Chcę, aby Boska Komedia pozostała wehikułem promującym polski teatr, który udowadnia, że trzeba mieć aspiracje, odważnie mówić o rzeczywistości i stawiać barykady przeciwko nacjonalizmowi i innym negatywnym scenariuszom dla świata - powiedział PAP Bartosz Szydłowski, szef krakowskiego festiwalu. Z Bartoszem Szydłowskim rozmawia Julia Kalęba.
PAP: Festiwal Boska Komedia co roku buduje obraz kondycji rodzimej sceny i pokazuje najciekawsze zjawiska teatralne. Jakie główne kierunki myślenia wyznaczają program nadchodzącej edycji?
Bartosz Szydłowski: Poza oczywistym podsumowaniem sezonu, staramy się konsekwentnie pokazywać rozwój polskich artystów pracujących poza granicami kraju. Nie chodzi tylko o reżyserów, ale również o polskie teksty w realizacjach twórców zagranicznych. To jest ważny nurt, który nie tylko będzie osią programu festiwalu, ale pokaże wielu partnerom ze świata, że nas w Polsce ciekawi recepcja naszej kultury. Chciałbym też dać przestrzeń prezentacji innych idei festiwalowych, jakie mają miejsce w Polsce. Mam nadzieję, że dyrektorzy tak ważnych festiwali jak poznańska Malta, toruński Kontakt, Warszawskie Spotkania Teatralne czy łódzki Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, ale również tych mniejszych, nie mniej istotnych, przyjmą zaproszenie i wspólnie naszym gościom zaprezentujemy bogatą mapę wydarzeń teatralnych, w których mogą brać udział w ciągu całego roku.
PAP: W ostatnim czasie ważyły się losy dofinansowania festiwalu Boska Komedia ze środków ministerialnych. Jak przyjął pan informację o niskiej ocenie eksperckiej i braku zapewnionych środków z programu Teatr?
B.Sz.: Jako dyrektor artystyczny stanąłem w poczuciu całkowitej bezradności. Tak duży festiwal musi być organizowany z wieloletnim wyprzedzeniem. Zawsze miał wysokie notowania w MKiDN i od 18 lat był przez resort wspierany. Festiwal uważany jest za niezwykłe wydarzenie wśród innych światowych imprez. Dlatego w środowisku pojawiły się pytania o reprezentatywność komisji eksperckiej, gdyż większość jej członków stanowili teoretycy bez doświadczenia w realnym tworzeniu kultury. Wątpliwości budził też wybrany przez Instytut Teatralny sposób naboru ekspertów. Ponoć do tej roli mógł się zgłosić każdy przekonany, że jej sprosta. Można też było zastanawiać się, jak przebiegał nadzór nad procesem ewaluacji projektów, dlaczego uzasadnienia ocen nie są jawne. Pytań było bardzo wiele. Natomiast obniżenia ratingu Boskiej Komedii nie umiem wytłumaczyć. Chyba że zadecydowały określone hierarchie ideologiczne, podczas gdy znakiem rozpoznawczym festiwalu jest szerokie spektrum programowe, najważniejsza jest różnorodność, a nie określona ideologia czy estetyka. Na szczęście istnieje procedura rezerwy ministerialnej i to uratowało sytuację. Dziękuję wszystkim autorytetom polskiej kultury i lokalnym politykom, którzy otwarcie wyrazili wsparcie dla Boskiej Komedii.
PAP: Co ta decyzja oznacza dla zespołu i samej publiczności?
B.Sz.: Przede wszystkim spokój. Uspokajam krakowską publiczność: festiwal odbędzie się w podobnej skali. Mogę zagwarantować, że stworzymy festiwal, który będzie miał porównywalną do dotychczasowych: energię, siłę wyrazu. Mamy co prawda miesięczne opóźnienie, bo te 40 dni wyczekiwania siłą rzeczy zdezorganizowało pracę, ale to już za nami. Zakasujemy z zespołem rękawy i rzucamy się do roboty. To dobra wiadomość dla twórców, widzów i międzynarodowych kuratorów, którzy nie byli pewni, co dzieje się ze strategiczną dla polskiego teatru imprezą.
PAP: Ministerialna gwarancja opiewa na trzy lata. Czy taki horyzont czasowy zmienia pana perspektywę planowania?
B.Sz.: To normalizuje sytuację. Zawsze operowaliśmy w ramach trzyletnich kontraktów, bo wszyscy ministrowie czy komisje wiedzieli, że tak dużego wydarzenia nie da się robić z roku na rok. Podobnie jest z dofinansowaniem miejskim, które wynosi 2,4 mln zł rocznie i jest zagwarantowane na pięć lat. Dzięki temu w tej chwili mogę podpisywać umowy z wielkimi nazwiskami teatru światowego, bo takie są ich terminarze. Ta decyzja stabilizuje nasze myślenie o przyszłości.
Teatr jest najbardziej skomplikowaną logistycznie i najbardziej kosztowną formą organizacji. Widz z fotela widzi trzech aktorów, ale nie widzi 25 osób z obsługi technicznej, które przyjechały z nimi do Krakowa. Porównywalne festiwale europejskie, jak choćby Wiener Festwochen, dysponują budżetami rzędu 20–40 mln euro. Wszyscy organizatorzy festiwali w Polsce poruszają się w 20-krotnie mniejszym wymiarze. To jest logistyczna akrobatyka: proszę sobie wyobrazić, że wynajmujemy niemal wszystkie przestrzenie performerskie w Krakowie, by w dwa tygodnie pokazać 30–40 spektakli.
PAP: Jak zamierza pan dalej rozwijać tę markę?
B.Sz.: Rozwój polega na poszerzaniu pola odpowiedzialności. Boska Komedia to już właściwie instytucja. Chcemy rozwijać program całoroczny, czyli prezentacje spektakli w trybie „postscriptum” w ciągu całego sezonu. Planujemy rozwój hubu akademii teatralnej, gdzie młodzi polscy twórcy mogliby brać udział w warsztatach z wybitnymi postaciami ze świata. Chcemy też inicjować procesy koprodukcyjne na poziomie ogólnopolskim i międzynarodowym. Mamy bardzo silny brand festiwalowy w Polsce, jeśli chodzi o rozpoznawalność na świecie. To kapitał budowany latami, którego nie wolno dewaluować. Topowi artyści chcą u nas występować, bo szanują etos tego festiwalu. Florentina Holzinger po wizycie w Krakowie wyjechała bardzo zadowolona i wypowiada się o festiwalu w superlatywach, a w tym roku wróci do nas z kolejnym spektaklem. Koprodukujemy też projekt południowokoreańskiego artysty Jaha Koo, tegorocznego laureata Nagrody Ibsena. Nasze zasięgi narracyjne są gigantyczne, a na spektaklach mamy regularne nadkomplety. To kapitał, który wręcz obliguje do rozwoju, by skorzystało z niego wielu nowych artystów oraz publiczność.
PAP: Czy brał pan pod uwagę scenariusz, w którym grantu nie udaje się uzyskać? Czy festiwal mógłby istnieć w wersji „mikro”?
B.Sz.: Festiwal robi się na tyle, na ile ma się środków. Kwota wnioskowana przez nas wynosiła 3 mln zł rocznie. Rynek cały czas się zmienia, koszty rosną. Oczywiście, mógłbym zrobić go i za milion złotych, ale wtedy skala oddziaływania też byłaby mikro bez tak znaczącej dla Boskiej Komedii reprezentatywności. Przy tak ogromnych oczekiwaniach publiczności oraz samego środowiska artystycznego, musimy sprostać wyzwaniu, które jest efektem sukcesu. Nie możemy nagle wyhamować machiny, którą nakręcaliśmy przez 18 lat.
PAP: Jakie główne zadania stawia pan przed sobą na najbliższe edycje?
B.Sz.: Za rok obchodzimy 20-lecie i chciałbym to uhonorować w sposób szczególny. Ale przede wszystkim chcę, by Boska Komedia pozostała wehikułem promującym polski teatr. Nasz teatr udowadnia, że trzeba mieć aspiracje, odważnie mówić o rzeczywistości i stawiać barykady przeciwko nacjonalizmowi i innym negatywnym scenariuszom dla świata. Ten festiwal niesie w sobie poczucie sprawczości – wierzę, że analizując nasze lęki przez pryzmat wyobraźni artystycznej, jesteśmy w stanie wpływać na to, by świat nie pikował w otchłań szaleństwa.