09.11.2020, 12:19 Wersja do druku

Coś na niby, coś na bank

Piotruś Pan i Jakub Hak wg. J.M. Barriego w reż. Magdaleny Miklasz w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Pisze Artur Grabowski w portalu Teatrologia.info.

fot. Bartek Barczyk

Na spektakl dla dzieci pójdziemy tym razem do banku… Bo będzie bezpieczniej w ten czas morowy? Bynajmniej, gmaszysko wprawdzie monumentalne, ale wydzielona do grania salka skromna, ciasnawa; dystansu pandemicznego zachować w niej nie sposób. To może ma być dziwniej? Bardziej jakoś nowocześnie, postdramatycznie? Zaiste, dramatu będzie tu jak na lekarstwo, teatralność zaś tak prosta w swoim ubóstwie, że mimowolnie symboliczna w kontekście świątyni pieniądza. Na dodatek morał – bo morał w bajce być musi – że niby liczy się „wartość” niewycenialna w złocie, w imprezie sponsorowanej przez bank wybrzmiewa już nawet nie ironicznie, lecz wprost niewiarygodnie. Jeśli jeszcze dodać do tego amatorskie grepsy aktorskie, chaotyczną, a właściwie żadną reżyserię, nieudolnie udramatyzowaną historyjkę, to właściwie należałoby uznać całe to udawanie za dowód tryumfu mieszczańskiej popkulturki nad mitycznie baśniową treścią i nad artystyczną formą. Może nawet o to chodziło twórcom post-bajki w post-teatrze… I nie jest to wcale najgorsza wiadomość, bo lepiej żeby była jednak jakaś treść w tym przekazie, niż żeby się miało potwierdzić podejrzenie o zwyczajne niechlujstwo w artystycznym rzemiośle.

Jednym słowem: opuszczając bankową scenę – znudzony, zmęczony i rozczarowany – miałem wrażenie straconej szansy na relaksującą zabawę i na wymagającą sztukę zarazem. Bo przecież oryginalna historia o chłopcu niezamierzającym dorosnąć jest nie tylko urokliwa, ale i subtelnie symboliczna, zawiera portrety postaci psychologicznie skomplikowanych, niejednoznacznych, świetnie nadających się na protagonistów odważnej dekonstrukcji, niebanalnego remixu czy odświeżającej kontekstualizacji. Ot, choćby temat chłopięctwa i męskości. Czyż nie domaga się refleksji w kontekście współczesnych obyczajów i uwrażliwień na specyfikę płci kulturowej? A może jeszcze dalej się posunąć? Na przykład w kierunku seksualnych skojarzeń, jakimi nasiąknięty jest obraz świata przedstawionego w tej modernistycznej powieści? Albo w kierunku antropozoficznych i proto-psychoanalitycznych symboli, które sąsiadują z post-wiktoriańskim purytanizmem i kwietyzmem chrześcijańskim? A jeszcze ten imperialny stosunek do „dzikusów”! Naprawdę wolałbym zobaczyć jakieś ryzykowne polityczne manipulacje niż stereotypy na temat emocjonalnego „świata fantazji” tłamszonego jakoby przez racjonalną „dojrzałość”, bo jak zwykle ta pierwsza okazuje się odwiecznym „prawem do nieskrępowanej wyobraźni”, a ta druga wyrazem staroświeckiego poczucia odpowiedzialności.

Szkoda, że Maciej Podstawny, autor scenariusza, nie skorzystał z szansy na grę tymi wieloznacznościami, a zamiast tego dał się ponieść manierycznym roztrząsaniom znaczenia trudnych słówek (za trudnych dla kilkuletnich dzieci i zbyt oczywistych dla ich rodziców), oraz doraźnym aluzjom do własnej erudycji. Szkoda, bo przecież Piotruś, którego przydomek „Pan” pochodzi nie od słowa „Mister”, lecz nawiązuje do boga natury z greckiej mitologii, to w istocie bohater nowoczesnego mitu o utracie podmiotowości, związanej z kryzysem męskości i z załamaniem się poczucia rzeczywistości, jakie przyniosło uświadomienie sobie cywilizacyjnej izolacji zachodniej kultury, czego wyrazem jest choćby współczesna świadomość postkolonialnego dziedzictwa w sferze nie tylko polityki, ale zwyczajnie mentalności każdego z nas. Daleki jestem od apologii politycznie poprawnych korekt w utworach klasyków, ale to, w co bawią się twórcy tego spektaklu zabawne nie jest… Czuję bowiem, że za pozornie niewinnym dystansem do przygodowych powieści dla młodzianków kryje się poczucie wyższości mieszkańców „cywilizowanej” części globu nad „zacofaną” częścią ludzkości, która wciąż infantylnie wierzy w bajki. „Murzyńska” czaszka na środku sceny nie jest nawet ikonką z gry komputerowej, jest prostą karykaturą „idiotyzmu” prostaka.

fot. Bartek Barczyk

Wrażenie bylejakości, a nawet estetycznej wulgarności, pogłębia jeszcze oczywistość pomysłów scenografa (Mirek Kaczmarek) i bezradność aktorskich kreacji, które osiągnęły poziom co najwyżej dydaktycznej zabawy dla przedszkolaków. Nie całkiem to wina komediantów, raczej Marty Miklasz, reżyserki przecież w takich produkcjach doświadczonej, niedającej wykonawcom solidnych podstaw do grania, co powoduje, że albo wygłupiają się bezsensownie, albo uparcie powtarzają manieryczne gesty, albo nudzą się, czekając na swoją kolej w serii cyrkowych numerków. Oczywiście dzieciaki zaśmieją się czasem, bo przecież to z miłości do nich ta klaunada się dzieje, więc empatycznie odpowiadają na wysiłki dorosłych. Ale większość z nich po półgodzinnym asystowaniu kolejnym wybuchom wściekłości kapitana Haka (Maciej Jackowski) i skrzekliwych eksklamacji jego asystenta Plamy (Krzysztof Piątkowski), misiowatej ospałości Piotra Dorosłego (Tomasz Międzik), powtarzanym do znudzenia wygibasom Dzwoneczka (Anna Obszańska) i niezdarnym, chociaż chyba najszczęśliwszym w tym zespole, próbom wykrzesania z siebie jakiegoś entuzjazmu prezentowanym przez Martę Walderę w roli Wendy, zaczyna łazić między krzesełkami po bankowych posadzkach, słabo reagując na próby wciągnięcia ich do współtworzenia Nibylandii w niby-teatrze, na niby artystycznej wyspie, korzystającej z łaski niby przyjaznego jej oceanu globalnej finansjery.

Czy nie za dużo wymagam od bajeczki dla dzieci? Ależ to jest produkcja poważnej sceny z ambicjami! Sceniczna twórczość dla dziecięcej widowni ma w Polsce znakomitą tradycję; w Krakowie działa teatr Groteska, który wszak zawsze chciał traktować dziecięcą publikę jak pełnoprawnych uczestników kultury, w Krakowie odbywa się festiwal „teatru formy”, również w dużej części wypełniony spektaklami dla dzieci, a przecież właśnie nielekceważącymi ich artystycznego zmysłu. Tymczasem w przypadku autorów Piotrusia mam wrażenie, że udają oni, jakoby faktycznie mieli coś do zaproponowania najmłodszym widzom. Niby dopisują dalszy ciąg do znanych przygód znanych postaci (Chociaż, czy na pewno wszyscy czytali?), bo przecież główny bohater wraca na wyspę, z której emigrował, ale w sumie nic to nie zmienia. Wciąż mamy ten sam schemat fabularny: porwanie, pojedynek, ratunek, a w międzyczasie towarzyszymy nudzie bezczynnych chłopaków i frustracjom starego pirata. Dobrze choć, że Dzwoneczek w zgrabnym wcieleniu pogrywa sobie śmiało z Piotrem Panem, podstarzałym banksterem na wakacjach. Dobrze, że poczciwa Wendy z zaangażowaniem wciela się w narratorkę, żebyśmy zanadto nie popadli w iluzję. Ale i ten metateatralny chwyt, tak przecież pasujący do nietypowej przestrzeni gry, zdaje się pozbawionym głębszego uzasadnienia pomysłem, a nawet po prostu rezultatem słabej dramaturgii.

Wszystko to jakoś nieprzekonujące, bo podane z wyczuwalnym grymasem ironii wobec prezentowanego świata. Jakby autor tej opowieści nie wierzył w prawdziwą wartość tego, co mają do przeżycia mieszkańcy Nibylandii, jakby krainy marzeń po prostu nie było – nie było dla dorosłych, tak jak dla nich nie ma Świętego Mikołaja. Podejrzewam, że oto mimowolnie jawi się przed nami opowieść o świecie ludzi niezdolnych do odnalezienia w sobie dziecięcej wrażliwości, niezdolnych do zaktywizowania w sobie chłopięcych marzeń. Kim zatem są prawdziwi bohaterowie dramatu skrywającego się w banalnym spektaklu dla dziatwy? Wyciągnięty z banku Pan Piotr bez większych oporów da się namówić dawnej kochance na powrót do przeszłości, a ona okaże się oszustką z wyrzutami sumienia, zaś jego pokoleniowi towarzysze ochoczo pobawią się znowu w wojowników, jak to mają w zwyczaju mężczyźni w kryzysie wieku średniego. Bajka jest niewiarygodna, bo w istocie nie jest bajką, lecz prawdziwym obrazem odczarowanej rzeczywistości społeczeństwa, które jak u siebie czuje się i w banku, i w miejskim teatrze.

Może dlatego oklaski były wątłe, nawet jak na krakowską, skłonną do samozadowolenia publikę. Najmłodsi, a więc chyba najbardziej spontanicznie reagujący widzowie nie dają się nabrać na to, co w istocie oferują im dorośli – bezradną niedojrzałość i wyczerpanie energii, brak inwencji i brak ambicji. Nawet jeśli intencje artystów są, w co wierzę, jak najlepsze, to między widownią a sceną pojawia się, przeźroczysta może, ale jednak twarda – szyba. Czy naprawdę warto w czasach wymuszonego społecznego dystansu przenosić do teatru model relacji sprzed okienka w banku?

Piotruś Pan i Jakub Hak wg. J.M. Barriego. Reżyseria: Magdalena Miklasz; adaptacja i dramaturgia: Maciej Podstawny; asystent reżysera: Anna Obszańska, Marta Pawlik; muzyka: Anna Stela; scenografia i kostiumy: Mirek Kaczmarek; reżyseria ruchu: Marta Chruscinski; video: Amadeusz Nosal; producent: Bożena Sowa. Obsada: Tomasz Międzik (Piotruś Pan), Maciej Jackowski (Jakub Hak), Anna Obszańska (Dzwoneczek), Marta Waldera (Wendy), Mateusz Janicki (Chłopiec), Krzysztof Piątkowski (Chłopiec).Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Prmiera 29 X 2020

Tytuł oryginalny

Coś na niby, coś na bank

Źródło:

www.teatrologia.pl

Link do źródła