EN

30.10.2023, 14:55 Wersja do druku

„Chłopi”

„Chłopi” Wladysława Reymonta w reżyserii Remigiusza Brzyka w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Jeremi Astaszow / mat. teatru

Zawsze jak idę na kolejny spektakl Brzyka to bardzo mocno drżę ze strachu czy tym razem się uda, czy znowu reżyser się poślizgnie i chybi. Na pytanie dlaczego nadal chodzę na jego spektakle, mimo świadomości tego jak nierównym bywa reżyserem, odpowiedź jest dość prosta – nadal się gdzieś głęboko we mnie tli zachwyt „Ziemią Obiecaną”, którą widziałem w 2015 roku i nadal mam nadzieję, że będę świadkiem tego, jak spod ręki Brzyka wychodzi znowu tak monumentalny spektakl. „Chłopi” mieli zadatki na takie właśnie przedstawienie, dlatego pokładałem w nich wielkie nadzieje.

Twórcy spektaklu dosyć wiernie trzymają się powieściowego pierwowzoru, jednak starają się odrobinkę inaczej akcentować wydarzenia i wątki, inne postaci wysuwają na pierwszy plan. Dzięki temu do głosu w tej adaptacji dochodzą kobiety, które na przekór temu, co mogłoby się wydawać przy lekturze książki, tak naprawdę dzierżą największą władze w Lipcach. To one są motorem napędowym wydarzeń i to właśnie one dostają na scenie moc sprawczą i mogą w końcu pełnym głosem powiedzieć o swoim losie. Naszą przewodniczką po tej historii jest Komornica (bardzo dobra Anna Pijanowska), która poniekąd rekonstruuje wszystko to, co doprowadziło do linczu na Jagnie Paczesiównie i stara się nam pokazać gdzie realnie tkwiło źródło problemu.

Dodatkowym kontekstem powieści uwypuklonym w spektaklu dzięki wybornym dekoracjom Igi Słupskiej jest połączenie życia Polaków z kościołem i wpływu kościoła na decyzyjność narodu. Cała akcja blisko 4-godzinnnego spektaklu dzieje się w kościele w Lipcach, który to zamienia się w wieś,  to w pola uprawne. Ciekawy zabieg, mocno wbijający się w pamięć. Stojący na środku sceny krzyż bardzo mocno przypominał mi krzyż z warszawskiej „Klątwy” Olivera Frljića, jednak tutaj zabrakło w Ludowym odwagi, aby ten krzyż ściąć. Może było to dobitne podkreślenie i dialog z warszawskim spektaklem, że zmiana tak naprawdę nie nadeszła i Polska nadal żyje w wiecznym kościele.

Niestety mam wrażenie, że oba te tematy – mimo bycia wysuniętymi na pierwszy plan – zostały zrealizowane na pół gwizdka; żaden z nich nie wybrzmiewa do końca i nie daje się określić głównym. Ani sprawczość kobiet, ani też kościół nie grają pierwszych skrzypiec – bo zagłuszają je sami „Chłopi” Reymonta. Tekst został zaadaptowany dosyć ciężko i  mnóstwo sensów gubi się w natłoku słów padających ze sceny. Wiele wątków pojawia się i znika w ciągu chwili i nie wnosi nic konkretnego ani do akcji, ani do samej treści. Pojawia się jedynie, aby się pojawić i nie wybrzmieć.

Wiele sekwencji jest zainscenizowanych niesamowicie pomysłowo, wizualnie bronią się naprawdę dobrze i to na poły dzięki fantastycznej, wcześniej wspomnianej, scenografii, ale także dzięki pomysłowemu oświetleniu. Doskonała scena zbierania ziemniaków, w której podłoga jest nimi wręcz zasypywana, czy też naprawdę fenomenalna scena w kościele, gdzie Jagna i Antek kochają się, a wokoło nich trwa nabożeństwo. W tym spektaklu jest wiele naprawdę niesamowitych momentów, które rozbijają się niestety o typowe elementy reżyserii Brzyka, które mógłbym nawet nazwać wadami – jarmarczne efekty świetlne czy dziwne uwspółcześnianie spektaklu, które nie ma najmniejszego zakotwiczenia w obranej drodze inscenizacyjnej – na przykład Jagna, która nagle wyciąga matę do jogi i zaczyna ćwiczyć. Motyw, który pojawia się raz i nigdy więcej nie wraca, ale też żadna z postaci na scenie nie kwestionuje tego co się dzieje; dziwne i wybijające z imersji.

Dodatkowym zarzutem z mojej strony jest to, jak bardzo rozmyły się pory roku w tym spektaklu. Rzecz, która była kluczowa w książce i nadawała rytm życiu bohaterów, zupełnie się tutaj zgubiła, a szkoda. Przez to, gdyby się nie znało pierwowzoru, można by uznać, że całość wydarzyła się w ciągu tygodnia – cóż za dynamiczne życie mają mieszkańcy Lipiec.

Ale co najgorsze, tempo „Chłopów” jest bardzo nierówne i spektakl momentami wlecze się niemiłosiernie, a w momentach kiedy zaczyna się robić interesujący, nie wiadomo dlaczego temat szybko jest zmieniany. Więc po tych ponad trzech godzinach w teatrze doszedłem do wniosku, że ten spektakl niestety nie jest zły i nie jest też dobry. Jest bardzo nijaki i nie wywołuje żadnych emocji, a dla mnie chyba właśnie ta nijakość jest gorsza od sromotnej porażki, bo właśnie takie przezroczyste spektakle zapomina się najszybciej.

Jasnym punktem tej inscenizacji są aktorzy. Weronika Kowalska jak zawsze udowadnia, że nie tylko umie przepięknie śpiewać, ale też doskonale gra i jest jednocześnie groźna, swojska i tworzy wokoło postaci Hanki prywatne pole grawitacyjne, które cały czas bezwiednie ściąga wzrok widza. Podobnie jak wspomniana wcześniej Anna Pijanowska w roli Komornicy – kolejna solidna rola do jej portfolio. No i najważniejsze: W SPEKTAKLU GRA PIESEK I BOŻE KOCHAM CIĘ PIESKU, JESTEŚ ANIOŁKIEM, KOCHAM CIĘ. A tak serio szanuję, jak bardzo dobrze Pies Sójka odnajduje się na scenie, proszę przekazać pieskowi ode mnie głaski (zamiast oklasków, co by się za bardzo nie stresował).

Więc, co by nie mówić o „Chłopach” w Teatrze Ludowym – szkoły pójdą, bo to jest idealna inscenizacja, żeby zapoznać z treścią książki. Niestety nic więcej.

Źródło:

teatralna-kicia.tumblr.com
Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia