastanawiałam się jednak długo, czy ten wszechobecny na scenie, „sraczkowaty” kolor był niezbędny, ponieważ aktorzy poradzili sobie bez trudu z zagraniem tego tematu, czyli nijakiego, drażniącego swą bezbarwnością życia. Może gdyby dekoracja Anny Marii Karczmarskiej nie była aż tak czytelna w wymowie, to kreacje aktorów by wybrzmiały jeszcze mocniej, może jak na taką „nudną” dekorację jest ona nazbyt skupiająca uwagę, zbyt mocno, nachalnie, interpretująca tekst. Ale teraz widzę, że ten zabieg „robi robotę”, bo zostaje w oczach i z czasem dopełnia, zamyka jak klamrą wrażenia.

Tak więc pokój, który widzimy, jest kompletnie pozbawiony indywidualności, wręcz chorobliwie, nienaturalnie nijaki. W otwierającej scenie doktor Astrow mówi swój monolog w obecności siedzącej długo w niemym stuporze Niani (Jadwiga Lesiak), patrzącej przed siebie pustym wzrokiem. Kiedy doktor po jakimś czasie siada obok i zwraca się do niej bezpośrednio, ta najpierw zaczyna się dziwnie śmiać, a potem jej śmiech przechodzi w szloch. Jest to bardzo, znów aż za bardzo, wyrazista scena, ale na szczęście potem ta jednoznaczność znika i zaczynamy śledzić dość leniwie toczącą się akcję Wujaszka Wani.

fot. Klaudyna Schubert

Reżyserka Małgorzata Bogajewska nie siliła się na jakieś rewolucyjne odczytania starej sztuki, uwspółcześniła tylko stroje postaci, a w zasadzie zuniwersalizowała je. Dzięki temu wszystko było w rękach aktorów i okazało się to bardzo dobrą decyzją, bo postacie są bardzo dobrze obsadzone i zagrane, poza jedną rolą.

Podstawowy czworokąt: Wania, Sonia, Helena, Astrow jest tak dynamiczny, że emocje aż kipią. Pierwszy raz widziałam tak intensywną i wiarygodną relację między Wanią a Heleną. Miało się nieomal wrażenie, że gdyby nie pojawił się Astrow, to Wania miałby szansę u Heleny, która w pustym pożyciu z Profesorem była już w stanie rozwinąć uczucie do jakiegokolwiek zainteresowanego nią mężczyzny. Podobnie relacja między Sonią a Heleną mogłaby przy odrobinie czasu rozwinąć się w relację uczuciowo-erotyczną, bo życie obu dziewczyn jest tego aspektu kompletnie pozbawione. W sumie między dwiema młodymi kobietami była większa chemia niż między nimi a Astrowem. 

Kreacja Roksany Lewak jako Heleny tym bardziej zasługuje na uwagę, że jej scena z mężem, gdy bez najmniejszej zmiany tekstu Czechowa prowokuje go nieskutecznie do zbliżenia, to majstersztyk zarówno reżyserski, jak i aktorski.

Helena ma świetną partnerkę w Soni, ich wspólne sceny nabrały zupełnie nowych znaczeń, i nawet nie mam już na myśli umiejętnie i nienachalnie wygranego podtekstu erotycznego – z ich emocjonalnych i fizycznych zbliżeń z wielką siłą emanowała bezbrzeżna samotność dwóch młodych, pełnych życia kobiet, które nie mają szansy na wykorzystanie swoich potencjałów. To ogromna wartość tego przedstawienia.

fot. Klaudyna Schubert

Trudno byłoby powiedzieć, która z aktorek bardziej rządzi sceną. Maja Pankiewicz jako Sonia wręcz hipnotyzuje swoją postacią. Ma to tę wadę, że słowa Astrowa, iż ona go nie interesuje jako kobieta, brzmią mało wiarygodnie. Poza tym jednak Pankiewicz gra Sonię prostymi środkami, mimo że jej postać cały czas je, i wydawać by się mogło, że ta kompulsja, zwiastująca niedługie przytycie, jest zbyt mocną kreską narysowana. Jednak Pankiewicz robi to tak naturalnie, że widzimy w tym nieustannym podjadaniu raczej dobrze podpatrzony motyw naszej szarej codzienności (zwłaszcza ostatnio), niż wymyślony przez reżysera sposób na interpretację postaci mocnym środkiem.

Podobnie wyrazisty jak Sonia jest Piotr Pilitowski jako Wania. Chwilami męczy, chwilami drażni i dość niewiarygodnie brzmią słowa Astrowa o dawnej, największej w powiecie, błyskotliwości umysłu Iwana, ale na koniec przedstawienia jest już naszym dobrym znajomym, dla którego człowiek by do wulkanu wskoczył, byle tylko mu zrobić przyjemność i choć trochę rozweselić.

Astrow Piotra Franasowicza w tym czworokącie może błyszczy najmniej – tym bardziej przejmująco jawi się sytuacja obu kobiet, które niby panny z Wilka, zakochują się w mdłym Witku, bo nikogo ciekawszego nie ma w okolicy i nie będzie.

Profesor Seriebriakow Kajetana Wolniewicza jest przejmujący w starczej niemocy i wręcz wzruszający w swojej tępej egoistycznej hipokryzji, jednak całkowicie pozbawiony tej zakłamanej atrakcyjności profesorskiej, której powab tak wprowadził w błąd Helenę, że aż za niego wyszła.

Z zupełnie innej historii jest Maria Wojnicka, matka Wani i zmarłej matki Soni, pierwszej żony Profesora. Barbara Szałapak rysuje swoją postać jak z satyry kabaretowej na ”uczone białogłowy”, pociągnięta grubą kreską, wprowadzająca atmosferę taniej parodii, gdy tymczasem w tej postaci tkwią pokłady ciekawego mechanizmu psychologicznego, a postawa Marii Wojnickiej jest źródłem dodatkowego wyobcowania Soni i Wani.

Jedna z sympatyczniejszych i lepiej wymyślonych scen to piosenka Tielegina, którego gra Tadeusz Łomnicki. W ogóle Łomnicki jest wartością dodaną spektaklu ze swoją miłą powierzchownością i ciepłym sposobem bycia, ale wyjaśniając, że żona go zostawiła z powodu jego brzydoty brzmi podobnie niewiarygodnie, jak Sonia, gdy mówi „jestem brzydka”. Nie zmienia to jednak faktu, że obie role są bardzo udane.


fot. Klaudyna Schubert

Czechow grany jest ostatnio wyłącznie w tak zwanym „nowym tłumaczeniu Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej”. Osobiście nie przepadam za tym nowym przekładem, język jest zbyt unowocześniony, zbyt uproszczony, wręcz chwilami „przefajnowany”. Czy żeby dało się odczuć „ponadczasowość” problemów Czechowa, jego postaci muszą używać języka jak z internetu? Jeśli o mnie chodzi daje to odwrotny efekt, efekt obcości, bo nagle myślę: „o, nowe tłumaczenie” i tracę skupienie. Nie mówię, że nie warto robić nowych tłumaczeń, tylko akurat to mi się nie podoba, za bardzo jest podporządkowane tzw. sceniczności, a to przecież nie powinno być chyba jedynym kryterium.

I znowu aktorzy ratują sytuację, bo w ich wykonaniu ten „kazualowy” język brzmiał, gdy trzeba było tragicznie i przejmująco, a czasem publiczność wybuchała śmiechem, jak wtedy, gdy Wania po próbie zastrzelenia Profesora wtoczył się jak pijany na scenę, jęcząc „jaki wstyd, jaki wstyd”, po czym dodał: „dwa razy strzelić i ani razu nie trafić”. I tak to jakoś jest z tym spektaklem, który ma te swoje niby dwie wady ale na koniec wygrywa – dwa razy chybić to jak raz trafić.

Wujaszek Wania. Autor: Anton Czechow; reżyseria: Małgorzata Bogajewska; scenografia: Anna Maria Karczmarska; tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska; muzyka: Bartłomiej Woźniak: reżyseria światła: Dariusz Pawelec. Teatr Ludowy (Scena pod Ratuszem) w Krakowie, premiera 3/5 czerwca 2021,

Tytuł oryginalny

Dwa razy chybić to jak raz trafić

Źródło:

www.teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Jagoda Hernik-Spalińska

Data:

10.06.2021