„Seksmisja” wg Juliusza Machulskiego w reż. Pawła Szkotaka w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Pisze Stanisław Bubin w portalu ladysclub-magazyn.pl.
Wiedzieliście, że „pewien samiec imieniem Kain wynalazł zbrodnię i wypróbował ją na swojej siostrze Abli”? I że „Kopernik była kobietą”? Oczywiście, że wiedzieliście, każdy kiedyś oglądał komedię wszech czasów „Seksmisja” w reżyserii Juliusza Machulskiego, zaliczaną do „top of the top” pięciu najlepszych komedii w historii polskiego kina. Fanów można wyrwać z najgłębszego snu, a oni będą bez zająknienia cytować kultowe powiedzonka, wypowiadane przez Jerzego Stuhra i Olgierda Łukaszewicza, czyli Maksa i Alberta.
Kiedyś inżynier Mamoń w „Rejsie” stwierdził odkrywczo: „Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”. Święta prawda! Przeniesienie „Seksmisji” na deski sceniczne w Bielsku-Białej stało się sensacją artystyczną i towarzyską, kolejnym wydarzeniem Polskiej Stolicy Kultury 2026, nagrodzonym po premierze wielominutową owacją na stojąco. No bo przecież najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy.
„Seksmisję” znamy na wyrywki, a dodane do przedstawienia piosenki z lat 80. i 90. zgrały się z nią idealnie. Stąd ogólny aplauz! Spektakl w reżyserii i adaptacji Pawła Szkotaka w bielskim Teatrze Polskim powstał na podstawie scenariusza Juliusza Machulskiego (mistrz, niestety, nie mógł być obecny na premierze ze względów zdrowotnych), jednak twórcy nie przesadzili w zabiegach interpretacyjnych, nie wywrócili wszystkiego na nice, stworzyli „Seksmisję” nowoczesną, profesjonalną, aktualną, subtelną, z przymrużeniem oka, a przede wszystkim pogodną i zabawną jak kiedyś, toteż musiała się widzom spodobać i bez wątpienia wzbudziła zachwyt. Słuchałem opinii w antrakcie, widziałem na własne oczy.
Zresztą, jak tu się nie śmiać, kiedy padają doskonale znane nam z języka codziennego powiedzonka: „Sfiksowałyście, boście chłopa dawno nie miały! Chłopa wam trzeba!”. „Sekcja specjalna zawsze lojalna”. „Liga rządzi, liga radzi, liga nigdy was nie zdradzi”. Albert: „Nakłuwać dziewicze jaja… w macicy… mechanicznie… jajo o jajo…”. Maks: „Nie przy jedzeniu, no jak Boga kocham, no!” Wiele teatrów od lat starało się o zgodę na adaptację sceniczną „Seksmisji”, lecz udało się to dopiero Witoldowi Mazurkiewiczowi, dyrektorowi teatru.
W rozmowach z Machulskim o prawo do wystawienia w podjęciu decyzji na „tak” przeważyła nie tylko renoma zespołu aktorskiego, świetnie śpiewającego i roztańczonego, ale również nazwisko reżysera. Poznański artysta Paweł Szkotak nie jest w Bielsku-Białej twórcą anonimowym – z ogromnym powodzeniem reżyserował przecież „Boską!” z Beatą Olgą Kowalską w roli Florence Foster Jenkins i adaptację sceniczną komedii Stanisława Barei i Jacka Fedorowicza „Poszukiwany, poszukiwana”. Mając więc na koncie tak ogromny kredyt zaufania i sławę specjalisty od komedii, przygotował dla Bielszczan świetną zabawę i prawdziwą bombę artystyczną.
Nikt nie wyszedł zwiedziony, a widownia raz po raz wybuchała śmiechem, słysząc znane zwroty „Kobieta mnie bije!” albo „Nie ma mężczyzn? A dlaczego tu nie ma okien? A dlaczego tu nie ma klamek?”. Współczesne wtręty były delikatne i subtelne dla wprawnego ucha. Kiedy Maks i Albert szukali kodu do drzwi, usłyszeliśmy od jednej ze strażniczek: „43-300”. To przecież kod pocztowy Bielska-Białej. Nowością, świetnie korespondującą z treścią sztuki, było również wstawienie kilkunastu znanych polskich piosenek z lat 80. i 90. w wykonaniach solowych i zespołowych. Utwory Zdzisławy Sośnickiej („aleją gwiazd / aleją gwiazd biegniemy / pod niebem gwiazd / pod niebem gwiazd żyjemy…”), Anity Lipnickiej, Grzegorza Ciechowskiego, Izabeli Trojanowskiej czy Natalii Grosiak z zespołu Mikromusic („daj chłopaka, nie wariata, nie palacza, nie biedaka, nie pijaka, nie Polaka, nie brzydala”) sprawiły na widzach ogromne wrażenie i wywoływały co chwilę burzę oklasków. Aktorki i aktorzy z Bielska-Białej jeszcze raz pokazali sceniczną klasę i wysokie umiejętności warsztatowe, z jakich słyną od lat. A już idealnie wpasowany fragment piosenki Grzegorza z Ciechowa („piejo kury, piejo! ni mają koguta / piejo kury, piejo! ni mają koguta”) był wisienką na torcie muzycznych dopasowań do treści sztuki, które od strony kompozycyjnej i aranżacyjnej stały się zasługą Łukasza Matuszyka.
Rewelacyjny scenariusz jest dla twórców zwykle ogromnym ułatwieniem, bo łatwo kopiować, naśladować i kalkować, z drugiej strony zaś – jeśli do zadania podchodzimy poważnie – staje się wyzwaniem, zobowiązaniem i pewnym kłopotem. Od premiery filmu minęło czterdzieści lat z okładem, tyle się później wydarzyło i zmieniło. Komuna upadła, z którą „Seksmisja” wiodła dyskurs, podejście do kobiet ewoluowało, emancypacja nastała, feminizm inaczej jest już artykułowany i rozumiany. Warto więc w procesie adaptacji powiedzieć coś nowego, od siebie, lecz nie wolno przy tym zatracić komediowego wydźwięku albo popaść w emocje seksistowskie.
Twórcy spektaklu zgrabnie ominęli wszystkie rafy ideolo, nie poprzesuwali akcentów, nie zgubili tego, co z „Seksmisji” uczyniło legendę. Zrobili po prostu rewelacyjny spektakl – z doskonałymi rozwiązaniami i pomysłami technicznymi. Paweł Szkotak, który o przeniesieniu „Seksmisji” do teatru myślał od wielu lat, potwierdził, że były to przemyślenia owocne i twórcze, w czym dopomogli mu in gremio wszyscy aktorzy i realizatorzy. Przypomnę dla porządku, że film Machulskiego nie powstał w intencji obrażenia kogokolwiek (nawet ustroju). Adaptacja sceniczna też nikogo nie obraziła, nie uraziła czy skrytykowała. Mieliśmy się doskonale bawić i śmiać ze stereotypów – i tak się stało. Hiperbolizacji, celowego wyolbrzymienia pewnych zjawisk, cech i wydarzeń, oczywiście nie zabrakło, także pewnej perspektywy feministycznej, bo jednak od premiery filmowej minęło już prawie półwiecze, mamy za sobą akcję #MeToo i wiele podobnych, wywołanych w przedstawieniu kilka razy, ale to tylko tyle i aż tyle – wystarczyło, by nie przegiąć i nie skazić sztuki niepotrzebną publicystyką.
Obejrzeliśmy też inne, zabawne podejście do nagości. Nagie piersi zaklejone zostały na krzyż czarnym plastrem, a potem odbyła się zabawna scenka przy windzie. „Góra czy dół?” zapytała seksowna kobieta przy drzwiach, a kiedy obaj panowie odparli „góra”, myśląc, że chodzi o przycisk, ona po prostu zdjęła bluzkę, widzom pokazując jedynie nagie plecy. Kwestie walki płci i wolności – o której Chłopcy z Placu Broni śpiewali „wolność kocham i rozumiem / wolności oddać nie umiem” – pozostały w sztuce otwarte i do dyskusji na zupełnie inny czas.
Jak pamiętamy, bohaterowie „Seksmisji”, Maks i Albert, dobrowolnie oddali się nauce i zostali zahibernowani w 1991 roku. Mieli się obudzić po trzech latach, lecz wydostali się ze swoich krypt dopiero w 2044 roku – po pięćdziesięciu trzech latach, po wojnie, w totalitarnym świecie pozbawionym mężczyzn. Zainteresowanie bielską premierą „Seksmisji” od momentu ogłoszenia projektu było ogromne, wszyscy chcieli zobaczyć, jak twórcy poradzą sobie z odważnym i co tu kryć – ryzykownym zadaniem. To zainteresowanie było widoczne na każdym etapie przygotowań do przedstawienia, na przykład wtedy, gdy w mediach społecznościowych pojawiły się anonse o poszukiwaniu statystów do scen multimedialnych. Zgłosiła się ponad setka chętnych.
Ciekawość budziły także najważniejsze role Maksa i Alberta, którzy musieli zmierzyć się z kultowymi kreacjami Stuhra i Łukaszewicza. Obaj aktorzy, Michał Czaderna jako Maksymilian Paradys i Piotr Gajos jako Albert Starski, wypadli rewelacyjnie! Zwłaszcza Michał Czaderna, który momentami „grał Stuhrem”, czyli całym sobą i głosem łudząco podobnym do pierwowzoru. Ale Piotr Gajos też znalazł „patent na Łukaszewicza”, na przykład kiedy mówił: „O, przepraszam, odbiło mi się plastikiem” albo do Maksa: „No wiesz! Nasza cywilizacja zawaliła się w gruzy, a tobie tylko dupy w głowie!”. Świetny, kierowniczy ton, ten ton naukowca…
Zdumiewające, jak dobrze młodzi widzowie odebrali „Seksmisję” – współczesną, zmodernizowaną. Znany wszystkim tytuł precyzyjnie zgrał się z możliwościami nowoczesnego teatru, w czym niekwestionowana zasługa Hektora Weriosa, który zadbał o wizualizacje multimedialne, o efekty filmowe i komputerowe. Duże wrażenie zrobiła okazja do jednoczesnego śledzenia akcji na żywo i na ekranie, a w zasadzie na trzech telebimach – dużym i dwóch małych. Twarze aktorów i statystów na zbliżeniach, projekcje i wstawki fabularne z ćwiczeń oddziałów kobiecych i zawodów sportowych, przebitki, komunikaty strażniczek, Genetixu i Jej Ekscelencji, nawet reklamy „Weź pigułkę”, stanowiły ogromną atrakcję dla widowni i pokaz ogromnej sprawności twórców nad nowoczesnymi mediami. Uzyskaliśmy dzięki temu całkowicie nową, wcześniej niespotykaną jakość w przekazie teatralnym. Do tego należałoby dopisać fantastyczną (dosłownie!) scenografię i równie fajne kostiumy Anny Chadaj oraz dynamiczną, przemyślaną do ostatniego szczegółu choreografię Iwony Runowskiej, wzbogaconą o laserową i LED-ową grę świateł Ewy Garniec. Drogie panie, brawa za wasz wysiłek!
Niewątpliwie jednak spojrzenie widzów skupiało się przede wszystkim na grze aktorskiej i na wykonywanych na żywo przebojach rocka. Wszyscy bez wyjątku wypadli świetnie, lecz moje szczególne ukłony kieruję w stronę Jadwigi Grygierczyk, która genialnie zagrała Babcię, najstarszą starowinkę z Azylu Zasłużonej Starości, pamiętającą jeszcze czasy istnienia mężczyzn. Jej emocjonalne i żartobliwe wynurzenia (za słoik dżemu truskawkowego przyniesiony przez Lamię) zasługują na złotą maskę! Uwagę publiki zwróciły też aktorki młodego pokolenia, zwłaszcza piękna i powabna Żaneta Rus, która dała się już poznać z bardzo dobrej strony jako odtwórczyni Marii Koterbskiej w spektaklu „Viva Maria!”. W „Seksmisji” znakomicie udźwignęła rolę kluczowej dla sztuki dr Lamii Reno z działu Archeo, który „odkopał” zamrożonych chłopaków. Lamia wypadła dobrze nie tylko jako zakochana archeolożka, ale przede wszystkim jako wokalistka, demonstrując w kilku piosenkach swoje niezwykłe możliwości wokalne. Sekundowały jej równie świetne aktorki-piosenkarki, że wymienię jednym tchem Annę Guzik-Tylkę, Ewę Dobrucką (jako Emmę Dax), Martę Gzowską-Sawicką (groźną dr Bernę), Marię Suprun, Anitę Jancię, Orianę Soikę (Reporterkę i Strażniczkę), Wiktorię Węgrzyn-Lichosyt (Dekadentkę), Ewę Stańczyk i Krystynę Zajkowską. Panie – występujące w różnych rolach i odsłonach, co wymagało od nich nieprawdopodobnego kunsztu nie tylko w graniu, lecz także błyskawicznym przebieraniu się – sprawiły właśnie, że spektakl wypadł tak dobrze. Wisienką na torcie były role męskie, nie tylko Maksa i Albercika, ale także crème de la crème całej „Seksmisji”, czyli Jej Ekscelencji, faceta udającego przez całe lata kobietę (tu doskonały Grzegorz Sikora) oraz sprawcy całego zamieszania, profesora Wiktora Kuppelweisera, który „zapuszkował” w lodówce na ponad pół wieku dzielnych, oddanych nauce i sławie chłopców (wyrazisty jako naukowiec Adam Myrczek).
W taki oto sposób Maks i Albert, bardzo dobrze znani w końcówce XX wieku, spotkali się ponownie z nieznanym im światem pierwszej ćwiartki XXI wieku. Przeniesienie „Seksmisji” na scenę pozwoliło nam ponownie spotkać się z odświeżoną opowieścią, która stała się legendą i na stałe wpisała się w historię polskiej sztuki. Do rzeczywistej pobudki Maksa i Alberta w roku 2044 jest już blisko, coraz bliżej… Czy wtedy powiedzą „Uwaga, grupa! Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja”? A może zakrzykną z wyrzutem w stronę Jej Ekscelencji: „To nas tu o mało nie wykastrowały, a ty cycki sobie, cyganie, przyprawiasz?”. No chyba że – biorąc pod uwagę obecną sytuację geopolityczną – pozostanie im (i nam) wypowiedzieć po raz kolejny hasło aktywujące windę do nieba: „Kurwa mać!”. Excusez-moi, mesdames et messieurs…