10.07.2021, 08:30 Wersja do druku

Do czego Proustowi potrzebny był teatr? (W 150. rocznicę urodzin)

W poszukiwaniu straconego czasu nie jest dziełem napisanym na scenę, ale samo jest sceną i teatrem, dlatego kusi inscenizatorów do pokazywania go teatralnej publiczności. Pisze Waldemar Matuszewski.

To niezwykłe dzieło literackie pisane przez autora przykutego chorobą do łóżka jest w istocie „teatrem w łóżku”. Kluczem do takiego spojrzenia na arcypowieść Marcela Prousta jest postać Cioci Leonii – tej, która w Combray częstowała bohatera powieści w jego dzieciństwie rozmoczonymi w naparze z kwiatu lipowego ciasteczkami zwanymi magdalenkami.

Ciocia Leonia spędzała pod koniec życia cały swój czas w pościeli, mając przy boku wierną i lojalną służącą Franciszkę - tworząc i rozgrywając swój teatr wyobraźni, którego była reżyserem i aktorem:

Aby uczynić od czasu do czasu swoje życie bardziej interesującym, ciocia poprzestawała na katastrofach urojonych, które wprawiała w ruch i śledziła z namiętnością. Lubiła nagle przypuszczać, że ją Franciszka okrada, że ona się ucieka do podstępu, aby się o tym przekonać, że ją łapie na gorącym uczynku. Przyzwyczajona, kiedy grała sama ze sobą w karty, grać równocześnie za siebie i za przeciwnika, sama wkładała w usta Franciszce mętne usprawiedliwienia i odpowiadała na nie z takim ogniem i oburzeniem, że kiedy ktoś z nas wszedł w tej chwili, zastawał ją całą spoconą, z błyszczącymi oczami, z fałszywym kokiem przekrzywionym i odsłaniającym jej łyse czoło. (tłum. Tadeusz Boy-Żeleński)

Pisarz, osłabiony chorobą, żyjąc na przekór rytmowi dnia i nocy, sam stał się taką Ciocią Leonią i – kto wie – czy raz po raz nie naśmiewał się sam z siebie pisząc swoje genialne dzieło, układając swoje scenariusze i bawiąc się swoimi postaciami niczym lalkami, które spotkamy na koniec całej opowieści zdeformowane przez czas – groteskowe, pomięte i upudrowane – na koncercie w salonie księżnej de Guermantes, niczym w teatrze śmierci Tadeusza Kantora lub Janusza Wiśniewskiego.

Arcypowieść Marcela Prousta od dawna kusi twórców teatralnych (także filmowych). Przygotowując na przełomie lat 80. i 90. XX wieku (wespół z Robertem de Quelen) najpierw scenariusz adaptacji zatytułowanej „Ach, Combray!...” a następnie na jej podstawie spektakl na scenie Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy (premiera w kwietniu 1991 r.), nie spodziewałem się, że powiązanie W poszukiwaniu straconego czasu z teatrem będzie tak trwałe. Wielkie znaczenie dla sukcesu tamtej realizacji miało wsparcie ze strony wielkich aktorów (m.in. Ryszarda Hanin w roli Cioci Leonii, Joanna Bogacka – jako Babka, Aleksandra Konieczna – Matka, Jarosław Gajewski – Marcel) i całego zespołu Teatru Dramatycznego. Proust zaczarował wtedy nas wszystkich, a nad skupioną pracą reżysera i zespołu nad tą delikatną niczym chińska porcelana materią, czuwał dyrektor Maciej Prus. Po próbie generalnej dyrektor powiedział: „Ten spektakl jest czuły!” Czy może być lepsza ocena dla spektaklu teatralnego? Czy nie do tego właśnie powinien służyć teatr?

Kiedy się już Prousta pokocha – to na całe życie. W kilka lat później, we współpracy gorzowskiego Teatru im. J. Osterwy i poznańskiej Sceny Na Piętrze, piszący te słowa przygotował kolejną adaptację francuskiej arcypowieści - tym razem tylko na dwoje aktorów pt. Ach, ten Marcel!... Grzegorz Emanuel zagrał tytułowego Marcela, Barbara Wrzesińska wcieliła się w postać Franciszki (Celesty Albaret – służącej Prousta do ostatnich jego dni – zarazem). I znowu był „teatr w łóżku Cioci Leonii”, bez której chyba nie można zrobić adaptacji W poszukiwaniu straconego czasu. Marcel Proust ze swoim wyrafinowanym poczuciem humoru zdawał sobie sprawę z faktu, że – w swojej chorobie - sam stał się w końcu Ciocią Leonią oglądającą świat z łóżka. Grzegorz Emanuel jako pisarz i zarazem główny bohater swojej powieści zadawał Barbarze Wrzesińskiej jako służącej Franciszce wiele postaci do zagrania – pisarz i jego wierna służąca wypróbowywali na sobie krwistość (i poczucie humoru, lub jego brak) tworzonych prze niego postaci. „Piętrowa” konstrukcja tej teatralnej zabawy pozwalała im wymieniać się rolami, żonglować postaciami arcypowieści. Obydwie obecne doniosłe rocznice Marcela Prousta: 150. urodzin (w roku 2021) i 50. śmierci (w roku 2022), lub po prostu tęsknota reżysera za jego światem pełnym czułości i humoru, kazały powrócić do teatralnego ujęcia jego wiekopomnej powieści. Tak powstała (znowu we współpracy z Robertem de Quelen) adaptacja o tytule wziętym z samego tekstu dzieła: Nie chcę matki piękniejszej od mojej!... Znowu jesteśmy w sypialni pisarza, który już bez zbędnych tłumaczeń wchodzi w rolę Cioci Leonii i rozmawia z wyimaginowaną Franciszką-Celestą: „Wyobraź sobie, Franciszko, że widziałam – tak jak ciebie teraz widzę…”. We wspomnieniach (cała powieść jest teatrem wspomnień) przychodzą postaci najbliższych, najbardziej ukochanych: Babka, Matka i Ojciec. Pisarz jako Marcel – syn i wnuk – partneruje im w scenach i epizodach pełnych czułości i wzruszenia. Teatr Prousta – to odnaleziony ten niegdyś utracony czas (czułości).

Źródło:

Materiał nadesłany