„Chamowo” Mirona Białoszewskiego w reż. Mikołaja Grabowskiego w Teatrze Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Nieprawdą jest, jakoby ten tekst był nieteatralny.
Ze zgoła nieefektownych spostrzeżeń Białoszewskiego — z jego heroicznych zmagań z administracjami, z wniosków płynących z podglądania sąsiadów przez okno, z „gaworzenia” z bliskimi, z pewnej niespójności pożycia z rodzicami (fantastyczny epizod Doroty Nowakowskiej), czy wreszcie – z wizji niekompletnie ubranych młodzieńców, którzy objawiają się poecie w wieżowcu przy Lizbońskiej — Mikołaj Grabowski tworzy fenomenalny teatr codzienności.
Teatr to, owszem, warszawski, ale niewykluczający. Nieopresyjny wobec gierkowskiej Saskiej Kępy, lecz też jej niegloryfikujący. Bo nie jest to opowieść tyleż o miejscu — w tym wypadku dość pogardliwie nazywanym przez Saskokępian z okolic Francuskiej „Chamowem” — ile o tym, jak z danego miejsca, choćby zgoła nieromantycznego, robi się dom. Zauważmy, że w którymś momencie Miron nie chce już wracać na Plac Dąbrowskiego, że za Lizbońską — na którą trudno dojechać, bo 117 i 168 jeżdżą rzadko i bywają przepełnione — zaczyna nawet trochę tęsknić. Choć przecież to bloczysko z prefabrykatów, „duszy pozbawione”, jakby złożone z klocków — co oglądamy na pouczających projekcjach — i do tego nieznośnie akustyczne.
W tej opowieści o zmaganiu się neurotycznego poety (znakomita rola Łukasza Lewandowskiego) z codziennością sprzed pół wieku jest coś niesłychanie empatycznego, coś wciągającego, a momentami — choć to dzisiejsza perspektywa, bo wówczas mało komu było do śmiechu — również zabawnego. Uprzedzam: to nie jest przedstawienie o Najważniejszych Rzeczach na Świecie. Przeciwnie — jest o banalnych okruchach codzienności, to jest teatr, który nie sięga gdzieś hen wysoko, jedynie — bardzo uważnie spogląda pod nogi.
I to jest fantastyczne.