EN
26.02.2022, 09:36 Wersja do druku

Żegnajcie, bogowie. O „Sztuce intonacji” w warszawskim Teatrze Dramatycznym rozmawiają Skrzydelski z Morozem

Skrzydelski: Historia gwałtownie przyspiesza, a my znów o teatrze, jakby nie było ważniejszych tematów.

Moroz: Czy to nie próba szukania wagi teatru za wszelką cenę? Przyznajmy, że lwia część rzeczy, którymi się zajmujemy, jest dziś do niczego niepotrzebna. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno przejmowaliśmy się covidem.

Skrzydelski: Ale też trzeba powiedzieć, że premierę Teatru Dramatycznego zobaczyliśmy tydzień temu, kiedy chyba w zasadzie nikt nie zakładał, że sytuacja może się odwrócić tak diametralnie. I już wcześniej chcieliśmy „Sztukę intonacji” omówić, jednak nie udało nam się trafić na dwa styczniowe pokazy.

Moroz: To prawda, bo skupiliśmy się na wrocławskim „Wyszedł z domu” w reżyserii Marka Fiedora. A patrząc teraz na sytuację szerzej: cóż, kremlowski bandyta jednak się nie cofnął, co zmienia optykę rozmowy na każdy temat, nawet teatralny. Wydaje mi się – i chyba w nieskrywanym od kilku dni niepokoju myślimy tak samo – że gadając o zjawiskach sztuki, wszyscy odczuwają potrzebę, aby sięgać dalej, rozciągać skalę i dyskutować także o roli twórców sztuki w trudnych czasach. Tym bardziej że nie ma nic przesadnego w stwierdzeniu, że wiek XX tak naprawdę skończył się przed chwilą, czyli dokładnie 24 lutego.

Skrzydelski: Z kolei „Sztuka intonacji” Tadeusza Słobodzianka to pożegnanie z teatrem XX wieku… Teatrem największym, którego już nigdy nie będzie.

Moroz: I teatrem, który w przeważającym stopniu swoją wielkość zawdzięczał Rosji…


Całość rozmowy - w Magazynie 

Źródło:

Materiał własny