„Czarna komedia” Petera Shaffera w reż. zespołu w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Michał Derkacz w portalu wroclaw.dlastudenta.pl.
Zawód reżysera umiera na naszych oczach, a dzieje się to przy akompaniamencie oklasków i śmiechu. Od 10 kwietnia 2026 roku Scena na Świebodzkim Teatru Polskiego we Wrocławiu staje się miejscem akcji nowej komedii w repertuarze, którą zrealizowano (planowo!) bez udziału reżysera. Fakty są jednak takie, że zespół artystyczny poradził sobie doskonale, ogarniając wszystko samodzielnie, a „Czarna komedia” może stać się początkiem nowego trendu w podejściu do tworzenia przedstawień. Wrocławska instytucja pod okiem Michała Zadary oferuje nam kolejny eksperyment i znów wychodzi z niego obronną ręką, a wyjątkowość omawianego przedstawienia wcale się na tym nie kończy.
„Czarna komedia” Petera Shaffera w Teatrze Polskim we Wrocławiu to klasyczna farsa, działająca w oparciu o jeden, główny motyw – umowę z widzem, że kiedy na scenie jest całkiem jasno, to znaczy, że w miejscu akcji (mieszkaniu Brindsley’a - głównego bohatera) panują egipskie ciemności i na odwrót. Dzięki temu widownia doskonale widzi, co robią bohaterowie przedstawienia, którzy teoretycznie nie widzą absolutnie niczego.
Ten patent jest głównym źródłem zabawnych sytuacji, ale to mogło się udać tylko i wyłącznie pod jednym warunkiem – obsada spektaklu zagra na tyle wiarygodnie, że widownia uwierzy, że poszczególne postacie nic nie widzą. Ten warunek zostaje spełniony w sposób brawurowy! To iście imponujące, jak aktorzy, widząc przecież wszystko, zachowują się jakby faktycznie panowała całkowita ciemność.
Na początku naturalnie głównym źródłem śmiechu na widowni są kolejne potknięcia się czy wpadnięcia na siebie bohaterów, ale na szczęście nie jest to jedyny pomysł twórców na rozbawienie nas. Później, gdy już farsa i lawina nieporozumień nakręca się jeszcze mocniej, bawią nas kompletnie inne sytuacje. Bohaterowie co prawda nieco przyzwyczajają oczy do ciemności, a i źródeł światła nieco przybywa, natomiast nieustannie zmieniające się elementy scenografii (np. podmiana mebli) powodują kolejne humorystyczne momenty.
„Czarna komedia” bawi nie tylko poprzez komizm sytuacyjny w zachowaniu bohaterów w ciemnościach. Spektakl wyraźnie chce drążyć temat ludzkich postaw w sytuacji, kiedy obgadujemy kogoś bez świadomości, że obgadywana osoba wszystko słyszy. Do tego dochodzą zachowania, gdy sądzimy, że nikt nas nie widzi. Branie jednej osoby za drugą (w zachowaniu oraz w dialogach) jest tu zatem kolejnym źródłem komicznych nieporozumień.
Od strony aktorskiej „Czarna komedia” to wielki popis całej obsady, ale tutaj po prostu musimy wyróżnić panie! Beata Śliwińska ujawnia ogromny talent komediowy, kreując swoją Carol w sposób niezapomniany i w zasadzie trudno skupić wzrok na innych postaciach, bo scena i tak wydaje się przez nią zaanektowana. Fantastycznie gra także Agata Skowrońska, której wcześniej nie podejrzewaliśmy o to, że jest w stanie pokazać takie niepohamowane niczym szaleństwo sceniczne (Pani Agato - przepraszamy!). To na sto procent jest performance, który zostanie z nami na dłużej.
Trzeba jeszcze powiedzieć o Marice Klarman-Gisman, której Clea to wulkan energii i jedna z najciekawszych postaci całego przedstawienia, która jako jedyna porusza się w ciemnościach jak ninja (lepiej od samego Brindsley’a), znając przecież to mieszkanie doskonale. Scena, w której Clea udaje (mówiącą gwarą śląską) sprzątaczkę to czyste złoto!
Jak ostatecznie widzi nam się „Czarna komedia”? Tytuł ten możemy polecać wam w ciemno, a jeśli chcecie, aby podać jakieś szczególnie podświetlone wady tej produkcji, to po chwili zastanowienia… nie widać ich!