EN
26.01.2022, 11:07 Wersja do druku

Dość już skomlenia mitycznych Orfeuszy

"ORFI" Michała Buszewicza w reż. autora w Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu. Pisze Wiktoria Tabak, członkini Komisji Artystycznej 28. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. Tobiasz Papuczys / mat. teatru

Nie mogłeś uwierzyć, że byłam kimś więcej niż tylko twoim echem” – pisała Margaret Atwood w ostatniej linijce wiersza Orpheus (1), poetyckiego wyznania w formie listu Eurydyki do Orfeusza. Autorka Opowieści podręcznej dialogowała w ten sposób z greckim mitem, w którym, jak zwykle, nie starczyło miejsca dla kobiecej perspektywy. Eurydyka jest tu „posłuszna, ale zdrętwiała”, zmuszona do bycia z Orfeuszem nawet po swojej śmierci i uwięziona na smyczy wyobrażeń o miłości, dlatego też niektóre interpretatorki traktowały ten wiersz (i analogicznie – mit) jako metaforę przemocowego związku, którego kobiety z różnych powodów nie są w stanie lub boją się zakończyć. Atwood przywraca głos Eurydyce, upodmiotowia ją i tworzy dla niej przestrzeń, w której, inaczej niż w pierwowzorze, może ona snuć swoją narrację i podejmować własne decyzje, jako autonomiczna kobieta, a nie wtórne wobec męskich melodii i grymasów – echo.

Można powiedzieć: banalne albo zadać sobie pytanie o strategie konstruowania opowieści o Orfeuszu i Eurydyce i sposoby ich przedstawiania. Weźmy pod lupę na przykład słownikowe wyszukiwarki. Oxford Reference po wpisaniu hasła „Eurydyka” o mitycznej bohaterce ma do powiedzenia jedynie tyle, że jest „żoną Orfeusza”. Ale już, gdy wpisuję „Orfeusz”, to dowiaduję się, że był on synem Apolla, bohaterem Tracji, a sławę zawdzięczał niebywałemu talentowi muzycznemu – ba, nawet dzikie zwierzęta i potwory przybiegały, by posłuchać jego niezwykłej muzyki. O byciu mężem Eurydyki ani słowa. Cambridge Dictionary nie jest pod tym względem wcale lepszy. Eurydyka – standardowo, żona; Orfeusz – śpiewak i poeta grający na lirze. Cóż innego można byłoby tam jednak znaleźć, skoro w całym micie wszystko podporządkowane jest uczuciom, pragnieniom i niespełnieniom męskiego herosa?

fot. Tobiasz Papuczys / mat. teatru

Potrzeba przetwarzania na nowo powszechnie znanych i utrwalonych w kulturowym kanonie historii jest dziś spora i tej potrzebie wychodzi naprzeciw Orfi (pokazywany pierwotnie online, a od niedawna także na żywo wraz z publicznością) w reżyserii Michała Buszewicza na podstawie tekstu luźno inspirowanego Poematem w Obrazkach Dino Buzzatiego. Z dziełem włoskiego pisarza, oprócz imion bohatera oraz bohaterki, wałbrzyski spektakl łączy jeszcze tylko punkt wyjścia, taki sam jak w micie, czyli zniknięcie Eury. Scenariusz Orfiego umieszczony jest jednak w innych rejestrach niż Poemat w Obrazkach; więcej uwagi poświęca krytycznemu namysłowi nad męskim narcyzmem niż budowaniu kolażu z intertekstualnych odniesień i portretów nagich kobiet zastygłych w rozerotyzowanych pozach. Znaczący wydaje się więc fakt, że tę pierwotnie męskocentrycznie zorientowaną historię przedstawia tu Irena Sierakowska. To jej monodram i to ona jest Orfim, a pod koniec także odzyskującą głos Eurą, którą do tego momentu, symbolicznie, grać będzie taboret wyglądający jak zaginiona kuzynka Muppetów.

Zacznijmy jednak od początku: Orfi mieszka w domu, w którym ktoś kiedyś popełnił samobójstwo. On sam też jest już na skraju załamania nerwowego, bo nie może pojąć, dlaczego odeszła od niego ukochana. Może nie był do końca wierny i może nie zważał na jej potrzeby, ale jest w końcu utalentowanym, przystojnym, zabawnym i bardzo sławnym artystą piosenkarzem, więc można mu wybaczyć i odpuścić. Orfi tworzy piosenkę, którą ma zamiar wzbudzić zazdrość u Eury, ale nie wszystko idzie po jego myśli. Postanawia udać się po byłą partnerkę do mitycznego Hadesu i tak tam krąży i krąży, ale znowu ktoś krzyżuje jego plany. U Buszewicza, podobnie jak u Atwood, Eura nie wraca przede wszystkim dlatego, że wracać po prostu nie chce, czego tytułowy bohater nie jest w stanie zrozumieć, a już tym bardziej zaakceptować. Skonfundowany powraca do domu, a po jakimś czasie natrafia na Bachantki, które – bez zbędnych sentymentów – odrywają mu głowę. „Widocznie jego muzyka jest już passé” – pada w finale.

Sierakowska w roli Orfiego chodzi rakiem, chowa się za kotarami, kieruje swoje kwestie do kamery, z której obraz wyświetlany jest na scenografii (stworzonej przez Dorotę Nawrot) przypominającej namiot (a właściwie – labirynt) złożony z kolorowych tkanin, wielokrotnie się przebiera, parodiuje tradycyjnie utożsamiane z mężczyznami gesty czy zachowania, robi sobie zdjęcia i gra na instrumencie. Słowem: prezentuje wachlarz aktorskich umiejętności. Ale w ostatniej sekwencji nie wypowiada już żadnej kwestii – ani jako Orfi, ani jako Eura – tylko tańczy w towarzystwie dźwięków skomponowanych przez Krzysztofa Chodkiewicza i Patryka Banacha. Porusza się, jakby rozrywała niewidzialne konwenanse ograniczające nieskrępowaną ekspresję (za choreografię odpowiedzialna była Marcela Lopez), jak gdyby poczuła ulgę, że powoli znika klaustrofobiczny świat, w którym reguły gry dyktowane są przez nieomylnych patriarchów, i że taki porządek rzeczy przestaje być przezroczysty i uznawany za właściwy czy niekwestionowany.

Skonstruowaną w ten sposób narrację da się, w moim odczuciu, potraktować nie tylko jako próbę dialogowania ze znaturalizowanymi wzorcami toksycznej męskości, ale również jako głos w dyskusji na temat tego czy symboliczna pozycja w świecie kultury i sztuki – przekładająca się przecież na realną władzę – może stanowić podstawę dla stosowania taryfy ulgowej wobec uznanych artystów, czy nie może. Wałbrzyski spektakl jest też swego rodzaju kontynuacją myślową wcześniejszego projektu Buszewicza, czyli Autobiografii na wszelki wypadek, w której za pomocą osobistej, autobiograficznej – choć pełnej napięcia między fikcją i nie-fikcją – historii przyglądał się on, między innymi, różnym modelom męskości..

Orfi to spektakl świetnie zagrany, lekki i zabawny, choć bazujący na prostym pomyśle. Nie wiem, jakie repertuarowe losy czekają to przedstawienie, ale fajnie byłoby je pokazywać uczniom i uczennicom wraz z pedagogicznym wprowadzeniem albo debatą na temat kulturowo utrwalanych reprezentacji płciowych i możliwości ich destabilizacji. To w końcu mity, którymi karmimy się od początków edukacji, dobrze jest wypracowywać narzędzia do ich konstruktywnego przetwarzania.


Michał Buszewicz ORFI. Reżyseria: Michał Buszewicz, scenografia: Dorota Nawrot, choreografia: Marcela Lopez, muzyka: Krzysztof Chodkiewicz, Patryk Banach. Prapremiera w Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu 18 grudnia 2021.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne