Moroz: Dziś o wydarzeniu rangi wyjątkowej. Na scenę narodową w końcu trafiła noblistka. Olga Tokarczuk.
Skrzydelski: To znaczy, nie sama noblistka, lecz jej dzieło.
Moroz: Najpokaźniejsze – przynajmniej rozmiarowo.
Skrzydelski: Bardzo grube tomiszcze. I, zdaje się, dyrektor Jan Englert poczuł się zobowiązany. Zresztą przed premierą zdążył powagę sprawy potwierdzić i rzekł, iż „Teatr Narodowy ma obowiązki wobec noblistki”. Jednak tym razem – chyba po raz pierwszy, od kiedy pamiętam – powaga zapewnień Englerta odnośnie do repertuaru prezentuje się nieco absurdalnie wobec efektu, który ujrzeliśmy. Nie ukrywam, że „Księgi Jakubowe” w wersji Michała Zadary wpędziły mnie w podły nastrój. Nie wiem, jak jest z tym u ciebie.
Moroz: Nie jest sekretem to, że w wielu kwestiach teatralnych nasz gust jest podobny. Ale tym razem nie chodzi o to. Nie chodzi o wspólne podkreślenie, że coś jest zawstydzająco słabe, lecz raczej o wzajemne weryfikowanie, czy na pewno zobaczyliśmy to samo, bo może jest tak, że są w tym przedstawieniu elementy, które domagają się docenienia na innym poziomie, może jeden z nas gdzieś nie zauważył podtekstu w reżyserii albo wykonaniu, zatem drugi powinien krzyczeć: idziesz za daleko, to daje się obronić! Z tym że kłopot w tym, że nie wierzę w to, że w ogóle można na to spojrzeć inaczej. Jakby to powiedzieć… Michał Zadara to twórca tak oczywisty… Wykłada swój teatr jak kawę na ławę.