EN
23.03.2022, 09:42 Wersja do druku

Czterdzieści i cztery owacje na stojąco dla „Dziadów” z Krakowa

„Dziady” Adama Mickiewicza w reż.  Mai Kleczewskiej z  Teatru im.  Słowackiego w Krakowie na XXVIII Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi.

fot. Bartek Barczyk

Łódzki XXVIII Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych rozpoczął się w Krakowie wydarzeniem, które było jak wystrzał z armaty. Pociskiem wyładowanym, zawsze wygrywają-cymi, teatrem i wielkim dziełem literatury.

„Dziady” Adama Mickiewicza pozostają tekstem ponadczasowym. Są lustrem, w którym co jakiś czas możemy się przejrzeć, by po raz kolejny uzmysłowić sobie, iż wszystko, czego w naszej rzeczywistości nie znosimy, zawdzięczamy samym sobie. To właściwie oczywistości, ale spektakl „Dziady” w reżyserii Mai Kleczewskiej, wystawiony na scenie Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie, przypomniał nie tylko geniusz dramatu wieszcza, lecz wykazał również, że wraz ze zmieniającymi się okolicznościami (a nawet im wbrew) pokonuje on wszelkie doraźne proklamacje, które autorzy czy interpretatorzy inscenizacji postanawiają w nią wpisać. Każda fraza pulsuje siłą i oddziałuje na to, w czym żyjemy. Wystarczy- i to jest podstawa wysokiej jakości przedstawienia Mai Kleczewskiej - trzymać się tekstu, pozwolić mu wybrzmieć, nie dopuszczać się jego detronizacji i dekonstrukcji oraz mieć aktorów, którzy potrafią go powiedzieć.

fot. Bartek Barczyk

Porywający energią i potęgą spektakl Teatru im. J. Słowackiego opowiada o niezmiennie podzielonej ojczyźnie - tu na Polskę mającą poczucie odrzucenia, pragnącą zachować swe obrzędy i trzymającą się kurczowo własnych przyzwyczajeń, dla uproszczenia uznanej za konserwatywną oraz Polskę salonów, skoncentrowaną na egoistycznej wygodzie, najchętniej unikającą styku z drugą stroną. Ale też o rodzeniu i rozprzestrzenianiu się zła, czy bardziej - ponurym godzeniu się na jego starania; o przeszłości, która ciągle objawia się upiorami, miast oczyszczeniem i mądrością. Przedstawienie jest zarazem przejmującym wołaniem o uwagę, autentyczne dostrzeżenie i wysłuchanie tych, którzy byli pomijani, pogardzani, zbywani, których krzywdy zamiatano pod dywany. Ból i rozpacz rozpościera się tu tuż przed nami, poddaje próbie odczuwanie. Teatr woła, że brak reakcji zamienia nas w monstra równe tym, które potworności zadają.

Reżyserka - w imponująco dojrzały sposób rezygnując z efekciarstwa, które przydarzało się jej dotychczasowym pracom - pokazała, że Mickiewicz, jeżeli pozostaje się mu wiernym, grzmi prawdziwie i dobitnie także, gdy wydobędzie się go z obramowań tradycji. W świetnie zrealizowanej scenie w celi Konrada (kapitalnie i oryginalnie uzasadniającej użycie technologii wideo w teatrze), więźniami są kobiety, pokiereszowane przez oprawców. Ich krzyk: Tak! Zemsta, zemsta, zemsta na wroga, z Bogiem i choćby mimo Boga!, powinni usłyszeć wszyscy kobiet wrogowie - szczególnie ci uśmiechający się z lekceważeniem.

fot. Bartek Barczyk


Podobnie pomysł, by Konradem w wielkiej improwizacji była przygnieciona doświadczeniem kobieta opierająca się na kulach (zapierająca dech Dominika Bednarczyk), wzbogaca wadzenie się z Bogiem o jeszcze jedną emocję. Oczywiście, można w tak pomyślanej postaci doszukiwać się Janiny Ochojskiej, co w listopadzie ubiegłego roku, gdy spektakl miał premierę, było pewnie i zgodne do pewnego stopnia z intencją autorki inscenizacji. Ale teatr jeszcze raz pokazał jak żywą jest sztuką i wyniósł tę figurę ponad bieżące dywagacje, czyniąc ją symbolem cierpienia, poza płcią i z płcią związanego, gdy widzimy, jak wojna doświadcza kobiety i ich dzieci. Jak znacząco brzmi głos kobiety, która mówi, że po bitwach na rozumy, ona wyzwie Go na serca. „Wiedz, że uczucie spali, czego myśl nie złamie” - w dłoniach kobiety staje się naprawdę nową bronią w świecie tak źle ułożonym, przez mających się za tak rozumnych...

Maja Kleczewska rozprawia się z wszelkimi formami opresji, lecz znów - pozwala teatrowi pokonać publicystykę. Nawet w mocnych scenach z księdzem i dziewicą, czy egzorcyzmów, nie czyni spektaklu li tylko antykościelnym, ku uciesze części publiczności, tylko poddaje krytyce postawy, znajome każdej instytucji, kiedy to wykorzystuje się funkcyjną przewagę, by pohańbić słabszych.

Podobnie zabierając nas do rezydencji senatora, reżyserka łaja deprawację władzy, wszelkiej władzy, a właściwie władzuni, która zatraca się w przywilejach i zabawkach władzy przypisanych, panoszy swoją nikczemnością. Całość oddana teatrowi w finezyjnie rozegranych scenach podpisywania wyroków, z panią Rollison, czy balu u senatora. I w mistrzowskiej, brawurowej roli Jana Peszka - to można zrobić tylko inaczej, bo lepiej już nie.

Krakowskie „Dziady” to zresztą popis całej trupy aktorów, która działa tu jak wspaniale pokierowana i zespolona maszyna, kreująca na scenie absolutnie zawłaszczający widza świat.

A przecież wszystko zaczyna się od „dziadów”, z udziałem mieszkańców naszego kraju, wyborców, zwartych w sporze, w który dali się wmanipulować, by szarpać ciało na sztuki pana, którego wcześniej panem uczynili. Może ku przestrodze panów współczesności?

Taki teatr jest nasz. Ludzi, którym teatr jest potrzebny, jak oddech. I taki teatr nam i teatrowi, dobrze pozostawić.

PS.: Doskonale się stało, że Teatr Powszechny zorganizował wyprawę festiwalowych widzów do Krakowa, bo w tym spektaklu „gra” całe zachwycające wnętrze teatru o narodowym znaczeniu.

PS.: W związku z wojną u naszych sąsiadów, spektakl został wzbogacony o dodatkowy prolog - tekst „Do przyjaciół Moskali” (który w tym kontekście brzmi szczególnie wstrząsająco) wygłaszają aktorzy pochodzenia ukraińskiego. Podczas festiwalowej prezentacji był to student AST w Krakowie Vitalik Havryla. Slava Ukraini.

Tytuł oryginalny

Czterdzieści i cztery owacje na stojąco dla „Dziadów” z Krakowa

Źródło:

„Dziennik Łódzki” online

Link do źródła

Autor:

Dariusz Pawłowski

Data publikacji oryginału:

22.03.2022