Logo
Recenzje

Co gryzie Gilberta Grape'a

22.01.2026, 09:39 Wersja do druku

„Co gryzie Gilberta Grape’a” w reż. Jakuba Zalasy z Teatru Ludowego w Krakowie na 3. Festiwalu Otwarcia w Teatralnym Instytucie Młodych. Pisze Maja Neinert.

fot. Jeremi Astaszow

„To nie jest zwykły banan” - mówi Gilbert do nowo poznanej dziewczyny między sklepowymi alejkami. Dopiero pod koniec zdajemy sobie sprawę, że banan może symbolizować koniec, ale również nowy początek, gdy bohaterowie zajadają się nim w samochodzie, zostawiając wszystko, co do tej pory znali, za sobą.

Endora to typowe Amerykańskie zadupie, jeden sklep, wieża ciśnień, zamknięta szkoła(...) wydawałoby się, że życie każdego w Endorze jest usłane kwiatami, że się dorobili żony, auta, labradora...wszyscy oprócz Gilberta, dla którego Endora jest domem, ale również więzieniem, w którym jest przekonany, że odsiaduje dożywocie. Myślę, że właśnie to poczucie bycia w tyle, stania w miejscu, podczas gdy inni osiągają kolejne kamienie milowe w życiu, jest tym co sprawia, że postać Gilberta tak bardzo rezonuje z młodymi ludźmi i tak łatwo jest nam- młodym widzom się z nią utożsamić. Oczywiście Dowiadujemy się potem o ciemnej stronie życia mieszkańców Endory- umyślnie przerysowanej postaci Kena, który ze swoją piękną żoną tworzą parę idealną niczym Barbie i Ken, tylko że w tej wersji Ken wyładowuje swoją złość na synach, a Barbie zdradza Kena z dużo młodszym Gilbertem, który nie widzi w niej atrakcyjnej kochanki tylko kobietę, która się nim opiekuje i przejmuje, krótko mówiąc wzorzec takiej matki, której nigdy nie miał. Kena i jego żonę łączy zaś tylko to, że oboje nienawidzą swojego życia.

Spektakl ma dwie warstwy- powierzchowną, humorystyczną pełną trafionych żartów i wstawek reklamowych, która kryje w sobie tę drugą trochę głębszą- pełną trudnych tematów i traumatycznych przeżyć bohaterów, a zachowana równowaga pomiędzy tymi dwoma warstwami sprawiła, że zastanawiałam się, czy oglądam scenę testowania nowej trampoliny, czy samobójstwa ojca Gilberta i rozpadu rodziny, gdy Gilbert wisi w bezruchu podwieszony nad ziemią. Albo czy Elvis celujący do Gilberta z pistoletu na banki mydlane nie chce go zabić poczuciem odpowiedzialności, która ciąży na bohaterze- odpowiedzialność za niepełnosprawnego brata i mieszkającą na kanapie matkę sprawiają, że jego świat zamyka się w 4 ścianach i zawalającej się podłodze. 

Życie Gilberta zmienia się, gdy do miasta wprowadza się dziewczyna z Missisipi, która daje mu nową perspektywę. Jest dla niego oddechem świeżego powietrza i nadzieją, że jeszcze jest dla niego szansa. ale Becky nie jest tylko talking stage-em Gilberta, ale także uosobieniem tzw. American dream. Wieżowców, coca coli i nieskończonych możliwości. Jednymi słowy wolnej Ameryki, o której wszyscy marzą, ale która nie istnieje. Postać Becky osiąga punkt kulminacyjny we wzruszającym monologu mówionym na schodach donikąd, o utraconych marzeniach, podróżach, które nie przyniosły jej spełnienia oraz wniosku, że nie ważne jak długo by nie jeździła po żyłach Ameryki, nie znajdzie na nich szczęścia, dopóki nie znajdzie go w sobie.

Spektakl kończy się tym, że matka umiera przekazując Gilbertowi makietę domu, który i tak należał do niego i w którym Gilbert był tą pękającą belką, bez której dom by się zawalił, ale która już powoli nie daje rady, z nadmiaru ciężaru jaki na niej spoczywa. Gdy Gilbert po śmierci matki pali dom, ona patrzy na niego z dziecięcą beztroską, ale przede wszystkim dumą, że odważył się zrobić to, na co ona nigdy nie miała odwagi i myślała, że jest już za późno. Patrzy na niego, jakby chciała powiedzieć: “wszystko będzie dobrze” i dlatego myślę, że wydźwięk spektaklu jest paradoksalnie bardzo pocieszający. 

Ciężko jest stworzyć spektakl na podstawię książki, której tytuł wszystkim kojarzy się z wersją filmową z 1993, jednak w przeciwieństwie do filmu, który był skupiony na relacji Gilberta z Arniem, adaptacja sceniczna przedstawia całe uniwersum Gilberta i rozwija wątki niesłusznie pominięte w filmie. Jakub Zalasa zadbał o to, by spektakl był świeżą, unowocześnioną wersją tekstu, zachowując przy tym intymność relacji pomiędzy postaciami granymi przez Beatę Schimscheiner, Marcina Mazurka i Kajetana Sługockiego, którzy na scenie tworzą realistyczną, niepowtarzalną atmosferę rodzinną, dzięki której jako widz czułam się, jakbym weszła nieproszona do czyjegoś domu. Reżyser zrobił coś, co bardzo trudno osiągnąć w teatrze, mianowicie włożył w spektakl elementy nowoczesności, takie jak dubajska czekolada, muzyka czy młodzieżowe powiedzenia, które bardzo często w teatrze są nietrafione i obciachowe, ale w tym przypadku pasowały tak bardzo, że mogłyby być częścią powieści. Bardzo podobała mi się postać Tuckera, granego przez Wojciecha Lato, który grał całym sobą, przez co był autentyczny w każdym żarcie i wydawało się, jakby był stworzony do tej roli. Mimo, że spektakl nie miał w obsadzie Leonarda Di’Caprio, moim zdaniem był bardziej wartościowy niż film i wyniosłam z niego naprawdę dużo.

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Maja Neinert

Sprawdź także