14.09.2020, 14:12 Wersja do druku

Brak żaru

"Nagasaki" wg Érica Faye w reż. Pawła Kamzy we  Wrocławskim Teatrze Współczesny. Pisze Hubert Michalak w portalu Teatrologia.info

Kilkudziesięciostronicowa powieść Érica Faye Nagasaki, która stała się kanwą premiery inaugurującej sezon 2020/2021 we Wrocławskim Teatrze Współczesnym im. E. Wiercińskiego określana jest jako studium samotności, minimalistyczna, skromna formalnie opowieść o dwóch skrajnie różnych postaciach i ich doświadczeniach samotności. Shimura san, meteorolog żyjący samotnie w mieszkaniu z widokiem na stocznię, prowadzi zrutynizowane życie. W pewnym momencie orientuje się, że z jego lodówki zaczynają znikać produkty. Dzieje się tak dlatego, że nieco wcześniej w jego mieszkaniu ukryła się bezdomna kobieta, która, by przeżyć, systematycznie i po troszku okrada go z jedzenia i picia.

Wątek fabularny, inspirowany prawdziwym wydarzeniem, może kojarzyć się z filmem Parasite, jednak choć powieść Nagasaki podejmuje temat egoizmu, dylematów moralnych i tętniącego w tle, nie do końca nazwanego poczucia winy, nie ma w niej odniesień do systemu społecznego, jak w niedawnym koreańskim przeboju kinowym.

Nagasaki zaadaptował na scenę i wyreżyserował Paweł Kamza. I nie można mieć wątpliwości, że zaczynem pomysłu był odkryty przez Kamzę żar, skrzętnie ukryty w melancholijnej, poetyckiej literaturze Fayego. Czymkolwiek by jednak ów żar nie był, ostatecznie nie znalazł się w przedstawieniu.

fot. Dawid Stube/mat. teatru

Kamza umieścił scenicznych bohaterów, Meteorologa (Tadeusz Ratuszniak) i Nielegalną (Zina Kerste) w nieprzyjaznej przestrzeni rozpiętej pomiędzy mieszkaniem a estradą (?) (scenografia i kostiumy: Iza Kolka), ze ścianami, zza których niekiedy widać cienie postaci bądź na których wyświetlane są projekcje uzupełniające narrację dramatyczną (animacje: Piotr Pitold Maciejewski, Stachu Maciejewski, guzik-owcy.pl). 

To nie-miejsce (rozumiane jak zaproponował to Marc Augé) nie zostało powiązane emocjonalnie z postaciami, bo wydaje się, że zamieszkać by mógł w nim każdy. Mieszkanie jest nieprzyjazne i kanciaste, a swą formalną funkcjonalnością ma chyba odnosić widzów do japońskiej estetyki i architektury wnętrz. Sceniczna plastyka jest jednak pomysłem zatrzymanym w pół drogi, bo nic z niej nie wynika, jakby reżyser nie miał pomysłu na ogranie jej.

Tadeusz Ratuszniak (Meteorolog) przez pierwsze pół godziny przedstawienia stara się zapełnić przestrzeń gorączkową krzątaniną wzbogaconą o stęknięcia, mruknięcia czy sztuczny śmiech – wszystko rodem z najszkaradniejszej kreskówki dla dzieci. Jego gesty są szerokie i przerysowane, zupełnie jakby ktoś kazał naturszczykowi udawać, że jest sam we własnym mieszkaniu i nikt na niego nie patrzy. Nie wierząc w siłę ruchu scenicznego i doświadczenie teatralne Ratuszniaka, Kamza każe aktorowi dodatkowo komentować ruchy i zachowania postaci onomatopejami czy tautologicznymi wtrąceniami. Odziera to bohatera z tajemnicy, ośmiesza go oraz potęguje u widza poziom zakłopotania i znudzenia przedstawieniem.

Nielegalna Ziny Kerste już w trakcie wejścia widzów czai się z tyłu sceny. Gdy wkrada się do mieszkania Meteorologa – na moment bierze przestrzeń we władanie. Zaraz potem jednak znika ze sceny, oddając ją partnerowi. Powracając przynosi z sobą nowego rodzaju energię. 

Nie wystarcza jej jednak na długo. Przytłoczona zadaniami aktorskimi Kerste robi co może, by uchwycić i przekazać esencję swej bohaterki. Strategią aktorki było przede wszystkim, jak się wydaje, skupienie na drobiazgach (jak odwijanie i zawijanie instrumentu) i odmienne niż partner ogrywanie przestrzeni (nieśmiałą, jakby zawstydzoną gestyką). Kerste robi to przepięknie, jej skupienie momentami przenosi się na widownię i rezonuje, niestety aktorka nie ma partnera w reżyserze.

fot. Dawid Stube/mat. teatru

Strategie adaptatora i reżysera nie sprawdziły się. Można przypuszczać, że Kamza celował w przygotowanie eseju o samotności, wypowiedzi o dotkliwej współczesności pozbawionej łatwych rozwiązań. Na scenie widzimy jednak aktorów wypełniających szereg reżyserskich instrukcji, z których działań niewiele wynika. Projekcje wideo imitujące komunikatory społecznościowe (forma kontaktu Meteorologa ze światem) nie wzbogacają przedstawienia, które mogłoby się bez nich obyć. Kostiumy obszyte nieczytelnymi z widowni (a może znaczącymi?) napisami w żaden sposób nie pogłębiają relacji widza z parą bohaterów. Choreografia na trasach dojścia i wyjścia z mieszkania Meteorologa miała chyba na celu tylko udziwnienie postaci, bo żadnego innego jej przeznaczenia nie sposób odnaleźć (reżyseria ruchu: Patrycja Pszczelinska, Zbigniew Karalus). Nawet światło sceniczne nie pomaga w odbiorze spektaklu: Meteorolog przez niemal cały spektakl ma na głowie czapkę z daszkiem skutecznie zaciemniającym twarz aktora, a wiele scen z udziałem Nielegalnej, zresztą również noszącej kapelusik z zasłaniającym twarz rondem, rozgrywa się w półcieniu (reżyseria światła: Jan Sławkowski). Można wręcz odnieść wrażenie, że wszyscy twórcy przedstawienia starali się, by publiczność nie nawiązała relacji z postaciami scenicznymi.

Ponadto dramaturgia przedstawienia już na samym początku bierze skuteczny rozbrat z samym widowiskiem: spektakl jest niemal zupełnie pozbawiony napięcia, a postaci, mimo wysiłku aktorów, są dla widza nieinteresujące. Kamza zmarnował potencjał zawarty w książce: możliwy do scenicznego opowiedzenia dyptyk o samotności adaptator postanowił zaburzyć i wymieszał porządek życia Meteorologa z chaosem będącym udziałem Nielegalnej. Taka narracja sprawdziłaby się gdyby nie fakt, że zestawiając bohaterów reżyser zupełnie zrezygnował z generowania napięcia. W efekcie publiczność otrzymuje tandemową narrację sceniczną niemal pozbawioną powiązań między postaciami i obojętną w odbiorze. Nawet finał nie prowadzi do kulminacji emocjonalnej. Przeciwnie: pod koniec okazuje się nieoczekiwanie, że Nielegalna była rewolucjonistką (wątek ten nie pojawiał się wcześniej w spektaklu) i że doświadczenie rewolucji pchnęło ją ku bezdomności i osadziło w sytuacji, w której ją poznajemy. Jednak nie dowiemy się jaka to była rewolucja, co robiła w jej trakcie Nielegalna ani jakie były efekty tego wydarzenia dla Meteorologa. Wzbogacony o motyw niezidentyfikowanej rewolucji finał przedstawienia wygląda na doczepiony na siłę do opowieści na zupełnie inny temat. Być może to efekt cięć na próbach generalnych i braku „łaty”, która zamaskowałaby widoczny i niemożliwy do wytłumaczenia ubytek dramaturgiczny.

Przedstawienie, jak w trakcie popremierowej przemowy wspomniał dyrektor Teatru, Marek Fiedor, zainspirowane zostało nie tylko nagradzaną i docenianą powieścią Érica Faye, ale również podróżą reżysera do Japonii. Niestety, podróż okazała się mało inspirująca, a w jej efekcie powstało przedstawienie nudne, pozbawione energii i – co najgorsze – pozostawiające publiczność obojętną.

Nagasaki, Wrocławski Teatr Współczesny im. T. Wiercińskiego. Adaptacja (na podstawie powieści Érica Faye w przekładzie Andrzeja Bilika) i reżyseria: Paweł Kamza, scenografia i kostiumy: Iza Kolka, muzyka: Aleksander Brzeziński, reżyseria ruchu: Patrycja Pszczelinska, Zbigniew Karalus, animacje: Piotr Pitold Maciejewski, Stachu Maciejewski (guzik-owcy.pl), reżyseria światła Jan Sławkowski reżyseria dźwięku Maciej Duszyński. Premiera: 5 września 2020.

Tytuł oryginalny

Brak żaru

Źródło:

Teatrologia.pl

Link do źródła

Autor:

Hubert Michalak

Data:

09.09.2020