27.08.2020, 12:50 Wersja do druku

Ciche odejście gwiazdy

Ostatni raz Ewa Demarczyk wystąpiła publicznie 8 listopada 1999 r. w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Potem miał być koncert w Kaliszu, który z winy artystki został odwołany. Nawet członkom swojego zespołu muzycznego nie powiedziała, dlaczego tak postąpiła. Do żadnego z nich nigdy potem nie zatelefonowała, nie podziękowała za współpracę. Żadnemu muzykowi nie przekazała swojego numeru telefonu. Na ponad 20 lat zamknęła się w domowej twierdzy.

Jak ognia bała się wywiadów i kontaktu z dziennikarzami. Nie wiem, jakich argumentów użył w 1998 r. Edward Miszczak z TVN, że zgodziła się z nim porozmawiać przed kamerą na krakowskim Rynku Głównym. Pożaliła się na wszystkich - to nie ona zerwała współpracę z kompozytorami, to nie ona sama odeszła z Piwnicy pod Baranami. To nie jej wina, że tak rzadko występuje, że nie ma już swojego teatru. To wina tych innych, którzy jej nie rozumieją.

Dziesięć lat temu, gdy zbliżały się 70. urodziny Ewy Demarczyk, podjąłem próbę jej odszukania. W Piwnicy pod Baranami, który to kabaret rozsławiła na cały kraj, nikt nie miał do niej telefonu, słyszano tylko, że mieszka pod Krakowem, chyba w Wieliczce. Powiedziano mi, że kontakt z nią mają dwie osoby: siostra Lucyna i impresario Paweł Rynkiewicz. Do siostry nie radzili dzwonić - nie da kontaktu do Ewy, a jeszcze okrzyczy. Paweł Rynkiewicz odpowiedział, że chętnie się spotka i porozmawia na temat piosenek Demarczyk, ale nie powie absolutnie nic o jej życiu prywatnym, nie umożliwi kontaktu. Numeru telefonu nie mieli też kompozytorzy jej najsłynniejszych piosenek, Zygmunt Konieczny i Andrzej Zarycki. Chyba łatwiej było rosyjskim youtuberom dodzwonić się do Andrzeja Dudy, niż mnie porozmawiać z Ewą Demarczyk.

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Przegląd nr 35/24/30-08-20