„Little” w reż. Małgorzaty Wdowik we Wrocławskim Teatrze Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego. Pisze Michał Derkacz w portalu wroclaw.dlastudenta.pl.
20 marca 2026 roku we Wrocławskim Teatrze Pantomimy odbyła się premiera spektaklu „Little” w reżyserii Małgorzaty Wdowik. Jest to zbiór scen z życia dojrzewającego chłopca, który w realiach lat 90-tych szuka ucieczki od problemów (brak wzorców, poczucie niedopasowania, kiepskie relacje z matką) w świecie fantazji oraz tłumi niepokój muzyką zespołu Prodigy. Jego narastająca frustracja, mieszająca się z wybuchami złości, sprawia, że niezbędny staje się „drugi on” – starsze alter ego, które teoretycznie lepiej odnajdzie się w stresujących sytuacjach, ale czy na pewno?
„Little” to dość wymagające przedstawienie, pełne niedopowiedzeń i pozbawione jasnych odpowiedzi. Z jednej strony nie podaje nam na tacy interpretacji (choćby tego, dlaczego całość rozgrywa się w wodzie), a sama historia też nie ma typowej fabuły, za którą widz mógłby podążać. To raczej 90-minutowa sklejka scen z życia nastolatka, którego myśli widzimy w postaci zmieniających się napisów na ścianie.
Z drugiej strony mamy tu sprzeczność, bo wspomniane niedopowiedzenia kontrastują ze sposobem realizacji kolejnych scen. Te dalekie są od typowej dla teatru pantomimy umowności gestów czy interakcji z nieistniejącymi fizycznie obiektami i rekwizytami. W „Little” postawiono na szokowanie i to już od pierwszej sceny, kiedy dwie dziewczynki sikają do wody, a później także niewiele jest pozostawione naszej wyobraźni, bo nawet scena pierwszego seksu (swoją drogą najlepsza w całym przedstawieniu) jest odgrywana z udziałem sztucznego penisa, a kilkukrotne ściąganie majtek stanowi tu niemal refren tak silny jak kolejne kawałki Prodigy.
Dla wielu osób problematyczna może być także scena z paleniem prawdziwych papierosów (kilku jednocześnie), bo dym błyskawicznie dostaje się na widownię. Gdzie jak gdzie, ale w pantomimie można było to zagrać, a nie pokazać dosłownie (wzorem niech będzie „Lubiewo” z teatru WTW).
To wszystko ewentualnie można by zaakceptować, gdyby spektakl niósł ze sobą większy i bardziej zróżnicowany ładunek emocjonalny. Jeśli komuś głośna muzyka i cytowanie „Podziemnego kręgu” (aktorom gratulujemy „sześciopaków”) wystarczy to będzie się dobrze bawił, ale osoby oczekujące dzieła pokroju nagradzanego „Niepokój przychodzi o zmierzchu” (tej samej reżyserki) będą rozczarowane… brakiem treści.
„Little” trwa 90 minut, ale gdyby wycisnąć meritum jak cytrynę, spokojnie ten sam przekaz można zrobić w 30. Każda scena jest tu niemiłosiernie rozciągnięta, a aktorzy powtarzają te same czynności po 8-10 minut, co potrafi dłużyć się w nieskończoność. Jeśli to ma jakiś ukryty przekaz (a pewnie ma), to trudno go dostrzec bez pytania „co autor miał na myśli”. Podobnie jest z wodą – wygląda fajnie, ale bez wiedzy, że to metafora myśli chłopaka, jest tylko sztuką dla sztuki, a i tak jak na teatr ruchu, mało mamy tutaj pomysłowych scen, w których ta woda byłaby znaczącym rekwizytem. Akcja dzieje się w niej i tyle...
Doszukując się zalet „Little”, trzeba przyznać, że obsada (częściowo gościnna) tradycyjnie już we Wrocławskim Teatrze Pantomimy nie zawiodła, dostarczając nam kilku świetnych momentów. Obok znakomitego małżeństwa Karoliny i Jakuba Pewińskich ponownie zachwycać można się umiejętnościami Anny Nabiałkowskiej oraz Jana Kochanowskiego, którzy dla fanów klasycznej pantomimy są jak bezpieczna przystań podczas potężnego sztormu.
Nie można również odmówić temu przedstawieniu siły ponadczasowego przekazu. Choć patrzymy na nastolatka z lat 90-tych, to często (i bez względu na wiek) możemy przeglądać się w jego perypetiach jak w lustrzanym odbiciu. Gdyby tylko wymienić jego walkmana na smartfona ze Spotify, różnica zatarłaby się całkowicie, bo kiedy chodzi o dorastanie, schematy społeczno-biologiczne nie wydają się jeszcze przeterminowane.